Na blogu jest już sporo legend oraz podań, np. z mojego rodzinnego powiatu przasnyskiego. Jakiś czas temu zostałam poproszona o kwerendę w temacie legend z Puszczy Białej. Nie jest ich wiele, ale te, które znalazłam, zebrałam poniżej. Jedną udało mi się znaleźć w zapisie gwarowym i przepisałam ją tak, jak była opublikowana. Na końcu wpisu jest też dodatek: nie tyle legenda, co gadka w gwarze kurpiowskiej z Poręby koło Ostrowi Mazowieckiej. Zapis przełożyłam na litery alfabetu polskiego, nie korzystając ze znaków stosowanych w dialektologii, jak było w oryginale, by było łatwiej w odbiorze.
Jestem ciekawa, czy te podania, które zebrałam poniżej, były Ci znane. A może w Twojej okolicy opowiada się inne lub te same, ale inaczej? Daj znać. Dobrej lektury!
1. Legenda o powstaniu Pniewa
Pewien drwal co sosny cały dzionek siekierrum wycinuł, pszysiat utrudzony na pniaku tak wielkim, ze dwóch Kurpi objońć by go nie dało rady. Siedzi se drwali ceka, Az mu zona Maryśka jakum strawe przyniesie. Zadumał się chłop nad swoim losemi rzece: „Panie Boze, niemłody ja już i z sił opadum, a zima idzie i chałupę tsza rychło stawiać, by schronienie pszet mrozem dawała”. Skońcuł drwal biadolić, a tu nagle obok niego z piascystej ziemi woda źródlana tryskać zacyna. Spragniony nabrał w spracowane dłonie wody i pić jumpocoł łapczywie. Napiwsy sie do woli, cuje, ze sił i mocy nabiera i lat mu ubywać zacyna. Wziun się tedy drwal do roboty i nim wiecór nastał, wyciuł tyle sosen, ze i na dwie chałupy by starcyło. Nazajuts z zono chałupe podudowali, a w podzięce bobu kszyk sosnowy przy źródełku postawili. Staneli oboje pod chatą, nadziwić się nie mogąc, ile to pni zostało po ścieńcie chojaków. Kobieta zyrka na męza i mówi: „Jaśko, cas nam tu na stałe osiość i innych namawiać tsza, abyswoje zagrody w kole nasej stawiali. Miejsce to nazwiewa „Pniewo”, coby wszystkim pszypominało jakieś sosny dzienki bozej pomocy ciuł i pnie po nich ostawił”.
Pewien drwal co sosny cały dzionek siekierrum wycinuł, pszysiat utrudzony na pniaku tak wielkim, ze dwóch Kurpi objońć by go nie dało rady. Siedzi se drwali ceka, Az mu zona Maryśka jakum strawe przyniesie. Zadumał się chłop nad swoim losemi rzece: „Panie Boze, niemłody ja już i z sił opadum, a zima idzie i chałupę tsza rychło stawiać, by schronienie pszet mrozem dawała”. Skońcuł drwal biadolić, a tu nagle obok niego z piascystej ziemi woda źródlana tryskać zacyna. Spragniony nabrał w spracowane dłonie wody i pić jumpocoł łapczywie. Napiwsy sie do woli, cuje, ze sił i mocy nabiera i lat mu ubywać zacyna. Wziun się tedy drwal do roboty i nim wiecór nastał, wyciuł tyle sosen, ze i na dwie chałupy by starcyło. Nazajuts z zono chałupe podudowali, a w podzięce bobu kszyk sosnowy przy źródełku postawili. Staneli oboje pod chatą, nadziwić się nie mogąc, ile to pni zostało po ścieńcie chojaków. Kobieta zyrka na męza i mówi: „Jaśko, cas nam tu na stałe osiość i innych namawiać tsza, abyswoje zagrody w kole nasej stawiali. Miejsce to nazwiewa „Pniewo”, coby wszystkim pszypominało jakieś sosny dzienki bozej pomocy ciuł i pnie po nich ostawił”.
Nikt dziś już nie pamięta, w którym miejscu Pniewa drwal z żoną Marią postawili swoją chałupę i założyli pierwszą osadę, ale... źródełko nadal tryska krystaliczną wodą, nie zamarzając nawet przy bardzo niskiej temperaturze. Podobno kto się jej napije, długo zdrowy i silny będzie.
Źródło: KLIK (dostęp 11 I 2020 r.).
![]() |
| Widok z Pniewa, 4 VIII 2025 r. Fot. Agathos de, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons (dostęp 5 V 2026 r.) |
2. Legenda o Górach Dziewiczych (wersja pierwsza)
Kiedy groźni i bezwzględni najeźdźcy wkroczyli do Długosiodła, dziewczęta beztrosko bawiły się na pobliskiej łące. Ich długie, białe suknie delikatnie powiewały na letnim wietrze. Na głowach miały wianki z barwnych, wonnych kwiatów, które same uplotły i włożyły na głowy przyjaciółek. Trzeba bowiem wiedzieć, że oprócz niezwykłej urody, dziewczęta te miały dobre serca, zdolne do przyjaźni i miłości – tej jedynej, na którą każda z nich czekała.
Właśnie wśród zielonych falujących traw bawiły się w chowanego, gdy posłyszały krzyki bólu, chrzęst zbroi i ujrzały łuny wznoszące się nad ich rodzinnymi chatami. Kilku najeźdźców na swych szybkich koniach ruszyło w stronę zbitych w gromadkę przerażonych dziewcząt. Struchlałe ze strachu, nie wiedziały, co począć. Nagle wydało się im, że czarna ściana lasu znajdującego się nieopodal, otwiera swoje wrota i ofiarowuje schronienie. Zaczęły uciekać przed napastnikami. Strach przed śmiercią, ale jeszcze bardziej przed hańbą i poniżeniem, jakby dodawał im sił. W ostatniej chwili zdołały wbiec pomiędzy drzewa. Tutaj konie napastników, przestraszone gęstwiną i mrokiem, nieco zwolniły. A dziewczęta nie ustawały w biegu. Raniły swoje bose stopy o szyszki i kamienie, a ręce o ostre gałęzie, które musiały odsuwać, torując sobie drogę. Ich suknie, dotąd czyste i nietknięte, teraz były podarte przez kolczaste krzewy. Mimo bólu i szkarłatnej krwi spływającej po dłoniach, co chwila podtrzymywały wianki na głowach.
Najeźdźcy byli coraz bliżej, napełniając serca dziewcząt jeszcze większą grozą. Traciły na-dzieję, że uda się im ujść pogoni. Wbiegły właśnie na leśną polanę, porośniętą przez kwiaty – takie same, jakie miały wplecione w swoje wianki. Pozbawione tchu i sił, stanęły sparaliżowane strachem. Mężczyźni na koniach zbliżali się. Widać już było dokładnie ich złe, okrutne twarze. Wtem Matka – Ziemia rozstąpiła się, jakby otwierała podwoje i powoli pochłonęła swe córki, chroniąc przed niewolą i poniżeniem. Grabieżcy zobaczyli tylko grube, złociste warkocze, które powoli znikały im z oczu. Któryś wyciągnął jeszcze dłoń, by schwycić jeden z nich, jednak jakaś nadludzka siła wykręciła mu rękę. Inni, zdjęci trwogą, szybko opuścili las, który z każdą chwila robił się coraz ciemniejszy i bardziej nieprzyjazny.
W miejscu polany powstały majestatyczne wzgórza, które zostały nazwane Dziewiczymi Górami. Porosły je wysokie drzewa, krzewy i piękne, wonne kwiaty. Do dziś chronią to miejsce, gdzie przepadły piękne dziewice z Długosiodła. Niektórzy twierdzą, że gdy człowiek o czystym, nieskażonym złem sercu pójdzie w nocy w tamto miejsce, usłyszy cichy, cudny dziewczęcy śpiew wychodzący spod ziemi.
Klaudia Banach
Publiczna Szkoła Podstawowa im. Tadeusza Kościuszki w Długosiodle pod kierunkiem Marty Piotrak
![]() |
| Długosiodło w 1955 r. Źródło (dostęp 5 V 2026 r.). |
3. Legenda o Górach Dziewiczych (wersja druga)
Długosiodło, miejscowość położona pomiędzy lasami Puszczy Białej, zamieszkiwana była od zawsze przez ludzi różnych profesji. Żyli spokojnie, prowadząc swoją codzienną egzystencję, starając się przy tym, by ich życie upływało zgodnie z rytmem pobliskiej Puszczy.
Otaczająca to miejsce zewsząd Puszcza nadawała swoje prawa. Gdy denerwowała się na ludzi, z lasów wychodziła mgła. Spowijała wszystkie domy, uliczki miasteczka, wypływała nad rzekę Wymakracz. Trudno było wtedy poruszać się po okolicy po omacku. Zapalano świeczki w oknach i czekano, aż Puszcza zabierze mgłę ze sobą. W ten sposób przepraszano ją, a ona prośby te przyjmowała. Ludzie z Długosiodła od pokoleń przystosowali się do wymagań przyrody. Tak bliskie sąsiedztwo zawsze zobowiązuje.
Puszcza miała swoją tajemniczą przestrzeń i kapryśną naturę kobiety. Ciągnęła się w nieskończoność. I nawet wtedy, gdy drzewa, mchy i runo leśne kończyły się na przestrzeni fizycznej, Puszcza trwała dalej. Prowadziła swoje szlaki i leśne dukty w wymiary ludziom nie znane. Miała w sobie niewidzialny świat. Mówiono szeptem, że jest wrotami czasu, za którymi mieszka nieznane. To nieznane budziło lęk. Jedni twierdzili, że jest nim otchłań. Inni, że to wzniesienia na kształt gór za Długosiodłem, za pomocą których wchodzi się w kraj duchów i luster.
– Lustra są w lesie porozwieszane przez nimfy. Mają zmylić wędrowców. Plątać ścieżki. Już wydaje ci się, że dotarłeś do tej samej drogi a tymczasem jesteś gdzie indziej – opowiadał przy ogniskach i ludowych biesiadach Dandek Trela i ostrzegał – Nie wieszajcie luster w domach, gdy wychodzi mgła z lasu. Puszcza się obrazi i zabierze swoje trzy nimfy, których przeznaczeniem jest pomoc temu ludowi, gdy nadejdzie kataklizm.
Dandek to starzec poczciwy, lecz szalony. Chodziły słuchy, że zrodziła go sama Puszcza i że wyszedł z Gór Dziewiczych. Był sierotą. Nikt nie znał jego rodziców i on sam ich też nie znał. Malował obrazy, na których przedstawiał dziwne postacie i piękne pejzaże. Trochę dziwak, trochę wróżbita. Mieszkał w szałasie przy brukowanej drodze za cmentarzem. Miał kosmatą brodę i duże ufne oczy. Jakby dziecka. Mówiono o nim, że jest strażnikiem Puszczy i że pilnuje wrót czasu we Wzgórzach Dziewiczych.
Dandek twierdził, że w lasach żyje niewidzialny lud. Trzeba tylko umieć przejść wrota i mieć białe serce. Mówił też, że tylko nimfy leśne mogą wychodzić z Puszczy i mieszać się z miejscową ludnością, by jej pomagać. To on wprowadził zwyczaj świeczek w oknach i pilnował ludzi, aby zapalali je, gdy miasteczko spowije mleczna zasłona.
Długosiodło nawiedzało wielu poszukiwaczy. Chcieli znaleźć owo słynne przejście w inny wymiar. Lecz lustra Puszczy myliły ich, prowadziły na manowce. Gubili się zatem nieszczęśni podróżnicy w odmętach bezdroży, nie mogąc znaleźć Gór. Gdy śmiałkowie wchodzili w las, zawsze parę dziewcząt stało przy brukowanej uliczce i śmiało się cicho z tego wymarszu. Wśród nich były trzy sieroty: Eulise, Zahara i Werna. Lubiły starca bajarza, a on jakby się nimi opiekował. Ludzie mówili o tych dziewczętach, że to nimfy. Żadna nie miała rodziców a do Długosiodła trafiły jako niemowlęta na furmankach z sianem lub znalezione przez kobiety zbierające jagody w lesie.
Żyły z wróżenia, leczyły choroby ziołami. I trochę stroniły od ludzi. Każdą z nich można było spotkać o świcie, jak spaceruje po rosie na łąkach. I o zmierzchu, jak układa się do snu na gniazdach, wybudowanych przez ptaki na drzewach.
O zmierzchu lasy zasypiały a świtem budziły się do życia. Wraz z nimi trzy młode kobiety.
Zahara szeptała do ucha chorym, a jej słowa stawiały ich na nogi:
– Do czasu innego przejdzie ten, kto jest czysty. Kogo myśli są. dziewicze, nieskażone złym życzeniem. Przejdzie ten, kto wie, kim powinien być człowiek.
Pewnej historycznej zawieruchy, podczas Potopu Szwedzkiego, który przepowiadał od dawna Dandek, wojska szwedzkie dotarły do Długosiodła i zaczęły plądrować okoliczne domy. Wybuchła panika. Ludzie uciekali z domostw, pozostawiając wszystko na pastwę losu. Biegli na oślep. Przed siebie. Szukali ratunku.
– Wojna nadeszła. To krwawa zawierucha. Zniszczy Długosiodło na wiele lat - mówił Dandek Trela, patrząc w ognisko, które rozpalał na polanie. Wiedział, że będzie to już ostatnie ognisko w tych czasach i tych okolicznościach. Przepowiedział wydarzenia pewnej czerwcowej nocy. Również przy ognisku. Zgromadzili się wtedy miejscowi. Dużo dzieci. Dużo młodych mężczyzn wraz ze swoimi przyszłymi żonami. Dużo starszych ludzi. Lecz starsi go już nie słuchali.
– Dandek szaleniec – śmiali się – Straszyć nas chce. – Ich umysły są zatracone. Ludzkie są tak bardzo, że siły nie mają na oderwanie się od swoich ciał – mówił Dandek Trela i oczy miał utkwione w przyszłości...
Zwracał się do młodych mężczyzn, aby dbali o swoje kobiety:
– Siła puszczy wyrasta z jej drzew. Żony są drzewami w potędze mężczyzny – mówił. Słuchali go i patrzyli, jak ogień oświetla twarz starca.
– Wrota z Puszczy, ukryte w górach, pomogą wam, jak przyjdzie złe. Szanujcie Puszczę i dbajcie o nią. Nadejdzie czas, że ona się odwdzięczy.
Gdy Długosiodło zalały wojny i nikczemności Potopu Szwedzkiego, lud napastowany przez wojska, uciekał w popłochu. Za nimi łuny pożarów i krzyki przerażenia.
Wojna to krwawa zawierucha – szumiały drzewa Puszczy.
Jedna z trzech dziewcząt-sierot podeszła do Dandka, który patrzył na ognie wojenne, a oczy miał mokre od łez.
– Eulise – powiedział starzec do nimfy. – Czy poprowadzisz ich za sobą?
– Poprowadzę do czasu innego. Przejdzie przez góry ten, kto jest czysty. Kogo myśli są dziewicze, nieskażone złym życzeniem. Przejdzie ten przez nasze góry, kto wie, kim po-winien być człowiek. Kto uwierzy, że nie jest tylko ciałem.
Przy brukowanej drodze nimfa Eulise zebrała grupę. Przyszli ci, którzy wierzyli w jej słowa. Którzy wierzyli, że Puszcza ma drugie życie. Przed nimfą stały młode dziewczyny i kobiety ze swoimi dziećmi.
– Mężowie nasi walczą – powiedziała jedna z nich, Jaga Blochowianka. – My same musimy iść za tobą.
– Tam w głębi Puszczy są Góry Dziewicze – powiedziała Eulise, wskazując na drogę, wijącą się tuż za cmentarzem.
– Góry Dziewicze kryją wrota do innego świata. Świata, gdzie nie ma zła i wojen. Gdzie piękno i dobro pod postaciami kwiatów otacza serce człowieka. Tam mieszka nasz lud. O białych myślach. Niewidzialni ludzie.
Złapali się wszyscy za ręce. Eulise uśmiechnęła się w stronę dzieci i kobiet.
– Jesteście gotowi? idziemy...
Dandek Trela skinął jej głową na pożegnanie. Patrzył, jak znikali w lesie.
– Idą ku szczęściu. Ku Górom Dziewiczym. Ku białym myślom – szeptała nimfa Zahara.
Mówi się, że wszystkie młode dziewczyny, kobiety i ich dzieci przeszły przez Góry Dziewicze wraz z nimfą Eulise, która je przeprowadziła. Zatopili się w ziemi. W głębi myśli i czasu potężnej Puszczy, czekały już pozostałe dwie nimfy i inni mieszkańcy niewidzialnych części lasu.
Do dziś za Długosiodłem, podczas wędrówek zobaczyć można niezwykłe wzniesienia. To Góry Dziewicze. Na znak tamtych wydarzeń mówi się o nich również Wzgórza Panieńskie. Dały bowiem schronienie niewiastom i ich potomstwu podczas Potopu Szwedzkiego. Niewytłumaczalne geograficznie wzniesienia w Puszczy Białej do dziś uważane są za wrota do innego wymiaru. Brak tylko śmiałków, aby przez nie przejść. Trzeba mieć bowiem serce czyste, jak biel mgły.
Daria Galant
Źródło: Spacer po gminie Długosiodło, Pułtusk–Długosiodło 2021, [s. 6–9].
4. Legenda o Jagnie i diable
Mieszkający niedaleko Pulw Kurp Bartłomiej miał żonę – niewiastę marudną, złośliwą, nieustępliwą, a przy tym natrętną. Dodatkową bolączką biednego chłopa, był fakt, że jego ślubna mówiła przez cały czas. I bynajmniej nie były to słowa życzliwe. Tyczyły się zazwyczaj jego – męża, a płynęły z ust Jagny przez całą noc i cały dzień, bez przerwy. Długi czas Bartłomiej znosił to wszystko. Ale póty dzban wodę nosi, póki mu się ucho nie urwie. Kurp stracił cierpliwość i postanowił pozbyć się nieznośnej małżonki. W głowie zaświtał mu pewien plan...
Pod pozorem wyprawy na grzyby zabrał Bartłomiej Jagnę do lasu. Wędrowali i wędrowali, aż dotarli nad skraj wysokiej skarpy, u stóp której rozpościerały się piekielne bagna, dokładnie tam, gdzie chciał Bartłomiej. Znużona Jagna usiadła, ale nawet zmęczenie nie przeszkodziło jej wszcząć awantury. Gadała i gadała, tak długo, że aż się zmęczyła i zasnęła. Bartłomiej nie wahając się ani chwili, zrzucił ją ze skarpy wprost w bagienne otchłanie, krzycząc – idź Jagno do diabła! Ten jeden raz to ona musiała posłuchać się męża! Z lekkim sercem Bartłomiej wrócił do domu i od tej chwili wiódł spokojny żywot. Wszelkie nieszczęścia omijały go z dala, zresztą, cóż gorszego od takiej baby mogło mu się przydarzyć.
Za to diabeł dopiero teraz przekonał się, czym tak naprawdę jest piekło. Nawet siły nieczyste nie potrafiły poradzić sobie z tą iście piekielną kobietą. Wynędzniałego, błąkającego się bez celu diabła napotkał Bartłomiej, kiedy znowu wyruszył na grzyby. Istota z piekła rodem była już cieniem samego siebie. Diabeł wzbudził w nim litość, ale Jagny nie chciał przyjąć za żadne skarby, choć samo piekło chciało się jej pozbyć. Nieszczęsny diabeł musiał więc z podkulonym ogonem iść dalej przed siebie, byle dalej od żony Kurpia...
Niewiele później po wsi rozeszła się wiadomość, jakoby jednego z mieszkańców opętał diabeł. Biedak męczył się okrutnie i nikt, nawet okoliczni mędrcy, nie mogli nic na to zaradzić. Wtedy kolejny pomysł zaświtał w głowie Bartłomieja. Sprytny Kurp pobiegł do opętanego i krzyknął mu do ucha: Jagna idzie! Więcej nie było trzeba. Diabeł uciekł z człowieka szybciej, niżby sobie to można było wyobrazić. I ani w Porządziu, ani na Pulwach od tej pory go nie widziano...
Źródło: Gmina Rząśnik. Tuż za miedzą Puszczy Białej, wyd. 2, Pułtusk 2017, s. 8–9. Pierwodruk: T. Chludziński, J. Żmudziński, Puszcza Kurpiowska, 1966.
![]() |
| Plakat Ryszarda Kai. Źródło (dostęp 5 V 2026 r.). |
5. Legenda o jeziorze Głusza
Gdy z Turzyna ruszymy wzdłuż brzegu Bugu, to idąc wraz z biegiem rzeki na zachód, dojdziemy do tajemniczego miejsca. Wśród nadrzecznych zarośli i bagien znaleźć można urocze jeziorko zwane przez okolicznych mieszkańców „Głuszą”. To dawne starorzecze Bugu tylko podczas wielkich wiosennych wylewów połączone jest z rzeką. Woda w nim jest jednak w miarę czysta, gdyż zasila je niewielki podziemny strumyk. Świadczy o tym fakt, że w zimowe mrozy część jeziorka nie jest zamarznięta. Dojść do jeziorka jest trudno, bronią bowiem do niego dostępu bagna i gęste krzaki.
Jak głosi miejscowa legenda, w miejscu, gdzie obecnie znajduje się jeziorko, była kiedyś niewielka osada i stał murowany kościół. Mieszkańcy nie żyli jednak w zgodzie z prawem boskim i po wielu latach wielka powódź zalała osadę. Ziemia się rozstąpiła i osada wraz z kościołem zapadła się pod ziemię. Wody jeziorka zalały wszystko, a czas wyparł z pamięci dokładniejsze szczegóły. Nie wiemy więc nic o mieszkańcach tego osiedla, nie wiemy, czy był to gród obronny, czy może miasto z gwarnym rynkiem i murowanymi domami. Nie wiemy, czy żyli tu rybacy i flisacy, czy może rolnicy, a może wojownicy wyprawiający się po łupy i sławę w odległe kraje. Nie wiemy nawet, jak osada ta się nazywała. Wiemy, że ich życie w tym miejscu przerwane zostało nagle i dramatycznie. Wielka woda unicestwiła osadę wraz z kościołem.
Skąd wiemy, że był tu kościół? Otóż od wielu pokoleń w Turzynie i okolicach wiadomym jest powszechnie, że gdyby pójść w księżycową, mglistą noc nad jeziorko, gdyby usiąść na jednej z powalonych karp, wtopić się w odrobinę straszną, a na pewno intrygującą przestrzeń tego miejsca, to można usłyszeć... ciszę. Ciszę absolutną, przerywaną tylko coraz szybszym biciem słuchającego serca. Światło księżyca błyszczy na spokojnej tafli wody jeziorka, drzewa rzucają delikatne cienie, które zdać się może, delikatnie tańczą, mimo że nie czuć na policzku najmniejszego powiewu wiatru.
Nie słychać absolutnie nic – żadnego plusku niemogącej zasnąć żaby, żadnych kroków stonogi wspinającej się na gałązkę tataraku, żadnego ziewnięcia zmęczonej całodziennym ganianiem za owadami jaskółki czy żadnego mrugnięcia powiek ogromnej sowy siedzącej na niedalekiej olszy. Mimo zamienienia się w słuch, wytężenia wszystkich zmysłów i nastawiania uszu nie słychać nawet najdrobniejszych dźwięków żadnego życia. Nie bez powodu nieliczni, którzy tu kiedyś docierali, nazwali to miejsce Głuszą. Głucho tu i cicho.
Aż nagle, gdzieś między północą a pierwszym zaraniem dnia, z głębi wody jeziorka, wydobywa się stłumiony, lecz jednak słyszalny dźwięk. Gdyby zamknąć oczy, to można by pomyśleć, że gdzieś daleko za mgłą biją dzwony jakiegoś kościoła... Ale dźwięk nie dociera z daleka, dźwięk dociera z dna jeziorka! To w zatopionym przed wiekami kościele staruszek kościelny z zapałem powtarzanym od setek lat każdego dnia, ciągnie za sznury... Modlitwa jest dla duszy tym, czym dusza dla ciała – dzwon z zatopionego kościoła wzywa wszystkich na modlitwę. Czy ktoś go słyszy?
Źródło: Gmina Brańszczyk. Nadbużańskie klimaty, red. A. Jakim-Morawska, Pułtusk–Brańszczyk 2016, s. 18–19.
![]() |
| Źródło: Gmina Brańszczyk. Nadbużańskie klimaty, red. A. Jakim-Morawska, Pułtusk–Brańszczyk 2016, s. 19. |
6. O Długosiodle i Kurpiach
„Stanisław Kącki z Kornacisk, zwany w Długosiodle Dziadkiem, opowiadał (...) przed ćwierćwieczem, jak to kiedyś z Broku wyruszyli biskupi na łowy w puszczy. No i zabłądzili. Gdy wreszcie znaleźli odpoczynek nad czystą wodą śródleśnej strugi, nazwali to miejsce na pamiątkę swojej przygody Długie Niezdejmowanie Siodeł. Później pobudowali w lesie kaplicę, żeby w czasie łowów mieć gdzie msze odprawiać, a nazwę miejsca zapisywaną w kronice skrócono na Długie Siodło. Leśnik Jan Suder z Długosiodła również mówił o rycerzach, którzy nazwali tak miejsce popasu, ponieważ bardzo długo w siodłach siedzieli. W głębi lasu spotkali chłopca. Zdziwieni jego obecnością, jako że nie widzieli w pobliżu żadnej osady, spytali go, skąd jest. Chłopak nie umiał odpowiedzieć. No dobrze – rzekli mu — w takim razie powiedz, jak długo szedłeś tutaj od domu. Od kiedy kur piał – brzmiała odpowiedź. Na to roześmieli się rycerze i ziemię tę nazwali Kurpiami”.
Źródło: L. Herz, Puszcza Biała i Kamieniecka, Pruszków 2005, s. 193–194.
![]() |
| Skansen-park w Długosiodle, 2025 r. Fot. Karolina Andrzejczyk, CC0, Wikimedia Commons (dostęp 5 V 2026 r.). |
7. O św. Rochu i św. Rozalii
„Dawno, dawno temu wędrowali (...) św. Rozalia ze św. Rochem. Rozdzielili się na północnym brzegu Narwi. On przeprawił się przez rzekę i przybył do Sadykrza, ona pozostała; koło wsi Słojki znajduje się pośród lasu jej sanktuarium, zwane właśnie Świętą Rozalią”.
Źródło: L. Herz, Puszcza Biała i Kamieniecka, Pruszków 2005, s. 241.
![]() |
| Drewniana rzeźba św. Rocha na terenie sanktuarium tego świętego w Sadykrzu, 18 VII 2021 r. Fot. Maria Weronika Kmoch, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons (dostęp 5 V 2026 r.). |
8. Gadka „O tem, jek raz dwa złozieje osukali Zyda”
Raz dwa złozieje chcieli łukraść Zydoju konia, ale tak, zeby tan Zyd tego konia nie sukał, bo jek znajdzie, to moze być źle. A jedan to buł straśnie psemyślny i pozieda tak do drugego:
–Ty weźnies konia i pudzies, a ja sia zostana w stajni.
A tan nie móg go zrozunieć i peda:
–To Zyd cia złapchi i cia wstazi do kozy.
– Jus Ty sia nie frasuj! Nie wsadzi mnę.
I umozili sia tak: ze jek ukradnom tego konia, to Ty go weźnies i zamknies dobrze stajno i zaprowadzis go do Ostrozi i spsedaz, a ja wsadza katar (niby ten, co koń na nam pierwuj stojał) sobzie naujep i łustanę kele złobu na postronku i będę rzął. Jek Zyd rano psyjdzie, to się pseląkne, a ja mu poziam, ze ja wcoraj pomeram i moja dusa wlazła w tego konia i ten koń zrobził się cłoziekęm, a tam cłoziekęm to jestem ja. Mozesz mnie nie wygoniać, ja u Ciebzie będę robział, to Ty jek zadechnies, to znowu we mnie wlezies i będzies i po śnierci na swojej gospodarce.
Zyd się jesce gozej pseląk i posed to swojej kodziety i pozieda jej wszystko. To ona się pseląkła i poziedziała mu tak:
– To Ty mas po swojej śnierci jesce być koniam i robzieć na wszystkiech? O nie! Weź i wypuść tego chłopa na cały śwat.
Zyd posed i złodzieja wypuściuł, a złodziej posed do boru as się za niem zakopjeliło. Później się oba stamtąd drugęm znaleźli i się pjeniądzani podzielili, a Zyd konia nie sukał.
Źródło: K. Nitsch, Wybór polskich tekstów gwarowych, Lwów 1929, s. 186–187.
![]() |
| Wjazd do Poręby Średniej, 20 I 2018 r. Fot. Rakoon, CC0, Wikimedia Commons (dostęp 5 V 2026 r.). |
Która opowieść najbardziej przypadła Ci do gustu? A może znasz jakieś legendy z terenu Puszczy Białej? Chętnie uzupełnię wpis.
Do następnego!
.png)









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz