17 kwietnia 2013

Listopad 1918 w Przasnyszu i powiecie przasnyskim

Kolejna część mojej pracy Przasnysz 1918, tym razem stricte Przasnysz 1918, czyli listopad 1918 roku w mieście i w powiecie.

Zapraszam! :)





Przasnyszanie nie pozostali obojętni na wydarzenia na ziemiach polskich – niektórzy zaciągali się do Legionów Piłsudskiego i wstępowali do Polskiej Organizacji Wojskowej. POW na terenie powiatu przasnyskiego powstała już w lutym 1916 r. Założyli ją legioniści, skierowani tu przez władze centralne. Początkowo działano legalnie, potem, wskutek prześladowań, peowiacy przeszli do konspiracji.



Na terenie gmin powstawały placówki i sekcje, w miastach plutony i kompanie POW. Placówki POW miały swoje kryptonimy, a żołnierze posługiwali się pseudonimami.

Powiatem przasnyskim z ramienia władz centralnych opiekował się pułkownik Duglasiewicz. Jego zastępca był legionista sierżant podchorąży z Ciechanowa, którego nazwiska nie udało się ustalić. Dowódcą plutonu z Przasnysza był Bronisław Paweł Królicki ps. „Chrobry”, a jego zastępcą Stanisław Palmowski. Pluton przasnyski składał się z trzech sekcji, do których należeli żołnierze z Przasnysza i okolicznych wiosek. Sekcyjnymi w Przasnyszu: 
· sekcja I – Stanisław Królicki „Śmirus”, brat Bronisława;
· sekcja II – Aleksander Galew;
· sekcja III – Kazimierz Szrejter ps. „Kasztan”.

Masowa przysięga żołnierzy z POW z Przasnysza i okolic odbyła się 15 lipca 1917 r. w Przasnyszu. Przysięgę przyjął płk Duglasiewicz.

Jedną z wcześniej zorganizowanych placówek, zaliczającą się do aktywnie działających, była placówka POW w Bogatem, której komendantem był Henryk Wieczorek z Krasińca. Placówka ta posiadała dwie sekcje, liczące około 50 ludzi.

Z inicjatywy dowództwa placówki w pobliżu kościoła w Bogatem został usypany kopiec i umieszczona tablica z piaskowca z okazji 100 rocznicy śmierci Naczelnika Narodu, Tadeusza Kościuszki. Płytę odsłaniał w dniu 15 września 1917 r. komendant placówki Henryk Wieczorek. Wykonawcą płyty był Bolesław Drwęcki z Przasnysza, żołnierz sekcji POW w Bogatem. Część artystyczną przygotowała Bronisława Dzierżanowski-nauczycielka z Bogatego, która wygłosiła również okolicznościowe przemówienie. Była to patriotyczna manifestacja, w której uczestniczyli żołnierze POW z okolicznych placówek, młodzież szkolna, licznie zebrane społeczeństwo.

W 1918 r. siedziba POW mieściła się w jednej z cel w klasztorze pobernardyńskim w Przasnyszu, wykorzystywanym przez okupantów w charakterze magazynów aprowizacyjnych. Kościół w czasie działań wojennych został spalony. Można przypuszczać, że magazynierem był Polak, który umożliwiał peowiakom uzyskanie miejsca na spotkania, zbiórki, szkolenia. Dla strzelców punkt zborny wyznaczono w remizie. Schowek z bronią i amunicją mieścił się na dzwonnicy kościoła, a także w domu naczelnika Straży Ogniowej, Grzegorza Galewskiego.

Pod koniec I wojny światowej Niemcy w mieście zachowywali się niepewnie. Pośpiesznie wyjeżdżali, wywozili sprzęty i maszyny.

Są niejasności, kiedy dokładnie rozbrojono Niemców w Przasnyszu i wyprowadzono ich za miasto. W monografii Przasnysza z 1927 r. podano datę 15 listopada, zaś Aleksander Drwęcki w swych wspomnieniach podaje datę 11 listopada. Wydaje się, że samo rozbrojenie Niemców mogło nastąpić 11 i 12 listopada („Głos Ziemi Przasnyskiej”, nr 3/1919 r.), a dopiero 15 listopada opuścili oni miasto. 

Aleksander Drwęcki podaje, że koncentracja peowiackich oddziałów zarządzona była już na 10 listopada. Dowódcy POW powiadomili przez łączników pieszych i konnych żołnierzy POW w Przasnyszu i pobliskich wioskach o potrzebie zebrania się z bronią pomiędzy godz. 16-17 w klasztorze. Jednocześnie z Ciechanowa przesłano kurierem plany i rozkazy celem rozbrojenia Niemców. Ci, przeczuwając instynktownie niebezpieczeństwo, wysłali wieczorem specjalny pociąg celem wywiezienia niemieckich urzędniczek. POW działała bardzo sprawnie; by uniemożliwić okupantowi odwrót kolejką, dokonano sabotażu na linii mławskiej kolejki wąskotorowej. Zdążający do miasta pociąg wykoleił się („Głos Ziemi Przasnyskiej”, nr 3/1919: „Peowiacy (…) zepsuli tor przy szosie ciechanowskiej i pociąg wykoleił się.”).

11 listopada (wedle Cz. Białoszewskiego) na ulicach miasta pojawili się strażacy, rzekomo by przeprowadzić „próbę ogniową”, faktycznie zaś działano zgodnie z wytycznymi kierownictwa: strażacy mieli rozbrajać żołnierzy i urzędników niemieckich, a także obserwując teren wedle rozkazu: „rozejść się po mieście i pilnować-kto i co wynosi lub wywozi i dokąd?”. Drwęcki umiejscawia te wydarzenia 10 listopada, powołując się na „Głos Ziemi Przasnyskiej” (3/1919), gazeta jednak działania strażaków relacjonuje z datą 11 listopada.

Pojedynczo, konspiracyjnie zebrały się trzy sekcje przasnyskie, sekcja z Golan i Jednorożca, z Lipy i Bogatego. Sekcja z Bartnik w liczbie 26 żołnierzy, powiadomiona później, wmaszerowała wieczorem w szyku bojowym pod dowództwem sekcyjnego Bolesława Karolskiego. Sierżant podchorąży z Ciechanowa, przysłany przez kpt Felda, zastępcę dowódcy POW na terenie powiatu, przywiózł rozkazy rozbrojenia Niemców i przedstawił je zebranym. Poszczególnym sekcjom zostały przydzielone zadania. Żołnierze nie posiadający własnej broni otrzymali broń krótką lub karabiny. Resztę mieli zdobyć na Niemcach. 

W koszarach kwaterował garnizon niemiecki Landwera w sile 250 żołnierzy (A. Drwęcki podał liczbę aż 800 żołnierzy) pod dowództwem kapitana. Byli to przeważnie starsi żołnierze, którzy przybyli u z frontu na odpoczynek. 

Zachowanie powstałej po wyjeździe części oficerów po rozkazy do Mławy Rady Żołnierskiej rzutowało na powodzenie operacji wyzwolenia Przasnysza. W sytuacji, gdy dowództwo POW otrzymało niepotwierdzoną wiadomość, iż żołnierze z koszar zamierzają wyjść w miasto w celu obrony urzędników niemieckich, aktualne siły POW podzielono na trzy oddziały. 

Trzy sekcje przasnyskie w sile 48 żołnierzy miały rozbrajać Niemców w koszarach. Sekcja z Bogatego ubezpieczała koszary od strony wschodniej, a sekcje z Jednorożca i Bartnik od strony północno-wschodniej. Inne grupy miały rozbrajać żandarmów i urzędników cywilnych w Przasnyszu i gminach oraz zajmować urzędy i lokale. Łącznie około 70 peowiaków ruszyło rozbrajać Niemców. Głównym zadaniem było zdobyć broń. Grupą żołnierzy, którzy mieli rozbrajać Niemców w koszarach, dowodzili: por. Kazimierz Sokolnicki, sierżant podchorąży z Ciechanowa, znający dobrze język niemiecki jako Poznaniak oraz Bronisław Królicki, Sokolniki z Sątrzaski i por. Antoni Łada, któremu oddano pod rozkazy sekcję bartnicką (26 żołnierzy) w terminie późniejszym po wykonaniu zadań w mieście.

Wraz z dowództwem do koszar przyszła pierwsza sekcja Stanisława Królickiego w celu przeprowadzenia rozmów z dowódcą garnizonu niemieckiego. Druga sekcja Aleksandra Galewskiego umieszczona została na cmentarzu niemieckim przy ulicy Makowskiej, a trzecia sekcja Kazimierza Szrejtra pod mostem przy ulicy Błonie (obecnie H. Sawickiej). Sekcje te miały czekać na rozkazy dowództwa. Łączność pomiędzy sekcjami utrzymywała drużyna starszych harcerzy. Dowództwo POW i pierwsza sekcja weszli na teren koszar, wpuszczeni przez wartownika około godziny 22.

Pertraktacje w koszarach przedłużyły się. Żołnierze, którzy byli pod mostem, porządnie zmarzli. Około godz. 22 przez most przechodził wracający z miasta niemiecki porucznik. Dowódca trzeciej sekcji Kazimierz Szretter wyskoczył z ukrycia, rozbroił oficera i wziął go do niewoli. Przybył jeden pistolet.

Grupy peowiaków rozbrajały Niemców, którzy cichaczem chcieli opuścić miasto oraz nie dopuszczali do Przasnysza uciekinierów z innych miejscowości. Inna grupa POW otrzymała wiadomość o zbliżającym się od strony Makowa większym oddziale nie rozbrojonego wojska niemieckiego. Na szosie makowskiej, w rejonie Sierakowa urządzono zasadzkę, jednak uprzedzeni przez szpiegów, „bocznymi drogami okrążyli Przasnysz od wschodu i wydostawszy się na drogę chorzelską, przeszli do granicy”.

Zmarznięci żołnierze drugiej i trzeciej sekcji, nie mogąc doczekać się rozkazów, poszli do koszar, rozbroili wartowników i obsadzili wartownię. Niemcy nie bronili się. Królicki postawił na warcie przy bramie głównej dwóch peowiaków: Stanisława Sieklickiego i Tadeusza Białoszewskiego. Rozbrojono niemieckie posterunki przy magazynach broni, amunicji i mundurowym. Peowiacy postawili swoje posterunki także przy elektrowni. W zdobytą broń uzbrojeni zostali peowiacy, którzy zaciągnęli posterunki przy poszczególnych budynkach koszarowych. Niemcy zostali zamknięci w środku, gdzie trwały pertraktacje z dowództwem. W przekonywaniu dowództwa garnizonu o konieczności złożenia broni w dużym stopniu pomogli Poznaniacy, których znaczna część służyła w tej jednostce. Powracający samochodami z Mławy oficerowie niemieccy zostali zatrzymani i rozbrojeni. 

Ne teren koszar weszły sekcje z obstawy a później także sekcja bartnicka z por. Antonim Ładą. Około godziny 24 żołnierze POW w zasadzie zajęli koszary.

Około 1 w nocy grupa POW i strażaków opanowała Urząd Pocztowo-Telegraficzny. Telefony powierzono urzędnikowi znającemu język niemiecki, któremu powierzono zadanie dezinformowania Niemców i przechwytywania ważniejszych rozmów. Opanowano również wydział budowlany „Bamant”, wydział rekwizycji, monopol mięsny, gdzie zabrano 4 konie, zajęto wydział zbożowy, gdzie znaleziono 4 tysiące marek gotówką, 3 rowery, 2 konie i broń. Między godziną 2 a 3 rozbrajano Niemców w mieszkaniach. Przy ulicy Ciechanowskiej rozbrajani Niemcy bronili się tak zacięcie, że niektórzy Polacy odnieśli lekkie rany. Żandarmeria niemiecka z siedzibą w domu Rydygierowej przy ulicy Ciechanowskiej przywitała żołnierzy POW strzelaniną. Ich strzały były jednak bezładne, nieprecyzyjne, obliczone na wywołanie strachu wśród Polaków. W ciągu dwóch godzin miasto jakby wymarło.

Z pierwszym brzaskiem dnia we wtorek, 12 listopada („Głos Ziemi Przasnyskiej”, 3/1919) Niemcy zaczęli pojawiać się na ulicach miasta, udając zaspanych, jakby nie wiedząc o nocnych zajściach. Można było się domyślić, iż nie zamierzali bronić się ani opuszczać miasta. Każdy pojawiający się na ulicy Niemiec był momentalnie rozbrajany. 

Pertraktacje z Niemcami trwały do 6 rano i zakończone zostały pomyślnie. Kilka minut po 6 dowódca garnizonu niemieckiego rozkazał wyprowadzić żołnierzy na dziedziniec i złożyć broń. Żołnierze niemieccy ustawili się czwórkami po obu stronach dziedzińca. Dowódca poinformował żołnierzy o sytuacji. Niemców było 250, peowiaków 50, wspomaganych przez 20 osób postronnych. Zabrał głos również sierżant podchorąży, znający dobrze język niemiecki. Powiedział, że żołnierze zostaną potraktowani honorowo i odprowadzeni do granicy w Chorzelach. Różne były reakcje żołnierzy niemieckich. Starsi cieszyli się z możliwości powrotu do domu, młodsi rozpaczali z powodu upokorzenia. Żołnierze niemieccy zachowywali się biernie, oficerowie byli buńczuczni. Żołnierze POW przejęli karabiny niemieckie. Na teren koszar weszła Milicja Ludowa pod dowództwem przasnyskiego stolarza, Marcelego Kiembrowskiego, w celu zabezpieczenia mienia poniemieckiego przed rabunkiem. Rozbrojonych niemieckich żołnierzy i żandarmów peowiacy przyprowadzili na rynek przasnyski.

Trudniej było rozbroić uzbrojoną grupę około 80 cywilów, którzy pod opieką 8 żandarmów zamknęli się w Urzędzie Powiatowym. Pertraktacje prowadził nowo wybrany starosta przasnyski. Miedzy 7 i 8 rano 12 listopada zajęto Urząd Powiatowy. Żandarmi i cywile niemieccy dali się bez problemu rozbroić. Łupem rozbrajających były: automobil, 12 koni z siodłami i uprzężą, około 70 rewolwerów i tyleż karabinów. Chwilę potem zajęto „Krejskase” z niewielką sumą pieniędzy (ok. 12 tys. marek). Urzędy zabezpieczyła Milicja Ludowa.

Ogólnie żołnierze POW i strażacy zdobyli: 69 koni, 2 samochody osobowe, 1 samochód ciężarowy, 597 karabinów, 120 rewolwerów, 15 tys. amunicji, około 50 kg pirokseliny, wiele bryczek, urządzeń biurowych i innych przedmiotów. 

W areszcie miejskim najbardziej denerwował się burmistrz niemiecki, którego wraz z kilkoma urzędnikami dołączono do licznej grupy. Całą grupę uzbrojeni peowiacy odprowadzili 12 listopada (Drwęcki) do granicy z Chorzelami (23 km od Przasnysza). Po drodze dołączyli peowiacy z Krzynowłogi Małej i Krzynowłogi Wielkiej oraz z Janowa, prowadząc rozbrojonych na swoim terenie Niemców. Po przekroczeniu granicy Niemcy podziękowali za kulturalne obchodzenie się z nimi, zgodnie z warunkami kapitulacji.

Według „Głosu Ziemi Przasnyskiej” (3/1919) zajęcie koszar nastąpiło w godzinach rannych 12 listopada. Drwęcki utrzymuje, iż są to wydarzenia z 11 listopada. Krytyka materiału źródłowego daje jednak przywileje relacji wydrukowanej na łamach lokalnego tygodnika (minimalny odstęp od interesujących nas wydarzeń, konkretny i chronologicznie przejrzysty opis, osoba naocznego świadka).


Widok z rynku na ul. Ciechanowską w Przasnyszu (1918 r.). Pocztówka wydana przez Wydawnictwo J. Grousówny w Przasnyszu.
Zb. Mirosław Krejpowicz.
Źródło.



Podobnie działo się w innych miejscowościach powiatu. W Chorzelach peowiacy oraz strażacy dowodzeni przez E. Kwiecińskiego, J. Kossaka oraz sierżanta J. Gizo opanowali magazyn amunicji, prowiantu oraz mundurów. Dokonano bezkrwawego rozbrojenia Niemców stacjonujących w mieście. W akcji brali udział także członkowie żydowskiej organizacji młodzieżowej, którzy, obawiając się okresu przejściowego „między władzą a władzą”, stworzyli oddział lokalnej samoobrony. Miejscowa POW dokonała również wykolejenia niemieckiego pociągu w rejonie Raszujki. Na granicy Niemcy podziękowali peowiakom za bardzo dobre potraktowanie ich, zgodnie z warunkami kapitulacji i przekroczyli granicę.


Żołnierze niemieccy podążali pojedynczo i grupkami ku granicy pruskiej, by nie zostać rozbrojonym, omijali miasta, idąc bocznymi drogami. Wielu żandarmów, żołnierzy niemieckich i cywili kierowało się z Pułtuska, Makowa, okolic Warszawy na Krasnosielc i przez Jednorożec do Chorzel. Na moście w Krasnosielcu stał posterunek POW i rozbrajał zarówno pojedynczych żołnierzy, jaki i małe grupki. Do Jednorożca szli oni już bez broni, licząc na to, że stamtąd będą mogli pojechać koleją przez Małowidz i Chorzele do Prus. W roku 1917 Niemcy zbudowali tu tor kolejowy i kilkanaście razy na dobę w rabunkowy sposób wywozili z lasów w okolicach Karolewa i Lipy dorodne sosny. Chłopi z Jednorożca w nocy z 10 na 11 listopada rozkręcili szyny, wywieźli przęsła szyn do lasu oraz pokopali doły na torowiskach, co sprawiło, że drewno sosnowe pozostało na miejscu, a Niemcy nie byli w stanie ewakuować się tą drogą.

Wieczorem 11 listopada (według A. Drwęckiego dzień później) przez Jednorożec przemaszerował znaczny oddział żandarmów, liczący około 3 tysięcy żołnierzy, wycofujący się ku pruskiej granicy. Oddziałem dowodził pułkownik. Żołnierze byli dobrze uzbrojeni, prowadzili ze sobą działka. Na czele oddziału szła orkiestra wojskowa. Z powodu zniszczonej trasy kolejowej Niemcy przeszli z Jednorożca do Ulatowa Pogorzeli i tam zatrzymali się na nocleg.

Jednostkę niemiecką patrolował konny oddział peowiaków z Kurpiowszczyzny, który powiadomił dowództwo POW w Chorzelach o zbliżających się Niemcach. Dowództwo POW wydało polecenie wykonania okopów przed Orzycem, które przygotowali peowiacy i ludność cywilna Chorzel. Rano 13 listopada (A. Drwęcki) peowiacy zajęli stanowisko bojowe w okopach.

Około 100 peowiaków na koniach wyjechało naprzeciwko Niemcom. Spotkali się w pobliżu wsi Przysowe. Pertraktacje w sprawie rozbrojenia prowadził sierżant podchorąży z Ciechanowa. Początkowo rozmowy ze strony niemieckiej szły bardzo opornie. Podchorąży wytłumaczył Niemcom, że w Chorzelach stacjonuje wojsko polskie z Legionowa w liczbie około 10 tysięcy i jeśli nie złożą broni, może dojść do walki i niepotrzebnego rozlewu krwi. Niemcy koniecznie chcieli przejść z bronią przez miasto i przyrzekali, że przed przekroczeniem granicy złożą broń, jednak dowódca niemiecki zaczął ustępować, gdy zauważył, iż wśród pertraktujących peowiaków jest ksiądz z Chorzel. Pułkownik niemiecki zwrócił się do księdza z prośbą o wstawiennictwo. Powiedział, że jest katolikiem i dał oficerskie słowo honoru¸ że po przejściu przez miasto, przed granicą złożą broń. Na prośbę księdza dowództwo POW, nie do końca zadowolone z obrotu sprawy, wyraziło zgodę na takie rozwiązanie. Kiedy żołnierze niemieccy przeszli przez Chorzele i zorientowali się, że nie ma tam wojska polskiego, a tylko około 400 peowiaków, przeszli granicę w szyku bojowym i nie pozwolili rozbroić się. Zdezorientowani peowiacy w odwecie rozbili pomnik Hindenburga na chorzelskim rynku.

Po kilku godzinach część wojska niemieckiego, dobrze uzbrojona, wróciła do Chorzel i zaatakowała miasto. Odbito posterunek żandarmerii, wartownię i urzędy. Peowiacy zajęli okopy przed Orzycem i kiedy Niemcy weszli na most, otworzyli zmasowany ogień. Rozpoczęła się walka. Niemcy byli na moście i w osłoniętym terenie. Po stronie niemieckiej byli zabici i ranni. Niemcy wycofali się z mostu. Po chwili ponownie zaatakowali.

W tym czasie dowódca drugiej sekcji, Aleksander Galewski z Przasnysza, który przejął wcześniej stację kolejową za Chorzelami, znajdował ze swoją sekcją na cmentarzu chorzelskim przy ulicy Zarębskiej. Tam rozbroił kilku ukrywających się Niemców. Kiedy zorientował się, że w mieście wybuchła strzelanina, pośpieszył z pomocą kolegom i zaatakował Niemców o tyłu. Niemcy zaczęli wycofywać się, zabierając na tabory licznych zabitych i rannych i przeszli granicę.

Wśród Polaków nie było ani rannych, ani zabitych. Z Przasnysza przybywali furmankami nowi peowiacy, żeby obstawić granicę. 

Na patrol graniczny na odcinku Chorzele-Wasiły po kilku dniach poszło dwóch peowiaków z Janowa: Majewski i Czaplicki. Niemcy, którzy cichaczem przeszli granicę, złapali tych ludzi, rozbroili i rozmundurowali. Zawstydzeni chłopcy przyszli do Chorzel w samej bieliźnie i zameldowali o tym wydarzeniu dowódcy plutonu przasnyskiego, Bronisławowi Królickiemu. 

Królicki wybrał 25 ochotników i kiedy Niemcy jedli kolację na strażnicy granicznej (tzw. kordon), zaatakował ich. Niemcy w popłochu pouciekali. Peowiacy zabrali furmankę z bronią, amunicją i umundurowaniem, trzy furmanki z artykułami żywnościowymi i wrócili do Chorzel uradowani, że pomścili kolegów.

Na drugi dzień Niemcy przysyłali do Chorzel parlamentariuszy, żeby dowództwo POW przybyło na kordon w celu prowadzenia rozmów. Wysłano delegację. Zostało podpisane dwustronne porozumienie, że od tej pory nie będzie żadnych incydentów granicznych i nie było ich rzeczywiście.

Na granicy nastąpił pokój. Peowiacy wrócili do Przasnysza. Na granicy pozostawiono tylko posterunki. 18 listopada 320 peowiaków z Przasnysza przy dźwiękach orkiestry strażackiej, żegnanych przez społeczeństwo przasnyskie, pomaszerowało do Ciechanowa, gdzie pułkownik Michał Żymierski organizował 32 Pułk Piechoty. W jego skład wchodzili peowiacy z powiatów północnego Mazowsza. Dowódca pułku, który skierowano na Wołyń, został mjr Kordian Zamorski.



Kolejne opowieści historyczne niebawem ;)



2 komentarze: