10 lipca 2026

Wieś w mieście (11): Pałac Bonnetów/Fanshave'ów/Henryków (Mokotów, Warszawa)

Pracując nad tekstem o powstałym w międzywojniu osiedlu Henryków (KLIK), współcześnie części Wierzbna w obrębie dzielnicy Mokotów, zauważyłam, że mam sporo informacji na temat jednego z budynków. Chodzi o tzw. pałac Henryków albo pałac na Henrykowie przy ul. Puławskiej 107A. Jest to pomnik historii tej okolicy, ponieważ powstał w poł. XIX w. w miejscu dawnego dworu Henryka Franciszka Józefa Bonneta (1769–1848), francuskiego osadnika, który był właścicielem gruntów w okolicy. Później ziemię przejął m.in. jego zięć, angielski baron George (Jerzy, Grigorij Andriejewicz) Fanshave (Fanshawe, Fenshave, 1789–1867), który wystawił murowany pałac, odtąd zwany pałacem Fanshave'ów. W czasie II wojny światowej był poważnie zniszczony, ale przetrwał i istnieje do dziś. To ważne miejsce na mapie Mokotowa, szczególnie w okresie II wojny światowej i powstania warszawskiego. Skrywa wiele ciekawostek, które przedstawiam w poniższym tekście. Pomijam w nim kwestie folwarku Henryków i późniejszego międzywojennego osiedla, które opisałam w innym tekście: KLIK. Zapraszam do lektury!

W 1818 r. Henryk Bonnet zakupił za Mokotowem rozparcelowane grunty (osady nr 1012). Założył folwark po wschodniej stronie późniejszej ul. Puławskiej. Na terenie osady nr 14 wystawił dwór, który dobrze widać na poniższym planie datowanym na 1821 r. Na wystawie przygotowanej z okazji stulecia włączenia Mokotowa do Warszawy, która wypadła w 2016 r., na planszy wywieszonej na ogrodzeniu pałacu w Henrykowie, podano: „O wzniesionej na początku XIX wieku willi niewiele wiadomo. Pewne jest, że z uwagi na malownicze położenie na skarpie, nadano jej nazwę Widok Mokotowski”.

Plan zabudowań kolonii Mokotów (kolonie 1016), 1821 r. Źródło: Archiwum Główne Akt Dawnych w Warszawie, Zbiór Kartograficzny, sygn. 281-19 (dostęp 7 VII 2026 r.).

Bonnet przybył do Warszawy między 1817 r. (w tym roku był jeszcze w Petersburgu, tam urodziło mu się dziecko) a 1823 r. (w tym roku już ukazywały się ogłoszenia prasowe nazywające go właścicielem dóbr w Mokotowie). Kiedy mieszkał w Warszawie, był urzędnikiem Prokuratorii Generalnej Królestwa Polskiego utworzonej przez cara w 1816 r. jako urząd zajmujący się dochodzeniem roszczeń i obroną prawną interesów majątkowych Korony, Skarbu Królestwa i instytucji, będących pod opieką lub dozorem rządu.

Dwór w środku wycinka między dworem (pałacem Szustrów) a karczmą w Wierzbnie to prawdopodobnie willa Bonnetów, mapa z 1836 r. Źródło (dostęp 15 VII 2025 r.).

W 1849 r. Demetriusz Bonnet (1808–1870), syn H. Bonneta i szwagier J. Fanshave'a, uzyskał od Rady Administracyjnej Królestwa Polskiego decyzję, że od 10 maja Dobra Ziemskie Widok Mokotowski (...) z powodu (...) działów majątkowych przybierają odtąd dwie oddzielne nazwy to jest, Henryków, i Widok Mokotowski. To, co przejął J. Fanshave, nazywano odtąd Henrykowem, a resztę majątku (lasy w leśnictwie Potycz w gminie Góra Kalwaria) Widokiem Mokotowskim. Jako że w powiecie warszawskim nie było wówczas dóbr o nazwie Henryków, Komisja Rządowa Spraw Wewnętrznych i Duchownych przychyliła się do prośby D. Bonneta i zgodziła się na zmian nazw oraz podział gruntów. Odtąd i posiadłość Fanshave'ów zaczęto nazywać Henrykowem, upamiętniając imię teścia właściciela.

Źródło: „Kurjer Warszawski”, 1849, 144, s. 709.

Dw.[ór] w centrum, między Karczmą Wierzbno po lewej, i inną karczmą, to pałac Fanshave'a (kształt krzyża), plan Warszawy z 1856 r. Źródło (dostęp 14 VII 2023 r.).

Pałac na Henrykowie datuje się w literaturze na 1850 lub ok. 1850 r., co jest ciekawe, bo oznacza, że powstałby krótko po podziale gruntów po H. Bonnecie. Budynek zachował się do dziś, choć był przebudowywany ze względu na zniszczenia w czasie II wojny światowej. Nie jest jednak możliwe, że, jak pisał w 1939 r. Zygmunt Mann, w 1831 r. (w czasie powstania listopadowego) pałac dostał kilka kul, które do dziś dnia tkwią w jego murach, bo wówczas jeszcze nie istniał. Chyba że uwaga dotyczyła wcześniejszego budynku Bonneta.

Teren od kościoła mokotowskiego do Wierzbna włącznie, w środku przy ul. Puławskiej pałac Fanshave'ów (kształt krzyża) stojący nierównolegle do szosy, 1879 r. Źródło (dostęp 28 VII 2025 r.).

Na dole po lewej, przy ul. Puławskiej (wówczas Nowoaleksandryjskiej) zarys pałacu Henryków, wyżej zabudowania folwarku Henryków, plan z 1897–1901 r. Źródło (dostęp 16 VII 2025 r.).

Na wspomnianej wystawie na ogrodzeniu posiadłości można było przeczytać: „Obecną formę pałacyk na Henrykowie zawdzięcza najstarszej córce Bonnetów – Ludwice, jednak architekt nie jest znany”. Chodzi o urodzoną w Hamburgu Ludwikę Pierette Bonnet (1802–1876), której matką była żona Henryka Bonneta, Henrietta (Henryka) z domu Mees (1778–1858). W 1824 r. Ludwika Pierette Bonnet wyszła za mąż za pułkownika wojska carskiego, adiutanta cara, George'a (Jerzego, Grigorija Andriejewicza) Fanshave'a (Fanshawe'a, Fenshave'a, 1789–1867). Z jego nazwiskiem utożsamiać zaczęto pałac na Henrykowie i do dziś nazwa pałac Fanshave'ów pojawia się jako określenie tego miejsca.

Podpisy Jerzego Fanshave'a i Ludwiki z Bonnetów Fanshave pod ich aktem ślubu. Źródło: Akta stanu cywilnego Warszawa Cyrkuł VII, 1824M/93 (dostęp 13 VII 2026 r.).

Projektantem (prze)budowy pałacu w poł. XIX w. mógł być aktywny w tamtym czasie architekt Henryk Marconi (1792–1863).

Henryk Marconi. Drzeworyt Jana Styfiego według rysunku Józefa Polkowskiego na podstawie fotografii Karola Beyera, 1863 r. Domena publiczna, via Wikimedia Commons (dostęp 13 VII 2026 r.).

W 1904 r., kiedy zmarł Jerzy Ludwik Józef Fanshave (George Louis Joseph, 1830–1904), syn Ludwiki i Jerzego Fanshave'ów, pałac w Henrykowie odkupili jego spadkobiercy Potoccy z Zatora i Jabłonny. Właścicielem został hrabia August Adam Potocki (1847–1905), który współpracował ze zmarłym Fanshave'em przy organizacji wyścigów konnych. Jak powtarza się w literaturze i sieci, Potocki zorganizował w pałacu mieszkania dla ubogich ciotek i szwagierek. Varsavianista Jerzy Kasprzycki podkreślił, że nie była to reprezentacyjna posiadłość Potockich: „Dożywały tu swych dni różne ciotki i szwagierki, ubogie krewne magnackiej rodziny”. Potocki zmarł już rok po przejęciu Henrykowa, a jego dziedzicem był syn Maurycy Stanisław August Potocki (1894–1949).

August Potocki w 1900 r. Fot. NN, domena publiczna, via Wikimedia Commons (dostęp 24 VII 2025 r.).

Maurycy Potocki jako porucznik rezerwy Wojska Polskiego i kawaler Orderu Virtuti Militari (przed 1933 r.). Źródło (dostęp 13 VII 2026 r.).

Pałac Fenshave'ów był wykorzystywany na różne cele. W czasie I wojny światowej zarząd miasta Warszawa ulokował tu szpital dla dzieci. W międzywojniu było tu schronienie dla polskiej arystokracji wracającej z Rosji. Zapewne chodzi o osoby, które były w bieżeństwie. Jerzy Kasprzycki zapisał, że Potoccy stworzyli tu „przytułek dla starszych, samotnych pań”.

Pałac Henryków po prawej stronie słowa Henryków. Źródło: Plan informacyjny Wielkiej Warszawy, [ok. 1919 r.] (dostęp 7 VIII 2025 r.).

W 1921 r. budynek nawet... zagrał w niemym filmie Cud nad Wisłą. Główną rolę dostała Jadwiga Smosarska (1898–1971), wybitna przedwojenna aktorka, która mieszkała nieopodal pałacu, bo w willi na rogu ul. Naruszewicza i Pilickiej.

Pałac w filmie Cud nad Wisłą (1921 r.). Orient-Film, domena publiczna, via Wikimedia Commons (dostęp 11 VII 2026 r.).

Pałac w filmie Cud nad Wisłą (1921 r.). Orient-Film, domena publiczna, via Wikimedia Commons (dostęp 11 VII 2026 r.).

Okolice pałacu w filmie Cud nad Wisłą (1921 r.). Orient-Film, domena publiczna, via Wikimedia Commons (dostęp 11 VII 2026 r.).

W latach 1918–1922 istniał tu Dom Noclegowy Oficera Polskiego prowadzony przez YMCA (Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej). I w kolejnych latach miejsce było domem dla polskich żołnierzy. W 1923 r. w „Polsce Zbrojnej” opublikowano relację weterana wojennego, w której czytamy: Do Warszawy przyjechałem rano. Wziąłem ze sobą dla pewności jedną tylko walizeczkę. Dla pewności wziąłem również trzy polecające listy do krewnych i znajomych mych znajomych. W Komendzie miasta zaproponowano mi „Ognisko” w Henrykowie. Co za Henryków? Gdzie to jest? Aaa..., tak.. dziękuję. Znów dla pewności wziąłem nakaz na jedno z 15-tu miejsc w jednym pokoju i zacząłem wędrówkę z listami polecającemi. Wychodząc spotkałem znajomego kapitana ze Szkoły Wojennej, który z kolega czyni starania od kilku miesięcy o jakieś możliwe pomieszczenie. Ładna perspektywa.


Z kolei w 1924 r. w warszawskiej prasie podano: Folwark Henryków, niegdyś należący do dóbr Wierzbna pod Warszawą, gdy stał się własnością sióstr baronówien Korff, został całkowicie odseparowany od historycznego Wierzbna, którego część parku przeszła do Henrykowa, wraz z ubocznym pałacykiem. Lat temu trzydzieści będąc jeszcze miejscem zebrań towarzyskich arystokracji warszawskiej. Dziś pałacyk ten oddany jest wraz z okalającym go parkiem na kolonję dla zdemobilizowanych oficerów, którzy zamieszkują tam częściowo z rodzinami a częściowo po kawalersku. Niej zyskała na tem dawniejsza rezydencja wytworna zwłaszcza park, który już od strony szosy (jest pozbawiony osztachetowania, prawdopodobnie zniszczonego na opał. Nie sposób jest winić o to mieszkańców kolonji o zaniedbanie Henrykowa, który był godzien lepszej, dli, dobrze bowiem że w pierwszych latach po zdemobilizowaniu przy braku mieszkań dawniejsi i oficerowie znaleźli tu dach nad głową. Egzystencja wszakże taka jest tymczasową i musi się niedługo skończyć, gdyż w końcu zdemobilizowani znajdą odpowiednią pracę a w takim razie należałoby o Henrykowie pomyśleć Magistratowi Warszawskiemu, który dawną rezydencję mógłby zużyć na brakujące schronisko dla inteligencji albo na jakiś zakład wychowawczy, nim ostatecznie cały Henryków ulegnie zniszczeniu.

Nauka angielskiego misji metodystów dla oficerów polskich w Domu Rekonwalescenta w pałacu Henryków, 1920 r. Źródło: T.W. Świątek, Mokotów przez wieki/Mokotów through centuries, Warszawa 2009, s. 41.

Biblioteka dla żołnierzy i oficerów w Domu Rekonwalescenta w pałacu Henryków, 1920 r. Źródło: T.W. Świątek, Mokotów przez wieki/Mokotów through centuries, Warszawa 2009, s. 41.

Posesja przy ul. Puławskiej 107A na planie z 1936 r. Źródło (dostęp 13 VII 2026 r.).

W 1930 r. jako właścicielkę posesji z pałacem (ul. Puławska 107A, nr hip. 8426) podano Zofię Potocką. Chodzi o Zofię Barbarę Potocką (18831974), córkę Konstantego Józefa (18461909) i Janiny Zofii z Potockich (18511928), ziemiankę z Peczary (okolice Grodna). Według przypisu biograficznego w książce Z powstańczych przeżyć 1944 roku nabyła pałac w 1928 r. Była daleko spowinowacona z Maurycym Potockim.

Pokrewieństwo między Maurycym Potockim a Zofią Barbarą Potocką (jedno z możliwych połączeń). Źródło (dostęp 13 VII 2026 r.).

Zofia Barbara Potocka w latach 50. XX w. Źródło: Peczara (J.Z. z Potockich Potocka, Dziennik 1914–1919, Z.B. Potocka, Moje własne wspomnienia), red. M. Pilecka, Łomianki 2024.

Podpis Zofii Barbary Potockiej, Kraków, maj 1971 r. Źródło: Peczara (J.Z. z Potockich Potocka, Dziennik 1914–1919, Z.B. Potocka, Moje własne wspomnienia), red. M. Pilecka, Łomianki 2024.

W latach 19301934 w „Kurjerze Warszawskim” regularnie publikowano ogłoszenia o sprzedaży lub wynajmie willi-pałacyku na kolonji Henryków w Mokotowie. Do sprzedaży nie doszło, skoro w 1939 r. właścicielka była ta sama (podano jednak dwa imiona Zofia Barbara Potocka).

Pałac henrykowski był otoczony nieistniejącym już parkiem. Dzięki połączeniu z pobliską Królikarnią i parkiem w majątku Wierzbno powstał pas zieleni.

Pałac na przedwojennej kliszy ze zbiorów IS PAN, uszkodzonej w 1944 r. Źródło: J. Kasprzycki, Korzenie miasta. Warszawskie pożegnania, t. 4: Mokotów i Ochota, Warszawa 2004, s. 339.

Pałac w albumie zdjęć rodziny Brzezińskich, 1934 r. Źródło (dostęp 12 VII 2023 r.).


Pałac (nr hip. 8426) i jego otoczenie na planie Warszawy z 1936 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Pałac Henryków na zdjęciu lotniczym z 1935 r. Na północ od pałacu widoczne kamienice przy ul. Puławskiej, wokół budynku ogród. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Nic dziwnego, że wykorzystywano tę przestrzeń na cele m.in. sportowe. Tędy przebiegała np. trasa biegów przełajowych o mistrzostwo kraju przeprowadzonych 12 X 1924 r. Trasę na ok. 10 km wyznaczono następująco: Henryków (start i meta), Marcelin, fort Legjonów, Służew, Królikarnia. W Henrykowie organizowano różne sportowe wydarzenia.



Pomieszczenia w pałacu wynajmowano na półkolonie dla dzieci. Organizował je np. Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet, istniejąca od 1928 r. organizacja feministyczna działająca w ramach obozu sanacyjnego.


Po zbombardowaniu w październiku 1939 r. domu zakonnego (kurii prowincjonalnej) przy ul. Łowickiej 31 w pałacu na Henrykowie zamieszkały siostry urszulanki. Od 1943 r. przełożoną domu zakonnego przy ul. Puławskiej 107A (przełożoną lokalną) była s. Konstantyna Baranowska (Aniela Stanisława Baranowska, 1910–?), filolożka klasyczna i polonistka. Zostawiła obszerne wspomnienia z czasu pobytu w pałacu. Zapisała: Ogromnie lubiłyśmy panią Potocką. Zjawiała się w popielatym kitlu roboczym, od którego odbijała delikatna, jak z kości słoniowej rzeźbiona, arystokratyczna twarz, okolona siwymi włosami. Pałac oficjalnie był siedzibą Kuchni Ludowej nr 1 funkcjonującej jako agenda Rady Głównej Opiekuńczej – organizacji pomocy społecznej w Generalnym Gubernatorstwie. Pod osłoną kuchni prowadzono w Henrykowie wszystkie konspiracyjne działania. W pałacu działało biuro RGO. Cezary Wojtczak (ur. 1933 r.) w momencie wybuchu II wojny światowej mieszkał w mieszkaniu przy ul. Puławskiej 100 na I piętrze, w nieistniejącym dziś budynku. Później przeniósł się z rodziną na ul. Puławską 117. Opowiadał, że jego mama Trochę pracowała w czasie okupacji w RGO (...). Coś robiła w RGO. (...) Tu [tj. w pałacu przyp. M.W.K.] były biura RGO i tu mama pracowała.

Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 13.

Matka Konstantyna Baranowska tak wspominała budynek: Był to przytulny pałacyk, który latem krył się w zieleni drzew i krzewów przed okiem Niemców, stojących często na przystanku tramwajowym naprzeciwko furtki ogrodowej lub pędzących autami do pobliskiego szpitala mieszczącego się u sióstr elżbietanek, na Goszczyńskiego. Urszulanki zajmowały piętro pałacu (tam znajdował się pokój, który służył jako sala zgromadzenia, zorganizowano też sekretariat prowincji zakonnej). Matka przełożona trafiła do małego pokoiku na piętrze, dokąd latem zaglądają kwitnące akacje, a z drugiej strony od tarasu śliczny, wyniosły, delikatny w sylwetce modrzew. Obok tego pokoju jest drugi, tak malutki, że dopiero na noc wsuwa się tam łóżko polowe. To dawniejsza garderoba pani Potockiej, a dziś pracownia matki Konstancji Mierzwickiej – ekonomki prowincjonalnej. Na piętrze „w pokoju za panią Łukomską, jak się mówiło, piętrzą się półki i etażerki z książkami, teczkami, pudłami, którymi zajmowała się m. Irena Gawlik. W pokoju za kaplicą umieszczono przywiezione z klasztoru urszulanek w Rokicinach Podhalańskich dwie maszyny trykotarskie, które, używane po kryjomu, pozwalały podreperować słaby budżet zakonnic, ponieważ kuchnia RGO dawała zbyt małe pensje i przydziały dla pracujących sióstr. Siostry dysponowały tylko częścią pałacu. Potocka zajmowała parter pałacu. Duży salon pełen drogocennych sprzętów i drobiazgów przerobiono na kaplicę. W domu było co oglądać: portrety, fotografie, obrazy, cenne stare makaty, inkrustowane stoliki, zwierciadła, marmurowy kominek z napisem Salve, a nad nim śliczna Madonna z Dzieciątkiem, w ciekawej ramie, z dwoma chińskimi żyrandolami po bokach. Wszędzie drogocenne pamiątki rodowe, przywiezione przed dziesiątkiem lat z różnych stron świata. Stare zegary z amorkami i łacińskimi sentencjami pokazywały jakąś dawno minioną godzinę wielkopańskiego życia, które tu kiedyś kwitło – zapisała m. Konstantyna. Z pokoju sekretarki prowincjonalnej m. Ireny przejście prowadziło do drugiej części domu, którą zajmuje się stara pani Ratyńska z córką Antoniną Płodowską (Tolą) i sublokatorem panem Ludwikiem Czerwińskim. Ci kulturalni, dystyngowani i mili sąsiedzi prowadzą autonomiczny niejako tryb życia, mają osobne wejście i raczej rzadko stykają się z nami, często natomiast bywają u naszych pań w hallu lub na tarasie, a w dni świąteczne korzystają również z ogrodu. (...) Korzystamy z telefonu pani Ratyńskiej, gdy nasz się zepsuje – wspominała Baranowska. Sąsiedzi mieli żółto-zieloną papugę amerykańską, która stanowiła dla dzieci z okolicy, korzystających z urszulańskiej ochronki, nie lada atrakcję.

Zdjęcie zapewne z 1943 r. Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 17.

W pałacu mieszkali też: księżniczka Janina Puzynianka (1884–1962) rezydentka Potockiej, która pracowała w swoim sklepie przy placu Napoleona, bardzo pobożna kucharka, starsza już pani Helena Łukomska, dziewięciolatek Tadeusz Zyga z matką Franciszką Zygą, pokojówką Potockiej, następnie „Mama”, pani Stanisława Bielecka, starsza już kobieta, schorowana, ale bardzo pracowita i ofiarna, oraz Tomasz Kurpis, rodem z zaścianka Poddumble (?), gdzieś na Litwie, zwany „Dziadunio”, woźny kuchni RGO. Były też dwa jamniki Tupcia i Nora. Był też Fredek, młody człowiek; dany przez p. Potocką do pomocy Krosnowskim – był to niemiecki spadochroniarz, który nie chciał brać udziału w walce przeciw Polakom i zdezerterował. Znaleziony na kartoflisku jako niemowa  stał się z czasem bardzo lubianym domownikiem Puławskiej 107a, odzyskał oczywiście mowę i rozumiał po polsku  zapisała m. Konstantyna. A sama hrabina Potocka od rana była w pogotowiu do pracy: dyżur w kuchni RGO, roboty w ogródku przy domu, sprzątanie, wyjazdy do miasta w różnych sprawach, wizyty krewnych i znajomych, prośby potrzebujących, a także lekcje z Tadziem pisała m. Konstantyna. Pałac otaczał ogród. Na kawałku ogrodzonego podwórza „Mama” Bielecka prowadziła zbiorowy „kurnik” dla kilkunastu kur, wśród których są „lokatorki” z Przejazdu [z domu urszulanek na Muranowie – przyp. M.W.K.] i od pani Potockiej.

Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 14.

Dzięki znajomościom i wpływom hrabiny Potockiej oraz przełożonej prowincjonalnej urszulanek m. Emmanueli Mrozowskiej w Henrykowie zorganizowano życie kulturalne o zabarwieniu patriotyczno-religijnym, np. spotkania rekolekcyjne i wychowawcze. Organizowano tu rekolekcje indywidualne lub grupowe (Sodalicji Mariańskiej kobiet, Stowarzyszenia Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, Juventus Christiana). Raz w miesiącu odbywały się posiedzenia Koła Pedagogicznego, które urszulanki założyły dla warszawskich nauczycielek. Od czasu do czasu na dole, przy fortepianie odbywały się koncerty na dobry, wiadomy cel oraz różne popisy i amatorskie wyczyny młodych talentów – wspominała BaranowskaW pałacu prowadzono tajne nauczanie, w które zaangażowało się kilka zakonnic. Działanie było utrudnione z powodu braków lokalowych i osobowych. Lepiej działało w domu przy ul. Przejazd na Muranowie, dokąd zakonnice dojeżdżały z Henrykowa. Z powodu braku miejsca w pałacu książki, meble i różne graty uratowane z domu przy Łowickiej złożono w domu Ziętarskich przy ul. Racławickiej 31. „Filiami” urszulanek były też: sypialnia dla sióstr przy ul. Racławickiej 14 (pokój odstąpiony przez siostry franciszkanki Misjonarki Maryi) oraz pokój w dużym, kilkupiętrowym budynku pod nr 107b przy ul. Puławskiej, przylegająca do posesji pałacowej – tam s. Fidelisa pracowała, szyjąc na maszynie. Piwnicę na węgiel i drewno do kuchni RGO wynajmowano w nie wykończonym domu inżyniera Douglasa na skarpie warszawskiej.

Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 14.

Codzienność wypełniała, jak zapisała m. Konstantyna, ciężka zarobkowa praca, walka o byt. Program dnia urszulanek wyglądał następująco: na 7.00 przyjeżdżał z ul. Odyńca ks. Władysław Karasiewicz, by odprawić mszę, potem zaczynał się w hallu zwykły ruch, a kapłan, skory do śmiechu, jadł śniadanie, zazwyczaj z towarzyszeniem jednej z zakonnic. Rozmowa z tematów religijnych, naukowych czy społecznych szybko schodziła na aktualności, którymi wymieniano się na podstawie wieści z tajnej prasy i radia, choć było to zabronione i groziło represjami. Telefon wciąż odrywał kogoś od rozmowy. Powoli wszyscy rozchodzili się do pracy. (...) od wczesnego ranka do godziny policyjnej zjawiali się różni interesanci, którzy (...) nie nudzili się czekaniem (...). (...) Dzień nasz po godzinie 2 po południu obracał się na stronę bardziej zakonną. Naprędce sprzątało się kancelarię, która stawała się teraz refektarzem. Obiad o 14.30, rekreacja, modlitwy sióstr i znów praca już bardziej apostolska: coś w rodzaju ochronki czy świetlicy dla kilkanaściorga dzieci z najbliższego sąsiedztwa – zapisała m. Konstantyna. Co siostry robiły wieczorami? Miłe wieczorne rekreacje spędzałyśmy na górze u Matki Prowincjalnej lub w letnie wieczory, gdy pogoda była sprzyjająca, na tarasie. Panie po kolacji lubiły długo przesiadywać w hallu przy pasjansie lub na rozmowie z panią Tolą czy panią Czapską, których nie krępowała godzina policyjna, bo jedna musiała tylko przejść przez podwórze, a druga pod 107b, przez ogrodową furtkę. Wieczorem konfrontowało się wiadomości o świecie, zdobyte z różnych terenów pracy i różnych środowisk. Odzywały się ostatnie telefony, a do nas na górę, gdzie rozkładano pościel na kanapkach i urządzano „sypialnie, dochodziły coraz to słabsze odgłosy uciszającego się domowego życia. Dom szczelnie zaciemniony, o pozamykanych okiennicach, przypartych mocnymi zasuwami i sztabami, tonął w ciemnościach razem z całą Warszawą. Nie! U nas świeciło się zawsze jedno światełko: czerwona, biedniutka, lampka przed tabernakulum... (...) Nie miałyśmy celi ani żadnego „swojego kąta, nie było milczenia i ciszy na korytarzach, nie było stałego, nienaruszalnego planu dnia, godzin posiłków i dzwonków, to wszystko od nas nie zależało. (...) Żyłyśmy wciąż w tym świeckim otoczeniu, w wirze spraw, których odgłos przenikał nawet za drzwi kaplicy, a jednak życie zakonne było i płynęło silnym nurtem pod tą zewnętrzną, zgiełkliwą powierzchnią. (...) Wszystkie tęskniłyśmy do normalnego życia, normalnego domu zakonnego, choć i ten był przez nas bardzo kochany.

Kuchnię Ludową nr 1 w pałacu uruchomiono już 25 XI 1939 r., czyli krótko po przybyciu urszulanek. Prowadziły ją zakonnice z pomocą zaufanych osób, znajomych hrabiny. Do kuchni RGO wchodziło się z hallu pałacu krętymi schodami do suteren. Baranowska tak to opisała: Już od góry zaczyna się sfera „londyńskiej mgły”, od parujących lichą zupą kotłów osadzonych w palenisku dawnej pralni. Nie przystosowane do tego celu przewody kominowe źle ciągną (...). Rozpalić pod kotłami umie najlepiej „Mama”, pani Stanisława Bielecka (...). Ma ona swoje sposoby zapalania sadzy w kominach, choć wciąż jej tego zabraniamy, gdyż już raz omal nie doszło do pożaru. Któregoś wieczoru stroskana pani Potocka zawołała mnie i razem stałyśmy w ogrodzie o godzinie 10 w nocy, patrząc bezradnie na słup płomienia, który strzelał znad komina. Nie chciałyśmy wywoływać popłochu w domu, zwłaszcza, że pani Puzynianka leżała ze złamaną nogą w gipsie. Nie było innej rady, jak tylko czekać co z tego wyniknie. Była godzina policyjna. Żadnej „straży pożarnej” oczywiście nie można było wezwać. Obowiązywało zarządzenie o zaciemnieniu miasta, a tu taki „sygnał”! Niemcy mogli być lada chwila. „Mama” sama przerażona, klęczała przy piecu i żarliwie odmawiała różaniec, ale przed nami udawała, że wszystko jest w porządku. Po jakimś czasie rzeczywiście obawy nasze ustąpiły, tym bardziej, że Niemcy nie zjawili się, ale „Mama” musiała wysłuchać parę gorzkich słów. Woźny kuchni RGO „Dziadunio”, jak wspominała m. Konstantyna, miał twarz o szlachetnych rysach i tak sympatyczną tak szczere, dziecięce, szare oczy i tak ładnie zaciągał z ruska, że każdy zaraz go musiał polubić. Przygadywali sobie nieraz z „Mamą” Bielecką i łatwo urażali się wzajemnie, bo oboje mili swój honor, aż trzeba nieraz było rozbrajać ich jak dzieci. W ,,Dziaduniu” wybuchał od czasu do czasu litewski temperament Ogromnie nie lubił na cokolwiek czekać i nie znosił kilku poleceń naraz, choćby były kolejno do wykonania. Gdy się mocniej zirytował, rzucał wszystko, to znaczy wózek, którym jeździł po różne rzeczy, i znikał na cały dzień. Skrucha jednak chwytała go prędko i po jakimś czasie odzywał się telefon z ulicy Barskiej od pań Mrozowskich [matka i siostry m. Emmanueli Mrozowskiej – przyp. M.W.K.], że „Dziadunio tu do starszej pani przyjechawszy” i żeby się o niego nie niepokoić. Wybaczało się starowinie wiele jak dziecku, zwłaszcza, że był naprawdę ogromnie uczciwy, bardzo nam oddany i wiele natrudził się dla kuchni RGO i dla nas, wożąc bez ustanku różne ciężary. Najbardziej lubił jeździć na dworzec po Matkę Prowincjalną. Do personelu kuchni należało jeszcze kilka kobiet „obieraczek”, które przy wtórze śpiewów, modlitw lub nieszkodliwych sprzeczek przygotowywały razem z siostrami całe sterty jarzyn do kotła.

Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 21.

Praca w kuchni RGO nie należała do łatwych, ponieważ zapotrzebowanie było ogromne, a możliwości ograniczone. Baranowska wspominała: Bardzo rzadko, nawet zbyt rzadko, zwłaszcza w ostatnim roku wojny przydzielano mięso lub inne, bardziej odżywcze produkty. W magazynie pozostały tylko haki po połciach słoniny i mięsiwa, które (...) za kierownictwa matki Konstancji, w roku 1939 i 1940 jeszcze się tutaj pojawiały. Zupy bywały coraz mniej kaloryczne, ale w dalszym ciągu trzeba było co dzień pisać całe kolumny obliczeń i załatwiać masę formalności, które zajmowały czas kilku urzędnikom, z kierowniczką matką Imeldą Adamską na czele. Pomagała Stasia, córka „Mamy” Bieleckiej, najmłodsza pracowniczka kuchni. Rozdzielanie bonów, wydawanie zupy, obliczanie liczby porcji w danym dniu, segregowanie bloczków, sprawdzanie kasy itp., ta szablonowa praca przerywana była telefonami z Ośrodka, inspekcjami lub transportami przydziałów. Zjawiały się one w najbardziej niepożądanych porach, czasem nawet w nocy. Konwojenci wiedzieli, że siostry są na miejscu, więc dla swojej wygody wyrzucali dostawy u nas, przysparzając nam nieraz wiele kłopotu. Stasia Bielecka stała zwykle przy wadze i dozorowała konwojentów. (...) Toteż choć praca w Kuchni Ludowej była dla nas uciążliwa i niosła ze sobą różne kłopoty, zwłaszcza dla kierowniczki, a nam nie dawała utrzymania, ani odpowiedniego wynagrodzenia, wytrwałyśmy do końca, by służyć tym biedakom, którym nie można było inaczej pomóc.

Zakonnica zapisała: Największy ruch i tłok w korytarzach i na podwórzu powstawał w południe przy wydawaniu zupy, po którą przychodzili najbiedniejsi. Sam ich widok budził litość. Dla niektórych był to jedyny gorący posiłek w ciągu dnia. Sprytniejsi i silniejsi, którzy mogli jakoś zarobić sobie na znośniejsze życie, powoli odpadali z tego szeregu biedoty, a zostawali rzeczywiście najbardziej potrzebujący. Cezary Wojtczak wspominał kuchnię RGO tak: przeważnie to był krupnik. (...) dla wszystkich swoich i dla tych ludzi, dla wszystkich. Kto przyszedł, to one tą zupę dawały. Trochę można się było tą zupą wzmocnić. Posiłki przeznaczone były dla coraz biedniejszej ludności stolicy. Zapasy siostry zgromadziły z pomocą ludzi z ruchu oporu.

Wiemy, jak przebiegała praca urszulanek z dziećmi z okolicy. Baranowska zanotowała: W suterenach, po wysprzątaniu obieralni, lub na podwórzu dni pogodne, a potem w specjalnie na ten cel wyremontowanej oranżerii, zbierały się po południu dzieci na dwie, trzy godziny. Każda siostra pracująca pod kierunkiem matki Imeldy miała swój dział pracy apostolskiej. Trzeba było zaczynać od mycia i czesania mniejszych i większych brudasów (dział siostry Feliny), potem była jakaś pogadanka „życiowa” (matka Imelda), katechizm (matka Zdzisława), coś z historii biblijnej lub Ewangelii, następnie były gry, zabawy, podwieczorek i pacierz w kaplicy, z (...) tupotem po schodach i wycieraniem nóg. Starsze dziewczynki uczyły się szycia i cerowania pod okiem siostry Fidelisy. Powoli, ku naszej radości, u tych poganiątek (...) budziły się zainteresowania religijne. Matka Zdzisława [mieszkała w wynajmowanym przez urszulanki pokoju przy ul. Puławskiej 106B  przyp. M.W.K.] przygotowywała jedno czy drugie spóźnione dziecko do pierwszej komunii świętej. Chłopcy uczyli się długo, choć z mizernym skutkiem, ministrantury, a wszystkie dzieci przychodziły w niedzielę na mszę świętą i na popołudniowe nabożeństwo. Siostra Eufrozyna wypraszała dla nich w warszawskich fabrykach cukierki, zabawki, przybory szkolne, różnokolorowe skrawki materiału na sukienki; matka Konstancja gdzieś zdobywała buciki, któraś z sąsiadek dostarczała chleba i marmolady. Powoli rozchodziła się wiadomość o „ochronce. Rodzice tych dzieci byli nam bardzo wdzięczni, imponowało im również niemało to, że ich dzieci mają dostęp do pałacu pani hrabiny.

Pałac stał się centrum życia społeczno-religijnego w okolicy. Jak wspominała m. Konstantyna, rodzice dzieci z okolicy przychodzili do pałacu na przedstawienia urządzane w grudniu (jasełka) i na imieniny pani Potockiej. Siostra Imelda cudów dokazywała z tą uliczną, niesforną gromadą. W święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy wszyscy skupiali się w hallu przy Matce Prowincjalnej i pani Potockiej na serdeczne życzenia, przy czym już naszą rzeczą, by każdy odszedł z odpowiednim dla siebie podarunkiemNabożeństwa w kaplicy pałacowej pozwalały na prowadzenie konspiracyjnych spotkań i gromadziły sporo osób szczególnie w niedziele i święta.

Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 40.

W czasie okupacji w prowadzonym przez siostry franciszkanki przytułku w Królikarni (o którym pisałam tutaj: KLIK) urszulanki ukryły teściową prof. Szymona Aszkenazego, rzekomo chorą na raka Żydówkę Janinę Aszkenazy, córkę Felicji i Szymona. Siostry pomogły też młodej Żydówce o przybranym nazwisku Marta Krzywicka oraz lekarce Żydówce ze Stanisławowa. Sprawę wspierali hrabina Zofia Barbara Potocka i ks. Edward Wojtczak, od 1937 r. kapelan zakładu dla nieuleczalnie chorych w Królikarni, stryj wspomnianego Cezarego Wojtczaka.

Ks. Edward Wojtczak (18851957). Źródło (dostęp 11 VII 2026 r.).

Już od początku 1944 r. w pałacu trwały przygotowania do powstania tajone przed ogółem domowników. W piwnicach pałacu na Henrykowie zakonnice ukryły co cenniejsze książki i dokumenty. Szykowały materiały opatrunkowe. Nocami w narożnym pokoju stołowym szyłyśmy biało-czerwone opaski. (...) Nieraz jakiś podejrzany ruch na ulicy czy alarm lotniczy przerywał pracę i wtedy w mig znikało wszystko w tajnych skrytkach wiadomych tylko matce Konstancji i pani Potockiej. Skrytki te były umieszczone w schodach prowadzących na drugie piętro, to jest w specjalnie zrobionych przez zaufanego stolarza wydrążeniach pod kilku stopniami, z których można było wyjąć deskę pionową – wspominała Baranowska.

Zakonnice nie wiedziały, jaki był stopień i charakter zaangażowania hrabiny Potockiej w konspirację. Na pewno współpracowała z Delegaturą Rządu na Kraj i władzami Armii Krajowej. Budynek odwiedzali ukrywający się pod pseudonimami członkowie i członkinie AK, ale zakonnice ich nie znały albo znały tylko pseudonimy tak było bezpieczniej. Już notując na bieżąco, w czasie powstania, m. Konstantyna zapisała: Stwierdziłyśmy kilkakrotnie, jak silna była konspiracja co do nazwisk i pseudonimów. Dlatego trudno się było o kogoś dopytywać, gdy się nie znało ani jednego, ani drugiego. Jednak najwięcej w pałacu było ludzi nie o wielkich nazwiskach, zaangażowanych w ruch oporu, a cywili wartościowi przez swój charakter i swoją ofiarną, cichą pracę w dziedzinie szkolnictwa, opieki społecznej, nauki i sztuki. Jak wszędzie tam, gdzie są urszulanki, nie brakło również młodzieży szkolnej i akademickiej – wspominała m. Konstantyna. W kwietniu lub maju 1944 r. m. Imelda i m. Konstantyna asystowały przy zaprzysiężeniu wojskowym kilku kobiet. Uroczystość odbywała się w kaplicy, w dzień, przy zamkniętych drzwiach i okiennicach. Wzruszone, wsunięte w kąt kaplicy, słuchałyśmy zdecydowanych słów żołnierskiej przysięgi. (...) Wychodzimy przejęte i dziwnie się czujemy, że wszędzie w domu normalny zwykła krzątanina, a przecież już się dzieją takie ważne rzeczy.

Atmosfera się zagęszczała, przygotowania trwały. Przez pałac przewijało się wiele osób. Baranowska wspominała: Kiedy indziej młodzież akademicka prosi o kaplicę, tym razem w niedzielę, by odnowić ślubowania jasnogórskie. Zbyt duży napływ młodych ludzi budzi obawy domowników, ostrożniejsi wolą wtedy wyjść z domu. Innym razem harcerze ze swoim księdzem zajmują kaplicę dla swoich celów. W takich chwilach staramy się znikać z oczu, bądź co bądź przygodnych i nie znanych nam osób, by nie narażać niepotrzebnie urszulańskiego habitu i klasztoru. W 1944 roku częściej zaglądała do nas pani Elżbieta [właśc. Stanisława Kuszelewska-Rayska ps. Elżbieta (18941966), mieszkanka nieodległej ul. Idzikowskiego 25, pisarka, tłumaczka i działaczka harcerska, od 1943 r. w AK – przyp. M.W.K.], pani „Mary[nieustalone personalia – przyp. M.W.K.] natomiast przybiegała w najbardziej nieoczekiwanych porach z jakąś instrukcją czy dla sprawdzenia jakiegoś szczegółu zakonspirowanej pracy. Nie wiedziałyśmy (...) nic więcej ponad to (...). Chodziło o jak największą ostrożność i wszelkie możliwe w danych warunkach gwarancje bezpieczeństwa.

Stanisława Kuszelewska-Rayska. Źródło (dostęp 11 VII 2026 r.).

Ustalono, że w razie wybuchu powstania kuchnia RGO w pałacu zmieni się w kuchnię wojskową, dlatego latem 1944 r. w pałacu gromadzono zapasy z pomocą finansową naszego Podziemia (...)Ogółowi mieszkanek willi nie były wiadome nazwiska, cele pracy, ani ręce, przez które środki materialne do nas docierały, ale ponieważ coraz bardziej zbliżał się front bolszewicki, zupełnie naturalnie wyglądały wszelkie zabiegi, by się jak najlepiej zabezpieczyć w razie oblężenia Warszawy. Wszyscy więc w naszym domu włączyli się w akcję zdobywania jak największej ilości prowiantów, a także ubrań i leków. (...) Wszyscy w Warszawie robili to samo pomagając sobie wzajemnie. Doświadczyłyśmy bardzo dużo życzliwości od naszych znajomych, którzy poświęcali nieraz wiele czasu i sił, by z innego krańca miasta przyjechać osobiście i informować nas  gdy już nie było telefonów dla Polaków  gdzie można zdobyć jaja, ser czy sól białą  towar pod koniec lipca szczególnie w Warszawie poszukiwany. 

Zakonnice nierzadko wykazały się sprytem i zimną krwią  np. s. Albana Meckier przywiozła od rodziców z Łowicza ukryte w beczkach z kapustą wieprzowinę i słoninę. I to z pomocą niemieckich żołnierzy, którzy, transportując ją i zapasy, nie zorientowali się, co się święci, bo przecież siostry od lat pomagały wyżywić ludność Warszawy! Magazyny pałacowe były dobrze zaopatrzone dzięki funduszom RGO, przezorności własnej i pomocy życzliwych ludzi – stwierdziła Baranowska.

Baranowska wspominała: Od połowy lipca panika wśród Niemców, na skutek zbliżania się sowieckiego frontu, była wprost niewiarygodna. Ci do niedawna tak butni, tak pewni siebie i hałaśliwi żołnierze urzędnicy i cywile tracili dobrą minę, milkli jakoś i w końcu po prostu uciekali z Warszawy (...). W dniu 21 VII 1944 r. do miasta wróciły z wyjazdu matka prowincjonalna, a także m. Irena Gawlik, m. Klara Zakrzewska, m. Konstancja Mierzwicka. Trwały gorączkowe poszukiwania lokum na przyszłą szkołę. Wybierano między budynkiem przy ul. Narbutta 48 przydzielonym przez Opiekę Społeczną a pobliskim budynkiem przy ul. Puławskiej 108. M. Teresa Ledóchowska, dyrektorka tajnego gimnazjum działającego przy ul. Przejazd, przybyła na Puławską, bo ten adres wybrano na placówkę szkolną. Skąd pomysł na szkołę? M. Konstantyna wspominała: Myślałyśmy, że skoro Niemcy się już cofają, a sowieckie wojska z Armią Polską stoją na Pradze, to otworzenie w Warszawie prawdziwej szkoły urszulańskiej jest kwestią najwyżej kilku dni. Jakże beztrosko zapatrywałyśmy się na przyszłość!

Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 113.

Łączniczka Teresa Bojarska „Dzidzia”, „Klamerka” (19232013), wówczas Sułowska, wspominała ten czas tak: Przez ostatnie dni lipca (...) woziłam broń, bo już byłam przydzielona do „Baszty” do porucznika „Pasa”, który pracował w jakimś biurze na Żulińskiego. Tam mu się przedstawiłam i on mnie od razu posłał tu i tu, że będzie ryksza, mam odebrać paczki i przewieźć tu i tu. Tak, że byłam bardzo zajęta. Ledwie zdążyłam na Powstanie. (...) Jeszcze odbierałam opaski dla „Baszty” od sióstr Urszulanek na Puławskiej. Powiedział mi wtedy, że: „To teraz leć do domu po rzeczy. To była godzina trzecia, (...) więc ja biegiem.

Łączniczka Teresa Sułowska. Źródło (dostęp 11 VII 2026 r.).

Urszulanki w czasie Godziny W modliły się w pałacowej kaplicy, przed tabernakulum. Z głębi Puławskiej usłyszały huk eksplodującego granatu – zaczęło się! Gdy nieśmiało wyjrzały z budynku, zauważyły pustkę na ul. Puławskiej, a ciemna zieleń drzew zasłaniała widok na miasto, gdzie już wybuchły pożary – wspominała m. Konstantyna. Matka prowincjonalna skupiła wszystkie urszulanki na Puławskiej, w pałacu, likwidując sypialnię u franciszkanek. Pałac stanowił bezpieczną przystań: Byliśmy odcięci, jakby w samotnej łodzi na wzburzonym morzu wśród nocy.

Do pałacu zaczęli się schodzić bliscy mieszkanek i mieszkańców: siostra Franciszki Zygi Weronika Podleśna, ks. Władysław Karasiewicz z bratem sędzią Józefem Karasiewiczem. M. Konstantyna zapisała: Na pięterku zainstalowali się goście pani Potockiej: pani Elżbieta, pani Mary z mężem, kilku panów, a wśród nich nieznany nam dotychczas pan Zbysław[ale zapewne znany Potockiej; personalia nieustalone – przyp. M.W.K.], który objął komendę. Nikt nam tego jeszcze nie mówi, ale my się i tak orientujemy, że tu jest intendentura na rejon Mokotowa. Rzeczywiście Stanisława Kuszelewska-Rayska Elżbieta w czasie powstania warszawskiego  którego sens kwestionowała – była peżetką, czyli należała do pionu Pomoc Żołnierzowi w kompanii O-2 pułku „Baszta” Obwodu Mokotów AK dowodzonej przez ppor. Kazimierza Grzybowskiego „Misiewicz” (19182021). Jako komendantka plutonu gospodarczego i inspektor kuchen zajmowała się sprawami gospodarczymi. Stworzyła centralną kuchnię dla powstańczego Mokotowa. „Misiewicz” po latach wspominał: sprawowała nadzór nad wszystkimi kuchniami, rozdziałem żywności, przydziałami na poszczególne oddziały.

Już drugiego dnia powstania do pałacu Henryków trafili ranni cywile, których powstanie zaskoczyło w kolejce Grójeckiej i w tramwajach. Niemcy strzelali do nich, wielu pozabijali i ranili. Nie byli to więc, jak podaje A. Puścikowska w książce Siostry z powstania. Nieznane historie kobiet walczących o Warszawę, cywile z brutalnie spacyfikowanej Ochoty, z ul. Grójeckiej, tylko osoby poszkodowane w pobliżu pałacu. Kolejka dochodziła wówczas do tzw. Dworca Południowego (dziś metro Wilanowska), zwanego też Dworcem Szopy (od Szop Polskich i Niemieckich, sąsiednich dawnych wsi). Jak zaznaczyła m. Konstantyna, Ci lżej ranni uciekli, i tu ich opatruje pani doktor Janina Wysołuchowa (ok. 1900–po 1944), krewna jednej z zakonnic, zamieszkała w domu przy ul. Puławskiej 107B. Pomagała s. Imelda Adamska. Poważnie rannych nie można było przenieść do szpitala przy ul. Goszczyńskiego, bo ul. Puławska była pod mocnym ostrzałem. M. Konstantyna zanotowała: Mówią, że to niemieccy strzelcy wyborowi czy volksdeutsche ukryli się dobrze po strychach, gdzieś od strony ulicy Odyńca, i mają stale na oku właśnie nasz odcinek, od furtki ogrodu – do wylotu Malczewskiego, którędy musi kierować się ruch do szpitala. Trzeba się mocno schylić i pędem przebiec ulicę aż ku załomowi narożnej kamienicy, która już daje osłonę. Przebiec trzeba bardzo szybko, nim rozgwizdana kula karabinowa zdąży zaryć się w bruku.

To dopiero druga doba powstania, a okolica pałacu już się zmieniła: Przy ulicy Malczewskiego ścięto rozłożyste topole; leżą teraz w poprzek drogi przekopanej i podminowanej. To barykada. Przy niej siedzą niewidoczni nasi chłopcy. Słychać ich młode, wesołe głosy. Po drugiej stronie barykady widać, jak skręca do szpitala auto z biało-czerwoną chorągiewką. Robi się rzewnie na widok tych drobnych oznak, że to już nasz polski teren, opanowany przez pierwszy dzień i pierwszą noc powstania. (...) Może 1 km2, może mniej, zamknięty ulicami: Puławską – Ksawerów – Alej Niepodległości – Ursynowską. (...) Słychać polskie głosy, chłopcy przy barykadzie gwiżdżą melodie polskich piosenek, starych z konspiracji i już nowych, powstańczych – zapisała Baranowska.

Lokalizacja pałacu przy ul. Puławskiej 107A na planie Obwodu V AK i Rejonu „Baszty na planie Warszawy-Południa. Źródło: Powstanie na Mokotowie. Relacje dowódców. Warszawskie Termopile 1944, red. J. Kłoczowski, Warszawa 2009, s. 185.

W drugim dniu powstania „Zbysław” objął komendę nad kuchnią w pałacu Henryków. Siostry dostały polecenie żywienia powstańców. Kuchnię prowadziły: dotychczasowa kierowniczka m. Imelda oraz skierowana na Puławską przez AK pani „Zośka” (Zofia Szczuka). Wszyscy zaś domownicy – dawni i nowi – przypasują fartuchy i zasiadają w suterenach nad skrzynkami kartofli, do obierania. Nikt się nie uchyla od pracy, skoro nasi chcą jeść! Krosnowska, żona dozorcy ogrodu i polu Potockiej, przyniosła mleko, piekarnia Kałasowej przekazała chleb, a Antoszewski furę kapusty. Wszyscy czują się jedną wielką rodziną, która walczy lub za plecami żołnierzy pomaga w świętej walce o wolność. (...) Przy pracy czas prędzej mija. Teraz tu w suterenach skupia się cały ruch domu. Wciąż ktoś przybiega i wybiega po schodach na podwórze, by coś wypatrzeć. Deszcz pada i ponuro jakoś na dworze. Nie ma wiele wiadomości. Łączność ze Śródmieściem przerwana, ale grunt, że walka trwa. Ufamy, że się dobrze i prędko skończy. Około południa zjawiają się żołnierzyki z kotłem po zupę, lub wpadają całe oddziałki, by zjeść coś ciepłego. Nie umundurowani, bez broni, z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Ale ich chłopięce, zuchowate twarze tchną taką wiarą i wesołością, że i nas radość ogarnia. Zakonnice pocieszały młodych powstańców, którzy uratowali się z ostrzału przy ul. Olesińskiej i przybyli do pałacu. Dodajemy otuchy biedakom z Olesińskiej, pomagamy im, w czym możemy, a o godzinie 6 po południu idziemy do kaplicy na suplikacje. Śpiew nasz i harmonium giną w huku armat, ale nie boimy się zbytnio, bo pan „Jutek” stoi na straży, czuwa i da nam znać, gdy trzeba będzie zejść do schronu (...) – zapisała m. Konstantyna Baranowska.

Następnego dnia samoloty niemieckie zrzuciły ulotki z apelem do żołnierzy AK, by zaprzestali walki i połączyli się z Niemcami przeciwko Rosji. Przychodzili żołnierze z kotłami i wiadrami po zupę dla swych towarzyszy. Przychodzili i młodziaszkowie, i starsi: „Michał” [Szymanowski – przyp. M.W.K.], porucznik „Pas”. Tu i ówdzie widać twarz o dziwnie ziemistej cerze: to więźniowie, którzy zbiegli z więzienia mokotowskiego 3 VIII 1944 r. Wśród tłumu nowych osób uderza nas szczupła, wysoka postać jakiegoś starszego pana w szarym ubraniu. (...) Matka Prowincjalna od razu poznała – to profesor Roman Pollak, który (...) od dwóch dni usiłował bezskutecznie dostać się do swego domu na Kazimierzowskiej 50 i teraz bardzo się niepokoi o los córki i jej małego dziecka. Wciągamy go natychmiast do naszego grona i za chwilę profesor uniwersytetu przypasuje fartuch i siada razem z nami do obierania kartofli. Wśród miłej rozmowy zapomina choć na chwilę o swoim niepokoju. Później idzie do hallu, gdzie siedzą sobie i rozmawiają nasi panowie, którzy z konieczności są na razie bezrobotni, więc „księża” (jak mówimy o księdzu i jego bracie), pan Czerwiński i pan Ponikowski [Antoni, polityk, działacz społeczny, inż. geodezji (1878–1949) – przyp. M.W.K.], który tu często zagląda spod 107b, oraz pani Puzynianka, której bardzo trudno z laską schodzić do suteren.

Co działo się 4 sierpnia? M. Konstantyna zanotowała: Pożary dokoła. (...) Pan „Zbysław” przenosi się do szkoły przy ulicy Woronicza, a tu zostaje na gospodarstwie kuchennym matka Imelda i pani „Zośka”. Duch w suterenach słabnie. To uderza nas i budzi niepokój. Zresztą pani Elżbieta i pani „Mary” nie kryją przed nami grozy położenia. Wieczorem więc Matka Prowincjalna robi krótkie, ciche i smutne narady w piwnicy z panią Potocką i obydwiema paniami. Pałac był zagrożony z czterech stron, pozostając poza obrębem, jak go nazywała m. Konstantyna, „czworobokiem mokotowskim (Puławska–Ksawerów–Al. Niepodległości–Ursynowska). Obawiała się: W razie napadu Niemców byłybyśmy ponadto w szczególnym niebezpieczeństwie, jako czynne w kuchni dla powstańców. Panie radzą nam więc, by część sióstr przeniosła się do szpitala Elżbietanek. Poza tym jest nas tu na Puławskiej i tak za dużo, a u elżbietanek brak rąk do pracy. Właśnie nadeszła wiadomość, że trzeba tam będzie otwierać nowe pawilony szpitalne sąsiednich willach. Rzeczywiście matka przełożona 5 VIII 1944 r. skierowała część sióstr (dawna ekonomka prowincjonalna m. Klara Zakrzewska, m. Teresa Ledóchowska, sekretarka bibliotekarka m. Zdzisława Konasińska, s. Eufrozyna Zarębska, s. Fidelisa) do pracy w powstańczym szpitalu sióstr elżbietanek przy ul. Goszczyńskiego, później także w nowym pawilonie szpitalnym w opuszczonych willach przy ul. Malczewskiego. Leczono tam i cywilów, i rannych żołnierzy powstańczych. W czasie największych ostrzałów ze strony Niemców rannych kładziono pokotem na siennikach, bowiem brakowało bielizny pościelowej. Był upał, lęgło się robactwo. Trudno było pomóc dzieciom, które ogarniała wyjątkowa panika. Pomagała wspólna modlitwa, której organizacją zajęła się matka Teresa, codziennie chodząca po salach i odmawiająca z chorymi pacierz.

Legitymacja powstańcza m. Imeldy Adamskiej. Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 40.

Wiele razy pałac był zagrożony bombardowaniem. Zakonnice wierzyły w Boską Opatrzność, która się nimi opiekowała. M. Konstantyna zapisała: ileż to razy czołg przestawał strzelać, właśnie wtedy, gdy już na nasz dom wy-padała kolejka!? Schody tarasu były podziurawione odłamkami, a dom stał i był oparciem dla ludności. Kaplica była pełna na mszy świętej i na nabożeństwach, a w kuchni trwała praca. Owszem, pracy było coraz więcej. Wciągnęłyśmy do niej kilkanaście kobiet spod 107b, które wybuch powstania zaskoczył poza domem. Niespokojne o swoich, zrozpaczone lub apatyczne, siedziały bezczynnie w piwnicach, czekając na możliwość przedostania się do swoich domów. Próbowałyśmy energicznie rozruszać je, natchnąć otuchą i zająć pracą. Matka Prowincjalna zaczęła im apostołować. Siadała razem z nimi do obierania jarzyn, podsuwała odpowiednie tematy do rozmowy, a potem czytała coś budującego i zajmującego. Największe powodzenie miały urywki z dzieł Sienkiewicza. Te proste dziewczęta i kobiety z fabryk, sklepów, zakładów fryzjerskich nareszcie miały czas i sposobność poznać i przeżyć coś z naszej literatury.

Mimo powstańczej rzeczywiście zakonnice i mieszkańcy pałacu starali się żyć, na ile to możliwe, normalnie. Baranowska wspominała: Zasadniczo dążyłyśmy do jednego: o ile to w naszej mocy, urządzać wszystko tak, by życie nasze miało jak najnormalniejsze oblicze. Dlatego z rozsądku, z miłości bliźniego i z samego instynktu życia i przetrwania, trzymałyśmy się z uporem każdego skrawka terenu, na którym jeszcze można było poruszać się, pracować czy spać; broniłyśmy każdej formy współżycia zakonnego (...). Brałyśmy się do każdej pracy, którą trzeba było wykonać, jak długo się dało. Korzystałyśmy z każdej godziny snu, by pokrzepić zszarpane nerwy. Udawało się to mniej więcej do 28 sierpnia. (...) Co rano, tak często, jak się tylko dało, była msza święta, sprawowana wśród ciągłych detonacji i z uczuciem niepokoju, czy da się ją dokończyć. Po niej schodziłyśmy do suteren na śniadanie. Kuchnia była wspólna, tylko Krosnowscy z Fredkiem jedli osobno, w swoim mieszkaniu. Od rana do wieczora zagarniała nas praca w kuchni: obieranie jarzyn, łamanie makaronu i krajanie mięsa. Do tej ostatniej roboty dochodziła pani doktor Wysłouchowa, a pan „Zbysław” przysyłał czasem do pomocy fachowców, rzeźników czy masarzy. W różnych zakątkach domu siostry wykonywały zwykłe, codzienne prace: sprzątanie, szycie, cerowanie, pranie, dopóki była woda, i prasowanie zwykłym żelazkiem, bo elektryczności wnet zabrakło. Dostarczaniem kartofli i jarzyn zajmowała się pani „Zośka”. Energiczna brunetka, okaz zdrowia, wesoła, prawa. Chodziła nocą z dobranymi ludźmi po mokotowskich działkach, podchodząc z biegiem czasu coraz bliżej do niemieckich placówek, jako że prędko wyczerpały się sąsiednie kartofliska, po trzy, cztery razy przekopywane. Wracała zmęczona, często zziębnięta, kilka razy ogłuszona wybuchem szrapnela, ale zawsze coś dla kuchni zdobyła. Pani „Zośka, asystent chemii w cywilu, umiała też wydobyć gdzieś spod ziemi szczotkę do zębów, grzebień czy bateryjkę elektryczną, by uszczęśliwić nimi kogoś potrzebującego. Starałyśmy się, by miała gorącą herbatę i coś pożywniejszego do jedzenia po tych ciężkich, nocnych wyprawach. Podziwiałyśmy także jej zdrowy, mocny sen w ciągu dnia pełnego przecież ruchu, huku i niepokoju. Gdy się wyspała, przyłączała się do różnych dyskusji, na które miałyśmy teraz czas nocą lub przy robocie. Wypowiadała zdecydowane, jasne, mądre zdania na temat sztuki, nauki, polityki. Bardzo dokuczał jej brak papierosów, o które było coraz trudniej. Wiedziałyśmy jeszcze, że niepokoi się o swój dom i matkę, i że dalekie są jej sprawy religijne. A może tylko tak się nam zdawało? Wszyscy ją bardzo szanowali. Wielkim urozmaiceniem naszego dnia były wieści z pola walki. Właściwie myśmy też były na froncie wojennym, ale ciągle jakby w okopach. W ciemnościach piwnic. A żołnierze, nasi chłopcy i dziewczęta, umundurowani już w dobyte kombinezony stalowego koloru i twarzowe furażerki, przynosili ze sobą powiew świeżego powietrza, mieli twarze opalone od słońca, dużo humoru, zawsze dobry apetyt i czuli się przy nas choć na chwilę jak w domu. Siostry wzięły w opiekę powstańczy oddział „Belwederczyków”, 50 żołnierzy (kobiet i mężczyzn), która miała zająć Belweder, ale musiała się wycofać z powodu nierówności sił. Przeszła w nocy z 1 na 2 sierpnia przez Chełmską do pułku „Baszta”. Zapewne chodziło o kompanię dowodzoną przez por. rez. inż. Czesława Zawadzkiego „Leguna” (zastępca: ppor. inż. Konstanty Jabłoński „Jasieńczyk”) z VII Uderzeniowego Batalionu Kadrowego (dowódca kpt. Czesław Szymanowski „Korwin”). Często w pałacu pojawiał się Jan Tomasz Antoni Krzyżkiewicz „Pas” (18961944) ze sztabu Wojskowej Służby Ochrony Powstania oraz jego łączniczka, wspomniana Teresa Sułowska „Dzidzia”, „Klamerka”.

Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 47.

W pałacu przebywało wówczas blisko 40 osób! Baranowska zapisała: Samorzutnie wytworzyła się hierarchia i podział prac w naszej małej, lecz bardzo zróżnicowanej społeczności trzydziestu sześciu osób. Na czele dwa autorytety: Matka Prowincjalna i pani Potocka. Potem my, urszulanki, dalej wszyscy świeccy domownicy i goście, a potem długie korowody biednych, bezdomnych, pogorzelców, zagubionych, nieustannie przewijających się przez nasz dom od pierwszej do ostatniej chwili. (...) Innym razem przyszło około dwudziestu chłopaków, którzy chcieli zrobić sobie u nas punkt obserwacyjny na pierwszym piętrze. Matka Prowincjalna wychodzi do nich (...). (...)
– Dobrze, proszę panów, tylko stąd proszę nie strzelać, by niepotrzebnie kuchni nie narażać.
– Alboż my mamy z czego strzelać...
(...) Jeszcze było znośnie, dopóki można było położyć się na parterze. Każdy kącik był wykorzystywany, zwłaszcza w korytarzach i w hallu. Trzeba było ostrożnie przechodzić, by na kogoś nie nadepnąć. Byli tacy, którzy woleli zrywać się z lichego snu na każdą silniejszą detonację, ale mieć trochę świeżego powietrza i przestrzeń, a byli tacy, którzy łatwiej znosili ciasnotę, niewygodę i duszną atmosferę piwnicy, byle przespać choć parę godzin pod rząd. Każdy już indywidualnie wybierał sobie swój kąt. W każdym razie odruchowo obliczało się tak: „Jeśliby strzelili stąd, to musieliby przebić dwie ściany, jeśli stamtąd to trzy....”. Człowiek wybierał miejsce gdzie, jak czuł, będzie bezpieczniejszy i odwracał twarz od tej tej „złej strony”. (...) Na schodach kamiennych od podwórza stale ktoś z nas czuwał – opisywała m. Konstantyna.

Kiedy Janina Puzynianka coraz bardziej niedomagała odwiedzali ją dr Skwarczyńska i dr Piotrowski, który, przewidując tyfus, kazał chorą przenieść do szpitala, co nastąpiło 18 VIII 1944 r. Dwóch sanitariuszy i dwie sanitariuszki rozwinęli chorągiewkę z czerwonym krzyżem i na noszach odnieśli biedną chorą okrężnymi drogami do „ośrodka zdrowia” na ulicę Dolną. Chora wróciła do pałacu na Henrykowie po 10 dniach, osłabiona po przebytym tyfusie i z zapaleniem żyły w nodze. Jak wspominała m. Konstantyna, Na parterze było już zbyt niebezpiecznie, więc trzeba było chorą na stałe przenieść do suteren. Poczciwa Krosnowska odstąpiła swój pokój i odbyła się zabawna przeprowadzka. Chora (...) siedziała na fotelu żegnając powietrze na wszystkie strony bo trzeba było iść przez podwórze będące ciągle pod niemieckim ostrzałem. Nieśli ją: ojciec Pieńkosz  jezuita, pan Jutek, pan Czerwiński i Fredek. Drugimi schodami do suteren schodził brat Reszke  jezuita, z wałkiem od kanapy, jedna z sióstr z laską pani Puzynianki i Franciszkowa z poduszkami. (...) Ojciec Pieńkosz i brat Julian Reszke zjawili się u nas 23 sierpnia w świeckich ubraniach. Przyprowadziła ich ku naszej radości siostra Teresa Ledóchowska. (...) Długo opowiadali nam o tragicznych przejściach i martyrologii ojców jezuitów na Rakowieckiej. (...) Wszyscy ze wzruszeniem klękamy, gdy ojciec Pieńkosz otwiera nasze tabernakulum dla wygnanego z Rakowieckiej Pana Jezusa – zanotowała Baranowska.

Zasięg powstania na Mokotowie w dniach 20–25 VIII 1944 r. Zaznaczono lokalizację pałacu Henryków. Rys. Józef Rokicki Karol”. Źródło: Powstanie na Mokotowie. Relacje dowódców. Warszawskie Termopile 1944, red. J. Kłoczowski, Warszawa 2009, s. 186.

W dniu 25 VIII 1944 r. pojawiła się nadzieja na zakończenie powstania i pomoc sowietów, nasłuchiwano huku dział od południowo-wschodniej strony. M. Konstantyna Baranowska zapisała: Ziemia dosłownie drżała. Armaty odzywały się bez przerwy całymi bateriami. (...) Rano, gdy się zaczął ruch i praca w domu, w ogóle nie można było się porozumieć w tym huku. Od czasu do czasu słychać było strzały od strony niemieckiej. (...) Szczególnie nękał nas stały ostrzał ciężkiej artylerii ze Służewa i Okęcia. Nabrałyśmy już wprawy w rozpoznawaniu pocisków po samym ich gwiździe, huku czy furkocie. (...) Bardzo niebezpieczne były szrapnele, właśnie dlatego, że spadały jak piorun z jasnego nieba, bez żadnego przedtem odgłosu i wybuchały nagle, rozrywając się na setki ułamków. Całe podwórze i ogród były nimi zasłane. „Dziadunio” lubił czasem przynieść taki odprysk o ostrych kantach albo skręcony jak metalowy wiór o dziwnym, obcym zapachu, i ważyć na ręce jego ciężar, kiwając stroskaną siwą głową, że „takie to paskudztwo”

Pod koniec sierpnia 1944 r. urszulanki pracowały w dwóch pawilonach szpitala elżbietanek: Klara i Zdzisława w jednym, Teresa i pozostałe w drugim. Walki się wzmagały, szczególnie silny ostrzał na szpital przy ul. Goszczyńskiego nastąpił w dniach 2729 sierpnia, więc siostry zaczęły znosić chorych do piwnic szpitala, a lekarze wypisywali tych, którzy byli w stanie utrzymać się na nogach. Budynki się trzęsły, latały odłamki szkła, a w pewnym momencie pocisk uderzył w dom, w którym był szpitalik. Choć przetrwał, to ranne zostały s. Zdzisława i m. Klara. Rannych i zmiażdżone martwe ciała wydobywano z piwnic przez długi czas.

We wspomnienie św. Augustyna, urszulańskie święto, czyli 28 VIII 1944 r., w kaplicy pałacu na Henrykowie Zgromadziły się wszystkie siostry, także te pracujące w szpitalu elżbietanek, by wspólnie świętować. Po czasie okazało się, że wtedy po raz ostatni odprawiono w pałacowej kaplicy mszę. Już w trakcie nabożeństwa zaczęły spadać dookoła nas różnego rodzaju pociski i powstał taki huk, że zamknęłyśmy okiennice i w katakumbowym nastroju, przy dodatkowej świeczce, ksiądz skończył mszę świętą. Nie był to pierwszy raz, kiedy w okolicach pałacu trwał ostrzał, zakonnice nauczyły się już rozróżniać pociski, rozpoznawać, z której strony idzie natarcie Niemców oraz ile pocisków wystrzelono. S. Kontantyna wspominała tzw. krowy: pomiędzy hałaśliwym „nakręcaniem” a samą eksplozją była króciutka przerwa, wszyscy na pierwszy zgrzyt, ze słowami: „Uwaga! krowa”, biegli z pośpiechem do suteren lub przynajmniej w korytarzyk koło hallu, by tam przeczekać serię bomb, które zdawało się, już gonią za nami. Tym razem pociski dosięgnęły pałacu, a kapłan został ranny. W wyniku ostrzału pierwsze piętro budynku (w tym pokój hrabiny Potockiej) zostało częściowo zburzone. S. Konstantyna wspominała później: Ledwo dobiegłam do półpiętra. Zostałam tam wciśnięta w róg (...). Trzymałam się rękami narożnych ścian i zamykając oczy, zapadałam się jakby w jakiś straszny zamęt, huk, dym i proch. Zrobiło się zupełnie ciemno, zewsząd coś się sypało, spadało, od strony klatki schodowej przewalały się jakieś deski z okiennic, a pęd powietrza targał habitem, jakby ktoś mnie bił po nogach. Kaplica została zdemolowana, z sufitu zwisały grube płachty tynku, walały się szkło i gruz. Jednak tabernakulum i krzyż nad nim były nietknięte. Przeniesiono je do środkowej piwnicy, gdzie odtąd odprawiano msze. Następnego dnia zbiegli się do nas przestraszeni ludzie spod 107b, z panią Elżbietą i matką Teresą; ze szpitala zobaczyli nasz strzaskany od tej strony dom. Nasz dom? Naraz tym jaśniej staje nam przed oczyma, że to przecież dom pani Potockiej. Co ona musi w tej chwili przeżywać! Patrzymy z szacunkiem, jak szlachetnie, z jakim poddaniem się woli Bożej znosi tę stratę – zapisała s. Konstantyna.

Zniszczenie pałacu stanowiło zagrożenie dla działalności kuchni RGO. Pani Elżbieta zgłosiła panu „Zbysławowi”, że z powodu zniszczenia komina działalność kuchni musi ulec zawieszeniu. Ten jednak nie chciał się na to zgodzić, gdyż zupełnie unieruchomiłoby to naszą pracę w dziale żywienia. Planowano remont, ale bombardowania się powtarzały i uniemożliwiały prace. Zniszczenia postępowały: Pokój pani Potockiej w ogóle znikł, względnie zwalił się na mieszkanie Franciszkowej. Nasz rozerwany pokój na pierwszym piętrze zsuwał się w zjechały straszliwym nieładzie na pokój stołowy. Meble i książki razem z gruzami na ogród. Schody w hallu zupełnie znikły, został po nich tylko ślad, taka łamana linia na resztce ściany. Już tylko sutereny nam zostały, bo reszta to jedna ruina. Powydzierane futryny okien i drzwi, jeden stos gruzów. (...) Kiedy się trochę uspokoiło, ratowałyśmy spod gruzów, co tylko było dostępne: książki, nuty, porcelanę, ubrania, zegar (...) i majolikę znad ołtarza. Cięższe meble przesuwałyśmy w bezpieczniejsze kąty, zwłaszcza natrudziłyśmy się bardzo, by uchronić harmonium z kaplicy i płaskorzeźb świętej Anieli. Wszystko to trzeba było robić bardzo ostrożnie, jakby ukradkiem, bo ciągłe wybuchy szrapneli i nieustanne wstrząsy groziły obsunięciem się tynku lub zerwaniem stropu wspominała s. Konstantyna Baranowska, która od 29 sierpnia spisywała wrażenia na bieżąco. Tego dnia zaczęło się niemieckie natarcie na Sadybę. Poprzedziła je nawała ogniowa szczególnie na obszar między ul. Odyńca, Naruszewicza, Puławską i Krasickiego, czyli w sąsiedztwie pałacu Henryków. 

W tym czasie Niemcy zniszczyli szpital elżbietanek. Chorych ewakuowano ze zbombardowanego szpitala, więc już siostry nie były tam potrzebne. Poza tym 2 września do pałacu dotarła wieść, że bomby trafiły w kamienicę przy ul. Malczewskiego 3/5. Trzypiętrowy budynek zapadł się od razu pod dachu aż do suteren, grzebiąc w gruzach około dwustu osób, w tym trzydzieścioro dzieci. Miałyśmy tam do niedawna jedną ze swych filii  zanotowała m. Baranowska. Wokoło pożary już blednące przy szarym ranku. Ciężkie smugi dymu stanowią ponure tło dla zniszczonych domów. Podwórze nasze zasypane gruzem, połamanymi meblami, rozgrodzone. Drzewa bez jednego liścia, jakaś martwota dokoła (...). Spod kamienicy przy ul. Puławskiej 107b wraz z przewodniczką, jedenastolatką, ruszyły do Piaseczna dwie zakonnice, by przetrzeć drogę dla kolejnych. Zaczęto bowiem planować ewakuację z pałacu. Następnie budynek opuściły Matka Prowincjonalna, m. m. Konstancja, m. Klara, s. Fidelisa, s. Eufrozyna, s. Telesfora i s. Jolanta. Na miejscu zostały s. Pawła, s. Reginalda, s. Fidelisa, m. Konstantyna oraz poważnie ranna m. Zdzisława, do której z narażeniem życia przedostawali się lekarze ze szpitala przy ul. Goszczyńskiego.

Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 67.

Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 147.

Baranowska zanotowała 5 września: Zaczęto nam rozkradać rzeczy ze zbombardowanej części domu. Fakt ten skłonił nas do uprzątnięcia naszych ruin. Przez cały więc dzień pani Potocka z pomocą sióstr znosiła rzeczy. Szły na dół drogocenne chińskie wazy, weneckie szkła, srebra i herbowa porcelana. Wszystko o wielkiej wartości artystycznej i wiążące się dla pani Potockiej z tysiącem chyba wspomnień. Patrzymy, jak w szarym fartuchu, w chustce na głowie, przenosi ocalałe resztki, spokojna, pogodna, zaróżowiona od ciągłego schylania się. I my przesunęłyśmy nasze harmonium za kaplicę. Pracę naszą przerywa wciąż warkot samolotów, ale dziś pełnią one gdzieś dalej swoją złowrogą służbę. (...) Stasia Bielecka dużo rzeczy ratuje spod gruzów. Leży tam rozwalona szafa z archiwum działu urszulańskiego. Wody co i rusz brakuje. Od dziś wolno palić w piecu tylko nocą (...). Zaczynało brakować zapasów, a siostry, chcąc pomagać innym, miały ograniczoną mobilność z powodu zranień w ostrzałach. Głodni ludzie zaczęli rozkradać majątek Potockiej i niszczyć dom. Zginęła bielizna, pończochy, pamiątki. W dniu 7 września zakonnica zapisała: Dziś Siekluckie skradły kwokę z kurczętami pani Potockiej, ale energiczna Franciszkowa poszła, znalazła kurę wewnątrz mieszkania i zabrała swoją własność. Niektóre dziewczęta przychodziły później skruszone i oddawały to, co skradły z pałacu.

W dniu 6 IX 1944 r. do pałacu dotarło pismo AK, by wydać nadmiar żywności (którego nie było), ale siostry i tak podzieliły się zapasami. Baranowska zanotowała: Zrobiłyśmy konferencję z panią Potocką. Żywimy teraz trzydzieści trzy osoby, przydziałów nie ma żadnych, jeszcze tylko od wojskowości, jako personel kuchni, dostajemy trzy bochenki chleba od pani „Zośki”, ale i to lada dzień ustanie. Gdyby człowiek wiedział, co jutro przyniesie! Na razie staramy się, by nasi „podopieczni” mieli możliwie smaczne i pożywne posiłki. (...) Coraz nam trudniej w piwnicy. Wilgoć przenika, karaluchy łażą po wszystkim. (...) Obiadów nie ma, bo tylko rano i wieczór może być coś gorącego. Dym z kominów naprowadzał samoloty niemieckie, więc starano się palić bez dymu. Zaczęły szerzyć się choroby, brakowało wody. Kolejni sąsiedzi z ul. Puławskiej 107c ewakuowali się do Piaseczna. W chwilach, gdy przebija się nadzieja na zakończenie wojny, gdy słychać i widać bombardowanie bolszewickie na froncie, siostry planują przyszłość, bo m. Konstantyna jeszcze przed wyjazdem do Piaseczna pana Douglasa, w którego domu miały magazyn węgla i opału, otrzymała od niego pozwolenie na zajęcie jego niewykończonego budynku. Z hrabiną Potocką, która krótko chorowała, Baranowska planuje uruchomienie kuchni RGO, jak tylko skończy się wojna. Przecież nadal będzie potrzebna!

Źródło: K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 69.

Od 8 września koło pałacu siostry i mieszkańcy pałacu Henryków, na polecenie komendanta Waśkiewicza, zaczęli kopać rów przez podwórze na pobliskie pole Krosnowskich (zarządców ogrodu i pola Potockiej), gdzie wykonano schron. Dziesięć dni później 101 amerykańskich „latających fortec” zrzuciło nad Warszawą kilkaset zasobników, ale większość wiatr pchnął na stronę niemiecką. Siostry widziały takie sceny nad ul. Piaseczyńską, w dole skarpy. Trzy pociski trafiły w pałac, niszcząc mieszkanie Ratyńskiej i pokój m. Ireny. Chleba i ziemniaków już nie może dostać. Stasia Bielecka zdobyła chleb! W ciemnościach nocy czołgała się wśród ruin i trupów od ulicy Puławskiej do piekarni na Racławickiej. Z dużym plecakiem wypełnionym bochenkami wracała o świcie w ten sam sposób. Z trudem przedostawała się przez tłum głodnych, którzy za wszelką cenę szukali chleba. Również nasi żołnierze na posterunkach, legitymując kto i z czym idzie, chcieli koniecznie kupić lub dostać chleba. Tyle biedy... Wodę musimy nosić już przed 5 rano wiadrami od studni Furmanika. (...) Tylko handel zamienny dzisiaj idzie. (...) Wskutek (...) pocisków dom pani Potockiej nie nadaje się już do takiego remontu, by móc mieszkać na parterze. (...) 20 września. Czołg wali w nasz dom od podwórza. Gwiżdżą kule. (...) Niemcy wdarli się na Piaseczyńską i podpalili tam domy. Za polem Krosnowskiego, tuż za skarpą, jedno morze płomieni. Nigdy jeszcze nie było tak blisko. Uchodźcy z tych spalonych domów siedzą u nas na korytarzu i u Krosnowskich. (...) Spodziewany atak Niemców nie doszedł na szczęście do skutku i noc minęła zasadniczo dość możliwie. Za to rano jest straszne! Czołgi zaczęły nas ostrzeliwać. (...) Scentralizowany atak artyleryjski, jakiego jeszcze nie przeżywaliśmy na Mokotowie, trwał do samego południa z bardzo małymi przerwami. Tego dnia bowiem, 24 września, zaczęło się ostatnie natarcie Niemców na Mokotów. Baranowska zapisała: Ludzie spod 107b, którzy przyszli na mszę świętą nas musieli już u nas zostać. Siedzieliśmy skupieni w piwnicach i na korytarzu. Znalazły się tam również cztery kozy Krosnowskich. Woda z trudem rano nanoszona cała zapylona. Wszędzie kurz i brud. Nie można jeszcze sprawdzić, gdzie pociski padają. Chciałyśmy dziś zrobić niespodziankę naszym domownikom. Siostra Reginalda upiekła z przydzielonego sztucznego miodu piernik i w południe dałyśmy go z gorącą kawą, bo wiele osób rano w ogóle nie jadło śniadania. To podniosło trochę nastrój, ale i tak jest smutno i ciężko. Wczorajsi pogorzelcy, którzy przenocowali u Krosnowskich, poszli wczesnym rankiem oglądać, czy nie da się czego uratować. (...) Pocisk zabił krowę Krosnowskich, a szopę całkiem rozwalił. Krosnowski zniósł to spokojnie, zgłosił nawet mięso do intendentury, a kozy umieścił pod numeru [powinno być: numerem – przyp. M.W.K.] 107b. To dobrze, bo hałasowały i brudziły korytarz. Żal mi patrzeć na tego człowieka. Nie mając swojego dobytku, koło którego wciąż miał tyle roboty, częściej siada teraz na ławie, podpiera głowę i myśli. (...) dużo jest rannych. Pogorzelcy z Piaseczyńskiej zarzucają tobołki na plecy i odchodzą od nas. Uciekają gdzieś dalej.

W ostatnich dniach powstania, w obliczu informacji o cofających się do Śródmieścia powstańcach oraz ewakuacji cywilów z sąsiedniego domu przy ul. Puławskiej 107 (Niemcy byli wtedy już na ul. Wejnerta), obawiając się nagłej ewakuacji (Trzeba liczyć się z tym, że Niemcy mogą nas z domu wyrzucić, jak tylu innych, co tu siedzą po korytarzach – zapisała s. Konstantyna), siostry urszulanki wraz z hrabiną Zofią Barbarą Potocką szykowały się do opuszczenia pałacu Henryków. Zakopały niezniszczone ciepłe ubrania, a dokumenty (własne, np. kronikę zakonną, którą w październiku 1944 r. wydobyła s. Imelda Adamska, oraz akowskie ulotki i komunikaty) ukryły w piwnicy.

Zaznaczono lokalizację pałacu Henryków. Źródło: Powstanie na Mokotowie. Relacje dowódców. Warszawskie Termopile 1944, red. J. Kłoczowski, Warszawa 2009, s. 132.

Ewakuację przeprowadzono 26 września po odprawieniu mszy w kaplicy w schronie. W obliczu zagrożenia życia nawet Ludwiki Czerwiński, wojenny lokator pałacu, i „Zośka”, przyjęli komunię, co bardzo ucieszyło urszulanki. Krótko po zakończeniu mszy na podwórzu pałacowym pojawili się Niemcy. Zaczęli wyrzucać ludzi z pałacu. Siostry z trudem niosły na noszach chorą M. Zdzisławę. Niemcy czasowo się wycofali, ostrzeliwani przez powstańców. Siostry, wykorzystując chwilę, zapakowały utensylia, np. tabernakulum, puszkę, patenę. Niemcy trzykrotnie wyrzucali zakonnice ze schronienia.

Mimo zamieszania dowódca oddziału niemieckiego pozwolił siostrom (3 zakonnice i chora m. Zdzisława) oraz Voili Krosnowskiej zostać w pałacu jeszcze kilka dni w zamian za pomoc przy gotowaniu. Zakonnice doznały serdeczności i szacunku od jednego z niemieckich żołnierzy, katolika (przez trzy semestry studiował teologię!), który miał siostrę benedyktynkę. Pozwolił ks. Cezaremu Wojtczakowi, który na zbombardowanym terenie niósł posługę kapłańską, przyjść do chorej m. Zdzisławy. Przysłał do niej lekarza z Sochaczewa. Wieczorem 28 września do zniszczonego pałacyku przyszła grupa 10 osób z pobliskiego ośrodka zdrowia (personel i cywile). Siostry ukrywały wówczas prof. Romana Pollacka oraz ubranego po cywilnemu księdza, który... za zezwoleniem i w obecności wspominanego porucznika odprawił mszę 29 września. Niemiecki żołnierz brał udział w nabożeństwie pierwszy raz od 5 lat. Jednak już chwilę później inna grupa żołnierzy, niemiecki patrol sanitarny, która wpadła do pałacyku i kazała się natychmiast ewakuować. Zakonnice pakowały m. Zdzisławę i tobołki przy dźwiękach fortepianu – grał na nim żołnierz, od którego doświadczyły dobroci. Siostry ruszyły w stronę Pruszkowa z zaświadczeniem od żołnierza niemieckiego, że nie są szkodliwe dla państwa niemieckiego. Tam, w obozie przejściowym Dulag 121, spotkały Zofię Barbarę Potocką i Janinę Puzyniankę. M. Zdzisława zmarła. Ostatecznie urszulanki trafiły do obozu w Bietigheim koło Sttutgartu.

Pałac Fanshave'ów na zdjęciu lotniczym z 1945 r. Źródło (dostęp 16 VII 2025 r.).

Fragment wystawy na ogrodzeniu pałacu. Fot. E. Rąpca, 2021 r. Źródło (dostęp 12 VII 2023 r.).

W 1947 r. w dokumentach Biura Odbudowy Stolicy zniszczenia pałacu zakwalifikowano do VIII kategorii (poważne). Kubatura zabudowy wynosiła 3580 m3. Budynek miał 4 kondygnacje i aż 44 pomieszczenia, w tym 13 do remontu, którego jeszcze nie zaczęto.

Pałacyk na Henrykowie odkupiły Helena Machnicka i Pelagia Janina Włodek. Na liście pamięci Dulag 21 w Pruszkowie znajduje się Janina Pelagia Włodek z Krzemińskich (1916?), która przeszła drogę ze Śródmieścia do obozu, następnie wyjechała do Częstochowy, a potem do Białej Wielkiej koło Lelowa. Towarzyszyli jej Sylwester Włodek (1902?) i Sylwia Włodek (1943?). Z kolei w Encyklopedii Medyków Powstania Warszawskiego wymieniona jest Helena Machnicka (Machalic) Dzidzia, która w sierpniu i wrześniu 1944 r. służyła w Obwodzie I Śródmieście Starówka w oddziałach bojowych (pododcinek „Gozdawy) jako pielęgniarka. Z kolei przedwojenna właścicielka Zofia Barbara Potocka zmarła w wieku 90 lat w 1974 r. w Krakowie, gdzie mieszkała przez ostatnie lata życia.

Pałac w 1945 r. Źródło (dostęp 12 VII 2023 r.).

Pałac w maju 1947 r. Fot. Karol Pęcherski. Źródło (dostęp 17 IX 2023 r.).

Fot. Karol Pęcherski, po 1945 r. Źródło (dostęp 25 VII 2025 r.).

Fot. Karol Pęcherski, po 1945 r. Źródło (dostęp 25 VII 2025 r.).

Elewacja ogrodowa. Fot. Karol Pęcherski, po 1945 r. Źródło (dostęp 25 VII 2025 r.).

W 1947 r. Machnicka i Włodek zleciły odbudowę pałacu. Prowadzono ją w latach 1951–1952 (z zachowaniem XIX-wiecznego wystroju pomieszczeń). Kierował nią architekt Stanisław Żaryn (1913–1964).

Stanisław Żaryn. Fot. Alexandra Zaryn, CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons (dostęp 11 VII 2026 r.).

Projekt odbudowy pałacu Fanshave'ów, S. Żaryn, 1950 r., fot. W. Krzyżanowska. Źródło (dostęp 12 VII 2023 r.).

Stanisław Żaryn, Pałac Fanshawów (Henryków), ul. Puławska 107a, elewacja frontowa i ogrodowa, 1950 r. Źródło (dostęp 11 VII 2023 r.).

Jak czytamy na facebookowej stronie Historia Warszawy cegłą pisana, „Podczas wojny górna kondygnacja budynku została uszkodzona; odbudowano ją w końcu lat czterdziestych z kiepskich, rozbiórkowych materiałów. Wnętrza podzielono, zatarto ich pierwotny wystrój”. Przebudowano je na oddzielne mieszkania.

Pałac w trakcie odbudowy i jego otoczenie (ul. Puławska i wlot ul. Malczewskiego) na zdjęciu lotniczym, 1951 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Pałac ok. 1959 r. Źródło (dostęp 12 VII 2023 r.).

Pałac ok. 1959 r. Źródło (dostęp 12 VII 2023 r.).

Rzut pałacu ok. 1959 r. Rys. inż. S. Krasiński. Źródło (dostęp 12 VII 2023 r.).

Jerzy Kasprzycki w latach 60. XX w. tak opisywał pałac: „Klasycystyczny dworek przy ulicy Puławskiej 107 kryje swoją cichą starość za gęstym żywopłotem i szpalerem równie sędziwych drzew. Jeszcze dzisiaj wygląda jak ekskluzywna posiadłość wielkopańska, choć (...) nigdy nią właściwie nie był. (...) Dzisiejsi mieszkańcy dobudowali na pierwszym piętrze skomplikowane wykusze, mansardy, jakieś ogrody zimowe. Widocznie sam charakter budynku narzuca chęć wzbogacenia jego elewacji – a zarazem historii i legendy”.

Pałac przy ul. Puławskiej 107A. Rys. Marek Stępień, 1967 r. Źródło: J. Kasprzycki, M. Stępień, Pożegnania warszawskie, Warszawa 1971, s. 145.

Wspomniany wpis na Facebooku skomentowała Magdalena Blinowska, dzieląc się wspomnieniami: Mieszkałam jakiś czas w pałacyku, mój mąż się tam wychował. Mieszkanie z tarasem od tyłu i ogrodem należało do mojej teściowej. Urządziliśmy tam nasze przyjęcie weselne. Mieszkańcy dbali o pałacyk tak, jak pozwalały im na to pieniądze i możliwości, zwłaszcza w peerelowskiej rzeczywistości. Dziadek mojego męża pieczołowicie sam układał na tarasie zdobyte cudem w Czechosłowacji kafelki. Jednak mieszkańcy nie byli w stanie sfinansować ani przeprowadzić generalnego remontu, jakiego potrzebował pałacyk. W przepięknej, urządzonej w piwnicy kuchni z łukowymi sklepieniami panowała wilgoć brakowało odpowiedniej izolacji, którą można było wykonać tylko podczas remontu na dużą skalę. Ponoć doprowadzenie pałacyku do dzisiejszego stanu kosztowało (...) więcej niż jego kupno.

Pałac w 1949 r. na zdjęciu ze zbiorów hrabiów Potockich z Londynu. Źródło: T.W. Świątek, Mokotów przez wieki/Mokotów through centuries, Warszawa 2009, s. 41. 

Pałac na początku lat 70. XX w. Źródło: Dzieje Mokotowa, red. J. Kazimierski, R. Kołodziejczyk, Ż. Komarowa, H. Rostkowska, Warszawa 1972.

W 2000 r. posiadłość przy ul. Puławskiej 107A zakupiła Irena Szołomicka-Orfinger, znana jako Irena Eris (Eris to zbitka trzech liter z jej imienia i inicjału panieńskiego nazwiska), która wraz z mężem jest właścicielką przedsiębiorstwa Dr Irena Eris powstałego w 1983 r. W 2023 r. w rankingu „Forbesa” zajęła VII miejsce wśród najbogatszych kobiet w Polsce (majątek o wartości 609 mln zł). W pałacu przy ul. Puławskiej 107A mieści się Centrum Naukowo-Badawcze Dr Irena Eris.

Na facebookowej stronie Historia Warszawy cegłą pisana można przeczytać: „Bajecznie bogaci właściciele (...) przywrocili zabytkowi dawny blask. Choć sporym nakładem - cena za metr wyniosła ok 8 tysięcy złotych, zaś stan budynku był bardzo zły. Stropy, belki nad oknami, kominy - wszystko wymagało wymiany. W najgorszym stanie były partie odtworzone po wojnie - szybko i byle jak [pisownia oryginalna – przyp. M.W.K.]”. Podczas remontu pałacu odnaleziono ukryte w piwnicy 7 szklanych weków z 1473 zapisanymi na maszynie kartami dokumentów Biura Studiów Przemysłowo-Gospodarczych Oddziału II Komendy Głównej AK z lat 1943–1944. Po konserwacji trafiły do Archiwum Akt Nowych w Warszawie.

Irena Eris na imprezie pod hasłem Kobieta Stylowa w parku koło pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Diana Domin, 9 V 2008 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Henryk Orfinger i Irena Eris przed wejściem do pałacu Henryków w dniu uroczystości z okazji 20-lecia firmy, 25 IX 2003 r. Fot. AKPA. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Pałac ma dwie kondygnacje. Od strony ogrodu wchodzi się do niego przez czterokolumnowy portyk wgłębny. Na elewacji frontowej z kolei zauważyć można tonda z głowami meduz. W ogrodzie zachował się kamienny zegar słoneczny.

Pałac w 2012 r. (elewacja od ul. Puławskiej). Fot. Wistula, CC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons (dostęp 11 VII 2026 r.).

Pałac w 2015 r. (elewacja od ul. Puławskiej). Fot. Roman Katolik. Źródło (dostęp 11 VII 2026 r.).

Budynek w 2012 r. (elewacja od ulicy Dominika Merliniego). Fot. Wistula, CC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons (dostęp 11 VII 2026 r.).

Budynek w 2012 r. (elewacja od ulicy Dominika Merliniego). Fot. Wistula, CC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons (dostęp 11 VII 2026 r.).

Pałac przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Marek Wiśniewski, 12 I 2012 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris na tarasie pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Piotr Malecki, 26 I 2010 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris w ogrodzie przy pałacu. Fot. Piotr Malecki, 26 I 2010 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris i Giacomo Giorgi (Polimoda) na imprezie pod hasłem Kobieta Stylowa w pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Marcin Michalski, 9 V 2008 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris i Henryk Orfinger w ogrodzie pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Piotr Waniorek, 11 VII 2007 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris i Henryk Orfinger w ogrodzie pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Piotr Waniorek, 11 VII 2007 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Pałac figuruje w rejestrze zabytków (nr rej. A-363 z 1 VII 1965 r.), podobnie jak otaczający go ogród (nr rej. A-363 z 9 IX 2004 r.), w którym rośnie m.in. pomnik przyrody jesion wyniosły. Po jego pniu do wysokości ok. 11 m wije się bluszcz pospolity.

Jesion pospolity w Henrykowie, 2021 r. Fot. Adrian Grycuk, CC BY-SA 3.0 PL, Wikimedia Commons (dostęp 11 VII 2026 r.).

Znamienna ciekawostka: zaczęło się od Henryka i na Henryku się kończy. W 1818 r. Henryk Bonnet wziął udział w parcelacji gruntów w Mokotowie i nabył ziemię znaną później jako Henryków. A 183 lata później pałac powstały na tych gruntach nabyli Orfingerowie. Irena i... Henryk. Dziś więc dziwnego, że w Pulsie Biznesu w 2012 r. ukazał się artykuł Karola Jedlińskiego pt. Pan Henryk na Henrykowie. Czytamy w nim m.in.: Przez niemal wiek pałac o powierzchni niemal 1000 mkw. stał na skarpie na Henrykowie, otoczony przez hektary sadów i ogrodów. Przechodził z rąk do rąk  od brytyjskiego barona przez ród Potockich do zaradnych prywaciarzy w 1945 r. Ci ostatni stawiali powojenną ruinę na nogi. Wtedy też Warszawa dopadła na dobre wieś spokojną na Henrykowie, ruszyła budowa mniejszych i większych bloków w okolicy. Dziś pałacykowi, by błyszczał wśród brzydoty, musi wystarczyć 3 tys. mkw. ogrodu.

Na zdjęciach, które można znaleźć w Internecie, widać, że w holu wejściowym pałacu znajduje się plansza z historią pałacu.

Irena Eris, Alicja Resich-Modlińska i Mariola Bojarska (impreza VIP, tradycyjne spotkanie w gronie zaprzyjaźnionych kobiet) w pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Krzysztof Jarosz, 29 V 2008 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris i Barbara Piwnik w pałacu Henryków na corocznym majowym spotkaniu. Fot. Radosław Nawrocki, 24 V 2007 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

A wnętrze budynku? Jedliński opisał je następująco: Na parterze wita gości sala kominkowa, gdzie nieraz toczyły się kluczowe dla firmy negocjacje i narady. Każdy detal, choć ma ledwie nieco ponad dekadę (ale są też antyki), wydaje się być wytworem ludzi z minionych epok.
 Odnowienie wnętrz i elewacji w stylu sprzed 150 lat wymagało poważnych sum. Mam umysł ścisły, więc sam tworzyłem przestrzenną koncepcję adaptacji wnętrz, szczegółami zajęli się fachowcy  przyznaje prezes kosmetycznej spółki.
W 2024 r. Lidia Lewandowska z portalu Wirtualne Kosmetyki napisała, że wystrój salonu pałacyku przy ul. Puławskiej 107A, w którym rozmawiała z I. Eris i H. Orfingerem, zdradza sympatię moich rozmówców do sztuki i kulturowego dziedzictwa”.

Irena Eris w salonie w pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Piotr Malecki, 26 I 2010 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris w pałacu Henryków. Sesja dla magazynu Viva!. Fot. Olga Majrowska, 2014 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris w tym samym miejscu co na zdjęciu wyżej. Fot. AKPA. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Wróćmy do opowieści Karola Jedlińskiego: Na drugim i zarazem ostatnim piętrze znajduje się jego 60-metrowy gabinet. Zaraz po wojnie był przestronnym pokojem z kuchnią i tarasem. W środku dominuje duży stół konferencyjny. Meble klasyczne, utrzymane w ciemniejszej tonacji, prezesowski fotel wyściełany pikowaną skórą. Nie ma tu natłoku rzeczy. (...)
Wzrok przyciągają dwa płótna  dyskretny żart  przedstawiające Henryka Orfingera i jego żonę Irenę Eris w strojach z początku zeszłego wieku. Prezes został uwieczniony jako postać z obrazu Jacka Malczewskiego „Autoportret na tle Wisły” z 1901 r. Prezentuje się nieźle, bo i autorką podobizny jest nie byle kto.
 To Regina Dmowska, konserwator malarstwa w warszawskim Zamku Królewskim  wyjaśnia Henryk Orfinger.
Regały dźwigają dziesiątki zaskakujących książek. Są nie tylko przewodniki turystyczne (prezes uwielbia podróże dalekie i bliskie), ale też dzieła Lenina wydane w Paryżu i tomy autorstwa… Stalina oraz Adama Warskiego, przedwojennego posła i piewcy komunizmu.
 To kontrowersyjne pozycje, ale trzymam je nie dlatego, że się w nich zaczytuję. Niedługo takie książki będą miały sporą wartość antykwaryczną  przekonuje Henryk Orfinger. Wartość kolekcjonerską ma także zbiór białej broni, głównie noży z różnych zakątków świata, gromadzony od kilkunastu lat.
(...) Siedzibę kosmetycznego giganta zdobią gustowne elementy rodem z minionych epok  takie jak kieszonkowy zegarek. Stare pianino odciąga wzrok od klimatyzatora. Kolekcja noży to już temat na dłuższą rozmowę... (...)

Biuro Henryka Orfingera w pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Marek Wiśniewski, 12 I 2012 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Henryk Orfinger w biurze w pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Marek Wiśniewski, 12 I 2012 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Henryk Orfinger w biurze w pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Marek Wiśniewski, 12 I 2012 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris w biurze w pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Piotr Malecki, 26 I 2010 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris i Henryk Orfinger w biurze w pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Piotr Waniorek, 11 VII 2007 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Spod starego świerka w ogrodzie roztacza się widok na biura w pałacyku Bonnetów. Na górze prywatny taras prezesa, na dole ogólnodostępny. Renowacja budynku pochłonęła miliony złotych.

Henryk Orfinger i Irena Eris w pałacu Henryków. Sesja dla magazynu Viva!. Fot. Olga Majrowska, 2014 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Henryk Orfinger i Irena Eris na tarasie pałacu Henryków. Sesja dla magazynu Viva!. Fot. Olga Majrowska, 2014 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Spotkanie pod hasłem Kobiety Stylowa w pałacu Henryków, na tarasie pałacu od lewej dr Irena Eris, Joanna Nojszewska, Monika Jaruzelska, Ewa Braun. Fot. Marcin Michalski, 9 V 2008 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

W pałacu na Henrykowie Irena Eris organizuje majowe spotkania dla kobiet. To trwająca od ok. 20 lat tradycja. Spotkania gromadzą kobiety showbiznesu. Relacje uczestniczek w social mediach pozwalają zobaczyć wnętrza pałacu oraz jego otoczenie.


Spotkanie pod hasłem Kobiety Stylowa w pałacu Henryków, na zdjęciu Monika Jaruzelska. Fot. Marcin Michalski, 9 V 2008 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris i jej gościnie (impreza VIP, tradycyjne spotkanie w gronie zaprzyjaźnionych kobiet) w pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Krzysztof Jarosz, 29 V 2008 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Irena Eris i jej gościni (impreza VIP, tradycyjne spotkanie w gronie zaprzyjaźnionych kobiet) w pałacu przy ul. Puławskiej 107A. Fot. Krzysztof Jarosz, 29 V 2008 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Spotkanie pod hasłem Kobiety Stylowa w pałacu Henryków, na tarasie pałacu od lewej dr Irena Eris i Ewa Braun. Fot. Marcin Michalski, 9 V 2008 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Beata Ścibakówna i Zuzanna Łapicka u Ireny Eris w pałacu na Mokotowie, 2002 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Świętowanie 20 lat firmy Dr Irena Eris w pałacu Henryków: Irena Eris i Teresa Rosati. Fot. Rafał Maciąga, 25 IX 2003 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Justyna Sieńczyłło, Henryk Orfinger i Irena Eris w pałacu Henryków na corocznym majowym spotkaniu. Fot. Radosław Nawrocki, 24 V 2007 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Świętowanie 20 lat firmy Dr Irena Eris w pałacu Henryków: Henryka Bochniarz, Małgorzata Niezabitowska, Barbara Czajkowska, Irena Eris. Fot. Rafał Maciąga, 25 IX 2003 r. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Henryk Orfinger i Irena Eris w pałacu Henryków w dniu uroczystości z okazji 20-lecia firmy, 25 IX 2003 r. Fot. Rafał Maciąga. Źródło (dostęp 12 VII 2026 r.).

Niezwykle bogaty w historię budynek pałacu przy ul. Puławskiej 107A w Warszawie zapewne skrywa jeszcze wiele tajemnic. Jeśli jakieś odkryję, dopiszę do tego tekstu. To przewaga bloga nad artykułami drukowanymi, że wciąż mogę poprawić, rozbudowywać, zmieniać! Zapraszam do uzupełnień i korekt, dzielenia się wspomnieniami, zdjęciami itp.

Pałac Henryków na zdjęciu lotniczym Warszawy, 2025 r. Źródło (dostęp 13 VII 2026 r.).


C. Prasa

D. Bazy danych
Centrum Badań nad Zagładą Żydów: Siostry urszulanki, [Siostry urszulanki i pani Potocka...] (dostęp 20 XII 2023 r.);
Encyklopedia Medyków Powstania Warszawskiego: Helena Machnicka (dostęp 25 VII 2025 r.);
Lista pamięci, Dulag 121 (dostęp 25 VII 2025 r.);
Powstańcze biogramy: Kazimierz Grzybowski, Jan Tomasz KrzyżkiewiczStanisława MatuszewskaTeresa Sułowska (dostęp 11 VII 2026 r.);
Wielka Genealogia Minakowskiej: August Adam hr. Potocki z Podhajec h. Pilawa (Srebrna) (dostęp 27 VII 2025 r.); George FanshaweHenryk Józef Bonnet h. Pawiniec (dostęp 11 VII 2023 r.); Janina ks. Puzyna z Kozielska h. Oginiec (dostęp 11 VII 2026 r.); Maurycy Stanisław August hr. Potocki z Podhajec h. Pilawa (Srebrna) (dostęp 27 VII 2025 r.); Janina Wysołuch (dostęp 20 XII 2023 r.); Zofia Barbara hr. Potocka z Podhajec h. Pilawa (Srebrna) (dostęp 27 VII 2025 r.).

E. Wspomnienia
Baranowska K., Puławska 107a, [w:] taż, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 11–110;
Kasprzycki J., Korzenie miasta. Warszawskie pożegnania, t. 4: Mokotów i Ochota, Warszawa 2004;
TenżeWarszawa sprzed lat (1990–1939), Warszawa 1989;
Ledóchowska T., Szpital na Mokotowie. Wędrówki, [w:] K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 111–174;
Peczara (J.Z. z Potockich Potocka, Dziennik 1914–1919, Z.B. Potocka, Moje własne wspomnienia), red. M. Pilecka, Łomianki 2024.

F. Relacje mówione i pisemne
Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego: Teresa Bojarska „Klamerka”Kazimierz Grzybowski „Misiewicz” (dostęp 11 VII 2026 r.), Cezary Wojtczak (dostęp 26 VII 2025 r.).

G. Źródła wydane

II. Opracowania
August Potocki (1847–1905), Wikipedia PL (dostęp 22 VII 2025 r.);
Borkowska U. OSU, Z historii urszulanek w Warszawie, Urszulanki Unii Rzymskiej, [b.d.] (dostęp 20 XII 2023 r.);
Cud nad Wisłą (film), Wikipedia PL (dostęp 11 XI 2026 r.);
Cygan W.K., Wojtczak Edward (18851957), Ordynariat Polowy Wojska Polskiego, 18 V 2024 r. (dostęp 11 VII 2026 r.);
Gozdawa-Gołębiowski J., Posłowie, [w:] K. Baranowska OSU, T. Ledóchowska OSU, T. Hoffmann OSU, Z powstańczych przeżyć 1944 roku, red. E. Niebelski, Lublin 1994, s. 233–240;
Tenże, Powstanie na Mokotowie, Muranowie i Starym Mieście, [w:] tamże, s. 227–232;
Henryk Orfinger, Wikipedia PL (dostęp 12 VII 2026 r.);
Henryków (Mokotów), Wikipedia PL (dostęp 11 VII 2023 r.);
Herbst S., Mokotów od połowy XVII w. do 1939 r., [w:] Dzieje Mokotowa, red. J. Kazimierski, R. Kołodziejczyk, Ż. Komarowa, H. Rostkowska, Warszawa 1972, s. 37–60;
Irena Eris, Wikipedia PL (dostęp 12 VII 2026 r.);
Jadwiga Smosarska, Wikipedia PL (dostęp 11 XI 2026 r.);
Jedliński K., Pan Henryk na Henrykowie, Puls Biznesu, 7 III 2012 r. (dostęp 12 VII 2026 r.);
Lewandowska L., Dr Irena Eris i Henryk Orfinger  Wyszło nam, w biznesie i w życiu, Wirtualne Kosmetyki, 4 XII 2024 r. (dostęp 12 VII 2026 r.);
Maurycy Stanisław Potocki, Wikipedia PL (dostęp 13 VII 2026 r.);
MLT, Stworzyła imperium kosmetyczne. Pierwsze pieniądze pożyczyła od mamy, Business Insider, 20 VI 2025 r. (dostęp 12 VII 2026 r.);
Pałac Fanshawów w Warszawie, Wikipedia PL (dostęp 12 VII 2023 r.);
Pałac „Henryków”/Fanshawów – ul. Puławska 107a, Odkrywca Warszawy, 23 XI 2015 r. (dostęp 11 VII 2023 r.);
Piaseczyńsko-Grójecka Kolej Wąskotorowa, Wikipedia PL (dostęp 11 VII 2026 r.);
Potycz, Wikipedia PL (dostęp 11 VII 2026 r.);
Poznaj Warszawę. Mokotów, red. L. Wysznacki, E. Grzybowski, Warszawa 1969;
Puścikowska A., Siostry z powstania. Nieznane historie kobiet walczących o Warszawę, Kraków 2020;
Rąpca E., [Ciut o pałacyku na Henrykowie... czyli Puławska 107 A], Facebook, 23 IV 2021 r. (dostęp 12 VII 2023 r.);
Stanisława Kuszelewska-Rayska, Wikipedia PL (dostęp 11 VII 2026 r.);
Stanisław Żaryn (architekt), Wikipedia PL (dostęp 11 VII 2026 r.);
Szymański M., Tajemnicze Miasto. Spacery po Warszawie, cz. 8: Stary Mokotów, Warszawa 2018;
Świątek T.W., Mokotów przez wieki/Mokotów through centuries, Warszawa 2009;
tu, Pokażą najciekawsze dokumenty z czasów wojny„Gazeta Wyborcza”, 28 IV 2009 r. (dostęp 12 VII 2026 r.);
Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet, Wikipedia PL (dostęp 13 VII 2026 r.).


Zapraszam do lektury pozostałych tekstów z serii #wieśwmieście:
  • cz. 1. Szopy PolskieKLIK;
  • cz. 2. Szopy NiemieckieKLIK;
  • cz. 3. folwark Nowy SadKLIK;
  • cz. 4. kolonia wsi Szopy NiemieckieKLIK;
  • cz. 5. Szopy Francuskie: KLIK;
  • cz. 6. Potok oraz Żółta Karczma: KLIK;
  • cz. 7. Metro Wierzbno i Wilanowska oraz transportowa historia okolicy (kolejka wąskotorowa, autobusy, trolejbusy i... omnibusy): KLIK;
  • cz. 8. Mokotów, Królikarnia, Arkadia, Wierzbno: KLIK;
  • cz. 9. Francuzi, Szwajcarzy, Austriacy, Brytyjczycy, Niderlandczycy, Włosi i Niemcy na Mokotowie: KLIK;
  • cz. 10. Choszczówka: KLIK;
  • cz. 12. Henryków: KLIK.

Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz