5 marca 2026

SYLWETKI. REGIONALISTKI (5): Odwaga Małgorzaty Tkacz-Janik, śląskie dziedzictwo oraz herstoria dawniej i dziś

W tegorocznej marcowej odsłonie serii SYLWETKI przedstawię Ci znane mi historyczki, genealożki, etnografki i kulturoznawczynie, które podejmują w swoich działaniach tematy regionalne. Dobrałam je tak, by każda pochodziła z innego regionu i reprezentowała nieco inny kierunek działań. Zapraszam na serię wpisów i wywiadów o pracy w regionie, o badaniach, które prowadzą moje bohaterki, o podejmowanych przez nie inicjatywach, o trudnościach, jakich doświadczają, i ich radościach.

W piątym odcinku serii poznasz Małgorzatę Tkacz-Janik (ur. 1965 r.). Czytając jej biogram w Wikipedii, dowiesz się, że to nauczycielka akademicka, polityczka, działaczka społeczna na rzecz praw kobiet oraz badaczka kultury i dziedzictwa Śląska. Ale jej herstoria kryje o wiele więcej i cieszę się, że za pomocą tego tekstu masz szansę ją poznać. Główną część artykułu stanowi moja rozmowa z bohaterką, którą odbyłyśmy w 2023 r. Uzupełnienia pochodzą m.in. z wywiadów z Małgorzatą Tkacz-Janik z 2015, 2018 i 2026 r. Dobrej lektury!

Ewa Adamska-Cieśla pisała w 2018 r. dla portalu NGO.pl: „Jej pierwsze społeczne uwrażliwienia, to (...) inteligencki dom (...), gdzie każdy miał obowiązki, także dzieci. Dom kulturowo z przedwojennych Kresów, rządziły w nim kobiety. Kolejne odniesienia, to socjalistyczna podstawówka i pierwsze klasy ogólniaka programowo i „po linii” angażujące społecznie (prace społeczne na rzecz szpitali lub miasta, wykopki, praktyki w zakładach pracy, apele „ku czci”). W międzyczasie trochę harcerstwa, trochę hippisowania, równolegle wielkie fascynacje – poezja, sztuki plastyczne i scenografia, ale również fotografia i film, do tego intuicyjna, towarzyska i osobista refleksja nad nieodbytą rewolucją lat 60. w Polsce”. Tak zaczyna się historia bohaterki tego artykułu.

Jak to często bywa, okres dzieciństwa był formujący. „Jako dziecko często się przeprowadzała. Nie chcąc być odludkiem, starała się poznawać nowych ludzi, a przede wszystkim dzieci. Stąd wziął się pomysł na organizowanie różnych wydarzeń w najbliższym otoczeniu.
Nauczyła mnie tego moja ciocia oraz szkoła. Dziś szkolne prace społeczne budzą ironiczny uśmiech, ale to właśnie uczyło wielu z nas poczucia odpowiedzialności za otoczenie, za innych ludzi i zwierzęta, a także okazywania szacunku dla osób starszych, nakazywało oszczędzanie wody, jedzenia, prądu, drobnych kwot pieniężnych – mówi Małgorzata Tkacz-Janik. – To były pierwsze lekcje obywatelskości” – czytamy na portalu NGO.pl.

Małgorzata po maturze skończyła Studium Nauczycielskie, a potem odbyła praktyki na obozach dla dzieci z niepełnosprawnościami i ich rodzicami oraz w przedszkolu. W latach 80. XX w. skończyła studia kulturoznawcze na Uniwersytecie Śląskim. W tym czasie otrzymała stypendium Ministra Edukacji Narodowej za bardzo dobre wyniki w nauce. W 2018 r. wspominała: Na studiach żyliśmy opozycyjnymi emocjami. Górnolotną narracją o Polsce, o demokracji, o solidarności. Jak czytamy na stronie konkursu „Kobiety Śląska” ogłoszonego przez „Dziennik Zachodni” z okazji stulecia niepodległości Polski, gdy nasza bohaterka studiowała, „rodził się punk, śląski blues, fruwała bibuła NZS, drugi obieg literacki żył dyskusjami po świt”. Sama Małgorzata Tkacz-Janik mówiła w 2018 r.: Gdy Szczepkowska ogłosiła koniec komunizmu, miałam 23 lata. Tylko raz byłam za żelazną kurtyną, angielski ćwiczyłam korespondencyjnie w sieci międzynarodowego klubu pisania listów. Trzeba było wysłać albo kilka funtów, albo lalkę w stroju ludowym, i było się przyjętym, dostawało się kilka adresów z całego świata do wyboru. (...) Potem była pierwsza praca, pojawił się na świecie syn Maciek. Po rozwodzie przeszłam do korporacji, bo uczelniana pensja nie wystarczała, aby być głową rodziny, o skończeniu doktoratu nie wspominając. Ale po kolei, bo szczegóły są ważne.
 
Jako młoda pracująca matka podjęła studia doktoranckie. Otarła się wówczas o szklany sufit.
Kiedy się poskarżyłam i opowiedziałam o swoich trudnościach życiowych oraz że jestem samotną matką, zapytano mnie: czy nikt pani nie powiedział, że jeśli chce się pisać doktorat, to trzeba mieć męża albo bogatych rodziców? – Małgorzatę Tkacz-Janik cytuje portal NGO.pl. 

Zatrudniła się w Miejskim Ośrodku Kultury w Gliwicach. W rozmowie ze mną w 2023 r. zaznaczyła, że pracowała tam z niezwykłymi kobietami. Instytucją kierowała wówczas Ewa Strzelczyk (19611998), kulturoznawczyni, liderka działania i kopalnia pomysłów, odważna, postępowa kobieta. Instytucja działała w podźwigniętym z ruin przedwojennego budynku Teatru Miejskiego w Gliwicach (przed 1939 r. była tu scena obrotowa i wodna, miejsce było znakomicie przygotowane do propagandowych przedstawień). Kobiety nadawały ton pracy, miały pierwsze komputery, działały w oparciu o reklamę i komunikację z ludźmi. Małgorzata specjalizowała się w promocji organizacji wydarzeń. Wyzwaniem był czas transformacji ustrojowo-gospodarczej, gdy nagle wszystko przyspieszyło, ale skok cywilizacyjny był ciekawym doświadczeniem. Na studiach doktoranckich Małgorzata prowadziła wiele zajęć za darmo, bez wynagrodzenia, w ramach praktyki (z poetyki filmu, z historii reklamy). Na jakość pracy wpływał brak instytucjonalnego wsparcia ze strony uczelni. Rozwijała się jednak zawodowo: po wyjeździe do Londynu (trzeba było sobie poradzić po angielsku!) przywiozła do Gliwic pomysł wystawienia opery w stylu Upiora w operze G.L. Webera, sięgnięcia po wielką kulturę. Pracowała wtedy w Operetce Śląskiej, a potem w Teatrze Muzycznym w Gliwicach. Ostatecznie z pomysłu opery nie wyszło, ale ziarnko do ziarnka...

Zmieniła temat pracy doktorskiej. Zaczynała od fenomenologii w historii i teorii kina, ale, mając trudności z dostępem do źródeł, zdecydowała się na analizę przekazu reklamowego jako gatunku współczesnej komunikacji. Połowę pracy poświęciła miesięcznikowi „Ty i Ja” wydawanemu w latach 1959–1969. Powstał z inicjatywy kobiet, które współpracowały z najwyższymi władzami PRL, były ideową podporą systemu, niemniej... przemycały z Paryża „Vogue’a”, tłumaczyły awangardowe i zakazane teksty, rozmawiały o seksie, o wolności kobiet, dekonstruowały ówczesny rasizm i nacjonalizm. Czasopismo trafiało do wielu rodzin, było dystrybuowane w teczkach w kioskach „Ruchu”. Spotkanie z tym źródłem utwierdziło Małgorzatę w przekonaniu, że żelazna kurtyna nie była taka nieprzepuszczalna jak mogłoby się wydawać. Tak, cierpieliśmy, tak, było inaczej niż na Zachodzie, ale to nie jest cała historia. Skupienie się na czasopiśmie wynikało też z rodzinnego dziedzictwa, ponieważ archiwum gazety Małgorzata dostała od matki, która prenumerowała tytuł. Okazuje się, że współcześnie komplet numerów czasopisma mają... tylko moja rozmówczyni i Biblioteka Narodowa.

Stopień doktorski w zakresie nauk humanistycznych uzyskała w 2010 r. na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Warto wspomnieć, że pracowała na wyższych uczelniach (Bielska Wyższa Szkoła Biznesu, Wyższa Szkoła Zarządzania, Marketingu i Języków Obcych w Katowicach, Uniwersytet Śląski – wykładała przedmioty z zakresu teorii i poetyki filmu, komunikacji masowej, reklamy, PR i lobbingu). Jest trenerką umiejętności komunikacyjnych w zakresie budowania relacji w zespole, reklamy i public relations. Skąd to doświadczenie, dlatego ten kierunek?

By poznać odpowiedź na to pytanie, cofnijmy się w czasie. Od 1991 r. Małgorzata pracowała w międzynarodowym koncernie jako specjalistka od public relations i CSR (społeczna odpowiedzialność biznesu). Kilka razy w miesiącu latała za granicę, spotykała się online z ludźmi z różnych krajów. To był czas pełen wyzwań:
– Jako człowiek z PRL nie kumałam, o co chodzi. Byłam wykształcona, ale... Kiedy przedstawiałam idee skandynawskiego zarządu zespołowi firmy, w której pracowałam, ludzie byli w szoku. Uważali, że ktoś chce ich nabrać. Okazało się jednak, że można działać inaczej, wprowadzać w życie równościowy skandynawski model z poszanowaniem praw człowieka i oddolną demokracją. Dostałam w prezencie taką próbkę, że świat pracy, mediów, polityki może być lepszy, choć to mnóstwo kosztuje, by przekształcić mentalność ludzi. Sukces był połowiczny. Kto chciał się nauczyć, to się nauczył. Ze mną zostało przekonanie, że debata i otwartość na różne poglądy to sposób na budowę skutecznej komunikacji. To, czego się wtedy nauczyłam, mogłam wykładać na uczelniach i w szkołach, bo tego typu język i założenia komunikacyjne nie były obecne wówczas w Polsce.

Po 5 latach zrezygnowała z pracy i skorzystała z nowej możliwości. Na fali dojścia do głosu na Śląsku grupy osób kreatywnych, korzystając z transferu kultury z Europy, została redaktorką naczelną EXITmagazine, czasopisma dla klasy średniej i wyższej wydawanego na terenie województwa śląskiego. Istniały wówczas inne tytuły, konkurencyjny Activist oraz City Magazine „Gazety Wyborczej”. Małgorzata mówi, że czasopismo przez nią prowadzone to była bardzo liberalna forma kultury podlana kapitalizmem. W nowoczesny sposób komunikowała o rozrywce i kulturze. Już po wydaniu trzech numerów, w 1999 r., redakcję nagrodzono na Media Trend główną nagrodą za Debiut Roku. Pracę moja rozmówczyni zakończyła po roku, bo czasopismo przestało się ukazywać po zakazie reklamy alkoholu i papierosów. Upadek tytułu ją załamał. Zachorowała na depresję.

Koleżanki wysłały ją do Brukseli, by agitowała na rzecz wniosku o założenie szpitala w Gliwicach (udało się!). W samolocie spotkała ludzi z Austrii i Niemiec, którzy tworzyli Partię Zieloni. Poczuła z nimi porozumienie, bo finansowali podobne działania do tych, które przeprowadzał koncern ze Szwecji, w którym pracowała dawniej wcześniej. Wspierali też rozwój społeczeństwa obywatelskiego i prawa człowieka. Poczuła, że to jest to.
– Wróciły do mnie idee, które towarzyszyły mojemu pokoleniu, gdy jeździliśmy do Krakowa na wykłady ks. Józefa Tischnera. To było podobne do wartości reprezentowanych przez Pomarańczową Alternatywę. Czułam, że demokracja może być pogłębiona!

W 2018 r. E. Adamskiej-Cieśli powiedziała o tym doświadczeniu tak: Trafiłam na dobry okres i na partię, która nauczyła mnie, czym jest gender mainstreaming, równość w praktyce oraz jak można się uczyć demokracji równościowej także wewnątrz organizacji. (...) Wykonywaliśmy pracę u podstaw, ucząc się na przykład mówienia naprzemiennego mężczyzn i kobiet podczas partyjnych zebrań. Koledzy ekolodzy niekoniecznie uważali, że feministki mają coś do powiedzenia na jakikolwiek temat, a już na pewno nie na temat ekologii, i odwrotnie.

W 2003 r. zapisała się do partii, a rok później na listę kandydujących o mandat w Parlamencie Europejskim. Startowała z pierwszego miejsca na liście. Wspomina, że Zieloni byli wtedy czwartą co do wielkości partią w PE skupiającą regionalistów i autonomistów.

Na stronie konkursu „Kobiety Śląska” (2018 r.) czytamy o naszej bohaterce: „Była jedną z pierwszych edukatorek w Polsce, które tłumaczyły, czym jest równość płci w koncepcji rozwojowej zrównoważonych miast. Czym jest mobilność, nowoczesna miejskość, jak ważne są przejrzyste procedury w komunikowaniu władzy ze społecznością lokalną. (...) Organizatorka i współorganizatorka kilkudziesięciu konferencji i warsztatów na temat zrównoważonego rozwoju, praw człowieka, równouprawnienia i feminizmu, a także polityki rozwojowej, strategii równościowego rozwoju miast i antydyskryminacyjnego abecadła dla mediów”. W latach 20092011 Małgorzata Tkacz-Janik była współprzewodniczącą Zielonych w Polsce (wraz z Dariuszem Szwedem).

Małgorzata Tkacz-Janik w 2010 r. Fot. Crystalpr, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons (dostęp 22 II 2026 r.).

Dzięki kolegom i koleżankom z partii zupełnie inaczej spojrzała na Śląsk. Kontaktowi z ludźmi z Zielonych pozwolił się zauważyć, że są w Europie regiony (np. Walia, Nadrenia-Północna Westfalia), które są dumne ze swojej historii, że w obrębie polityki europejskiej walczą o uznanie lokalności, a PE traktuje to ze zrozumieniem i docenia. Poczuła, że musi to wykorzystać na śląskim podwórku.

Bohaterka tego tekstu jest potomkinią kresowiaków. Rodzina trafiła na Śląsk po 1945 r. To było dla nich zesłanie, wygnanie. Małgorzata słyszała, że jej przodkowie i przodkinie przyjechali tu bydlęcymi wagonami, tu, do tej czarnej ziemi, do barbarzyńskiego ludu, co czytać nie umie, do górników, co kultury nie mają... W takim komunikacie się wychowała, ale nie przyjmowała go. Nie miała kontaktu z górniczą kulturą inną niż krupnioki i orkiestry górnicze, niż to, co było widać na pierwszy rzut oka.
– Nie wiedziałam, że rodzime śląskie rody doznały takich krzywd jak moja rodzina. Żyłam w Gliwicach jak inteligencka warta, a nie miałam pojęcia, co mnie otacza. Nie wiedziałam, że większość zabytków industrialnych jest w kompletnej ruinie. Dopiero wejście do UE i ludzie z Zielonych, którzy powiedzieli, że zabytki to nie tylko kościoły i zamki, otworzyły mi oczy. Jako radna Sejmiku Śląskiego IV kadencji dołączyłam do komisji kultury. Jeździłam do Nadrenii, oglądałam przykłady rewitalizacji zabytków. Namawiałam regionalistów śląskich, by przystąpić do Sojuszu Europejskiego, by zjednoczyć się dla ochrony industrialnego dziedzictwa. Wygrały uprzedzenia: Zieloni przynoszący w swoim programie m.in. prawa ludzi i energetykę odrzucali miejscowych. Pojawiły się wielkie podziały i kłótnie.

W komisji kultury działała na rzecz m.in. Śluzy nr 18 na Kanale Kłodnickim odkrytej w 2013 r. przy budowie Drogowej Trasy Średnicowej. Wierzyła, że należy podejmować próby ochrony krajobrazu przyrodniczego i pokazywać, że nie można zajmować się tylko budynkami, np. kościołami. Przecież nie tylko one są zabytkami. Nie pomagały lokalne układy i powiązania między osobami u władzy. Niemniej powstał społeczny komitet ochrony zabytków. Był to czas, kiedy modny stawał się urbex.

Uprawnianie dziedzictwa w otwarty, transnarodowy, niesekciarski sposób Małgorzata widzi tylko w takiej sytuacji, gdzie są prywatne pieniądze. Przykład? Elżbieta Bieńkowska, komisarka europejska ze Śląska, próbowała przepchnąć pomysły na industrialne dziedzictwo materialne Śląska, ale bardzo niewiele osób rozumiało, że Gliwice rozwinęły się dzięki industrializacji. Niestety, jak zauważa moja rozmówczyni, dyskurs antyniemiecki nas od siebie oddala. Dziedzictwo się upolitycznia. A można inaczej. W sejmiku śląskim działali m.in. autonomiści, którzy czerpali z wzorów brytyjskich i wiedzieli, że do rewitalizacji potrzebne są ogromne fundusze. Małgorzata też to widziała i rozumiała.

W międzyczasie zmarła jej mama, zasadnicza i wymagająca, ale bardzo ważna postać w jej życiu. Jeszcze do jej wpływu na córkę wrócimy. Zostawiła Małgorzacie spadek, który pozwolił ruszyć z kolejnymi pomysłami.
– Postanowiłam wykreować w Gliwicach miejsce, gdzie ważne będą równość, demokracja, regionalizm. Stworzyłam wegetariański bar w Gliwicach nad rzeką (choć wielu nadal mówi, że nie ma rzeki w naszym mieście). To nie było przypadkowe miejsce. Uczono mnie w Londynie, Kolonii czy Dortmundzie, że trzeba być in front of the water. Myślę, że w Polsce i na Śląsku coś takiego było możliwe tylko w prywatnej przestrzeni.

Bar istniał w latach 2012–2017 w centrum Gliwic. Nasza bohaterka pracowała w nim w każdej możliwej funkcji: jako kasjerka, kelnerka, kucharka; odpowiadała też za zaopatrzenie (jako jedyna z zespołu miała prawo jazdy). Na stronie konkursu „Kobiety Śląska” czytamy o tym okresie: „Chciała stworzyć miejsce z zieloną atmosferą, w którym bardzo różni ludzie mogliby się poczuć całkowicie u siebie. – Lubię gotować i dobrze sobie z tym radzę, a ten bar dodatkowo dał mi namiastkę europejskiej miejskości, jak sobie ją wyobrażam. To było otwarte miejsce bez zadęcia, gdzie jedli i spotykali się ludzie w różnym wieku, często ze zwierzętami. Mogli nie tylko zjeść, ale też porozmawiać, dołączyć do jakiejś społecznej lub artystycznej inicjatywyTu można było czytać Jaskółkę Śląską” czasopismo ekstremalnych Ślązaków – tuż obok czasopism LGBT, anarchistycznego pisma wydawanego przez feministki czy lokalnych gazet, np. z pobliskiej parafii. I co ważne, do założenia interesu zachęciła naszą bohaterkę jej przedsiębiorcza świekra (teściowa), co Małgorzata Tkacz-Janik przyznała w wywiadzie dla Nowin Gliwickich. Decyzja o przejściu na dietę wegetariańską wynikała też z ograniczeń w diecie syna (skaza białkowa). Po mięsie zostały wspomnienia, np. smaku bitek wołowych i ryb po żydowsku na Boże Narodzenie, wyniesione z kresowego domu.

Małgorzata Tkacz-Janik w czasie kampanii prezydenckiej w 2014 r. Źródło (dostęp 1 III 2026 r.).

W 2014 r. nasza bohaterka kandydowała na urząd prezydentki Gliwic z obywatelskiego komitetu wyborczego Gliwice to MY. Należąc do Partii Zielonych, Małgorzata Tkacz-Janik nauczyła się, jak pisała E. Adamska-Cieśla, nie tylko równościowych narzędzi politycznych i tego, jak z szacunkiem wpływać na innych, ale również zdobyła wiedzę na temat wielu zagadnień związanych ze zrównoważonym miastem. W Polsce ta dziedzina dopiero raczkowała, a charyzmatyczna aktywistka robiła piorunujące wrażenie na innych. Działała zgodnie z duchem ruchów miejskich, które proponują miastom alternatywne rozwiązania wynikające ze świadomości, że demokracja to mieszkańcy i mieszkanki miasta. Zachęcają więc ludzi do udziału w konsultacjach społecznych, zwracają uwagę na prawa człowieka w mieście, na równy i sprawiedliwy dostęp do dóbr. Wszystko po to, by w danym mieście czuć się dobrze, żyć dobrze (np. z dostępem do dobrego powietrza, mając możliwość dojazdu w różne miejsca).

Do swojego komitetu wyborczego Małgorzata Tkacz-Janik zaprosiła m.in. ludzi specjalizujących się w dziedzictwie Gliwic, regionalistów i regionalistki. Chciała, żeby wybrzmiało, że Niemcy w czasie, gdy Gliwice należały do państwa niemieckiego, dużo zrobili dobrego dla okolicy i nie można tego negować. Zaprosiła ludzi reprezentujących różne narracje o historii miasta, Ślązaków i Ślązaczki, potomków i potomkinie Kresowian, osoby z niepełnosprawnościami. Na liście był parytet, otwierała ją kobieta. W programie były m.in.: rewitalizacja Kłodnicy w duchu in front of the water oraz powołanie na Politechnice Śląskiej międzynarodowego centrum badań łączącego nauki ścisłe i humanistykę oraz działającego z odpowiednim zapleczem. Nie unikała trudnych tematów, np. zbrodni Armii Czerwonej w 1945 r. i tragedii górnośląskiej. To było nowa jakość.
Chyba tylko najodważniejsi ludzie z Gliwic na nas głosowali. Zajęłam IV miejsce. Kandydowało 6 osób.

Jak napisała E. Adamska-Cieśla, „Komitet przekroczył próg wyborczy, ale w wyniku arytmetyki wyborczej nie wprowadził niestety radnych do rady miasta. Mieli 7,5 % głosów, ale 90 000 osób uprawnionych do głosowania gliwiczan nie poszło do urn. Zespół Małgorzaty wpisał się bardzo dobrze w pamięć mieszkańców. Wynik uplasował nasz społeczny komitet zaraz po tych należących do mainstreamowych partii politycznych i do najdłużej w Polsce urzędującego prezydenta. Polityka okazała się być brutalną grą, tym trudniejszą, im prowadziła wyżej. Nieobecność kobiet w polskiej polityce może wynikać właśnie z tej brutalności i faktu, że jest im dużo trudniej niż mężczyznom. – Polityka często przynosi kobietom stratę. Znam wiele inżynierek, prawniczek, lekarek, które nie chcą stracić tego, co udało im się osiągnąć i dlatego często nie angażują się w politykę, ale na politycznej ławce jest miejsce dla kobiet.

W czasie naszej rozmowy w 2023 r. Małgorzata Tkacz-Janik zauważyła, że kilka lat temu wiele osób zachwycało się książką Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku Zbigniewa Rokity, było poruszonych odsłonionymi przez niego trudnymi kartami historii Górnego Śląska. W czasie, gdy Małgorzata działała regionalnie i politycznie dla miasta, nie było atmosfery sprzyjającej takim rozmowom, nie było też wiedzy o wielu faktach. Małgorzata uważa, że rozmowa mogłaby być głębsza, gdyby autonomiści w sejmiku nie upolitycznili Śląska.
– Teraz w oddolnych ruchach działa wiele osób, niejako budzi się ze snu. Kilkaset przyszło oglądać Hotel Admiralspalast w Zabrzu, można było wejść na dach (prezydentka Zabrza na to pozwoliła). A to przecież niemieckiego dziedzictwo! – mówi. Ludzie od kilku lat zaczytują się w Rokicie (wspomniane Kajś) i Filipie Springerze (Miedzianka. Historia zanikania). Jest Stowarzyszenie Wrazidloki”. Mamy powrót do idei Henry'ego Davida Thoreau i Ralpha Waldo Emmersona, co jest świetne dla regionalistów, bo też zwraca uwagę na środowisko. Industrializacja to nasz śląski antyk, to czynnik, który uformował region. Jednak musimy ratować nie tylko zabytki, ale i wyciągnąć wnioski z tego, co za nami. Cośmy sobie uczynili, cośmy zrobili z lasami, glebą, wodą? Nauczyłam się tego podejścia w Niemczech, gdy w 2005 r. pokazywano mi zdegradowaną rzekę i laboratorium z próbkami ziemi z okolic. Podejmowano dyskusje i działania w celu zalesienia obszaru, odtworzenia przyrody. Ona sobie poradzi, choć będzie rachityczna, nie bujna jak dawniej, w przedindustrialnym świecie. Ale sobie poradzi, tylko najpierw trzeba o niej pomyśleć. Bo dziedzictwo to nie tylko rewitalizacja i stworzenie modnej restauracji w dawnym szybie kopalnianym. To też odejście od eksploatacji i mądrość, jaką może nam dać przeszłe doświadczenie.

Jak dalej potoczyło się życie Małgorzaty? Po zamknięciu baru wróciła depresja. Niemniej pewnego dnia spotkała, jak sama mówi, niesamowitą kobietę, Łucję Ginko (19472018), która przez dziesiątki lat zarządzała kulturą w Gliwicach.
Znano mnie wtedy w mieście z tego, że zajmowałam się sprawami kobiet, występowałam w TV, brałam udział w Manifie. Z dnia na dzień podjęłam pracę w Regionalnym Instytucie Kultury w Katowicach, instytucji samorządu województwa śląskiego. Została specjalistką ds. dziedzictwa niematerialnego.

Zajmowałam się sprawami kobiet. Więc feministka? W 2015 r. w wywiadzie dla Nowin Gliwickich Małgorzata Tkacz-Janik mówiła, że feminizm jest dla niej humanizmem, pewną równowagą, refleksją. W 2026 r. powiedziała, że była feministką, zanim sobie to uświadomiła, a to dlatego, że wśród takich wzorców wyrosła, do czego jeszcze wrócę.
– Na pewno nie jestem wściekłą feministką” – powiedziała mi w 2023 r. W naszej rozmowie specjalnie ominęłam to określenie, choć to jeden z najważniejszych wątków w moim życiu. Nie mogłam z tego zrezygnować. I na szczęście mogłam to łączyć z pracą zawodową.

Włączyła się w organizację Industriady – Święta Szlaku Zabytków Techniki organizowanego na Górnym Śląsku od 2009 r.
– W 2018 r. zrobiliśmy festiwal pod hasłem Industria jest kobietą. Industriada była dla mnie wręcz formującym doświadczeniem. Znów nastąpiło moje zderzenie ze Śląskiem, którego nadal nie znałam, tego górniczego Śląska. Były wcześniej jakieś zbliżenia, ale ja nadal jestem dla nich kosmitką. I oni dla mnie też.

By pokazać, że przemysł zawsze był światem kobiet i bez nich nie istniał, Małgorzata dostała zadanie odnalezienia śladów kobiet w 42 obiektach Szlaku Zabytków Techniki w 25 miastach Śląska. Okazało się, że kobiety odgrywały znaczącą rolę w historii wielu obiektów, a fantastyczne eventy pomogły to pokazać i zrozumieć. Organizacja przedsięwzięcia po raz dziesiąty z rzędu jest też dowodem na udaną współpracę samorządu regionalnego i organizacji pozarządowych – mówiła NGO.pl nasza bohaterka.


Małgorzata Tkacz-Janik przyznaje, że czasem broniła Śląska przed Ślązakami.
– Reżyser Kazimierz Kutz miał rację człowiek śląski jest prosty. Ci dupowaci to ludność napływowa. Musieli się tu jakoś odnaleźć. Udało się im w socjalizmie, gdy wszystko było zorganizowane. A potem przyszedł kataklizm. W niektórych dzielnicach jest tak do dziś, np. w Świętochłowicach, Piasku, Lipinach, w Karbiu w Bytomiu, w dzielnicach Zawiercia. Nie ma nawet bibliotek, bo uważa się, że ich utrzymanie jest nieopłacalne.

Skoro industriada herstoryczna, to Ślązaczki, prawda? Małgorzata uważa, że nadal, jak to powiedziała, średnio zna się na kobietach w historii Śląska.
– Ja sama muszę wychodzić z własnego etnosu, polonocentryzmu, co nie jest łatwe, bo nie znam niemieckiego. Pisząc dla senatu tekst o województwie śląskim, wiem, że powinno być transnarodowo. Więc szperam, szukam, czytam i tworzę.

Wspominając Industriadę, Małgorzata zwróciła uwagę na coś ciekawego.
Przy Industriadzie miałam momenty, kiedy uświadomiłam sobie, że niektóre kobiety w regionie żyły w bańce miesięcznika „Ty i Ja”. Bogate żony górników. To była zupełnie inna klasa, jak np. żona Gierka, co innego region dla nich znaczył. A z drugiej strony bezimienny tabun kobiet pracujących w przemyśle, którymi się nikt nie zajął, bo region nadal ma męskocentryczny opis. To jest niezrobiona robota.

Dlatego Małgorzata Tkacz-Janik ceni pracę Moniki Glosowitz, czyli Pamiętniki kobiet z rodzin godzin. To mały projekt pokazujący bardzo dużo, jeden z brakujących komponentów w historii Śląska i kobiet na Śląsku. Moja rozmówczyni uważa jednak, że nadal brakuje platformy badawczej, która pozwoliłaby na opisanie kobiety we współczesnej rodzinie śląskiej, na herstorię śląskiej kobiety.

Dwie publikacje, które otrzymałam od Małgorzaty Tkacz-Janik w temacie śląskiej herstorii. Fot. Maria Weronika Kmoch, 5 III 2026 r.

Industriada nie była pierwszym herstorycznym działaniem naszej bohaterki. W styczniu 2009 r. została nominowana przez „Gazetę Wyborczą” do tytułu „Polka Roku 2008”. Nominacja związana była z organizacją ogólnopolskich obchodów 90. rocznicy uzyskania przez Polki praw wyborczych. Przeprowadzono wówczas ponad 20 regionalnych kongresów w całej Polsce. Małgorzata Tkacz-Janik tak mówiła E. Adamskiej-Cieśli: Na każdym z nich będziemy poruszać wątek lokalnej pamięci o kobietach, który jest formą ogólnopolskiej realizacji projektu pamięci herstorycznej. Zapraszamy ciekawych gości, jako pełnomocniczki Kongresu Kobiet organizujemy wystawy, odczyty, rekonstrukcje. Słuchamy zwykłych kobiet i lokalnych bohaterek. Powstają nowe Szlaki Kobiet, trasy spacerów herstorycznych, albumy. Czerpiemy z manifestów kobiecych sprzed stu lat, pokazujemy, że oprócz zasłużonych ojców polska niepodległość miała także wybitne matki.

Dekadę później działała w komitecie Stulecia Praw Kobiet jako Pełnomocniczka Kongresu Kobiet.
– Robiłam spacery po mieście śladami kobiet, szukałam ich i ich historii. W ramach pracy zawodowej wystosowałam pismo do dyrektora Muzeum Śląskiego, żeby zrobić ścieżkę zwiedzania miasta tropami kobiet, ba, nawet pokój kobiet!

Małgorzata Tkacz-Janik z wystawą Sąsiadki w 2022 r. Źródło (dostęp 1 III 2026 r.).

Zanim poznałam Małgorzatę osobiście, poznałam projekt, który wymyśliła, stworzyła, promowała jako kuratorka wystawy. Autorką rysunków składających się na wystawę jest znana rysowniczka Marta Frej. Wystawa 60 x 100. SĄSIADKI. Głosem Kobiet o powstaniach śląskich i plebiscycie przez wybrane liderki i bohaterki drugiego planu ze Śląska pokazywała, jak ważna była organiczna praca kobiet w (...) regionie oraz jak pozostaje niedoceniona. Ich zasługi na polu więziotwórczym, edukacyjnym czy społeczno-kulturowym są nie do przecenienia”. Był to element wieloletniego projektu realizowanego w Centrum Dziedzictwa Regionalnego Instytutu Kultury w Katowicach (...). Celem było wprowadzenie do głównego nurtu historii Górnego Śląska kobiet z przeszłości przez zestawienie ich ze współczesnymi mieszkankami województwa śląskiego. Te kobiety w symboliczny sposób były i są sąsiadkami, które połączył lub podzielił Śląsk. W opisie ekspozycji czytamy: Wystawa daje przyczynek do snucia opowieści o rozwijających się i zmieniających formach uczestnictwa kobiet w kulturze, polityce, gospodarce i życiu społecznym. Każdy mem został opracowany [przez Martę Frej – przyp. M.W.K.] na podstawie historycznych fotografii lub innych dostępnych archiwalnych źródeł, gdyż materiały historyczne dotyczące kobiet są często niepełne, trudne do odnalezienia.

Pełną listę bohaterek znajdziesz tutaj: KLIK. Samej wystawy nie widziałam, ale dostałam Zeszyt do herstorii dla początkujących, rodzajem naukowej i forma karty pracy towarzyszącym wystawie 60 na 100. SĄSIADKI. I czytając tę niewielką publikację, bardzo się zainteresowałam konkretnymi kobietami tam opisanymi. Tak bardzo, że uznałam, że muszę rozbudować (Elżbieta KorfantowaWiktoria NiegolewskaHalina StęślickaOlga Zarzycka-Ręgorowicz) lub napisać (Janina Giżycka i Joanna Żnińska) ich biogramy w Wikipedii. Wyjątkowo zaś zainteresowała mnie Florentyna Pojdowa. Tak bardzo, że udało mi się zgłębić jej herstorię, czego efektem był artykuł w Miesięczniku Śląsk oraz hasło w Wikipedii. Z kolei dla Małgorzaty Tkacz-Janik wyjątkowo bliską bohaterką jest Janina Omańkowska. Moja rozmówczyni zrobiła w sprawie jej upamiętnienia – i w ogóle poznania – bardzo dużo, o czym niżej.


– Dobierałam te bohaterki [na wystawę Sąsiadki – przyp. M.W.K.] tak, aby była reprezentacja różnych fragmentów obecnego województwa śląskiego, który kompletnie nie pokrywa się z tym, co się tutaj działo sto lat temu. Te kobiety są w różnym wieku, są przedstawicielkami różnych zawodów, niektóre są wykształcone, a inne nie, są też autochtonkami lub kobietami napływowymi, arystokratkami i chłopkami. Ten przekrój jest naprawdę szeroki – mówiła Małgorzata Tkacz-Janik iTVM.pl w 2022 r.

W 2019 r. wyprodukowałam Sąsiadki. Robiłam wykłady i warsztaty. Sąsiadki zostały pokazane aż 35 razy! Jednak gdy chciałam wywieźć je do Wrocławia na Kongres Kobiet, to wystawa została... zaaresztowana – powiedziała mi Małgorzata.

Plansze składające się na wystawę SąsiadkiŹródło (dostęp 1 III 2026 r.).

Nie bez znaczenia było to, że w 2019 r. samorząd regionalny na Śląsku przejęło PiS, co skutkowało m.in. zmianą nazwy i kierunku politycznego instytucji, w której pracowała. Powstał Instytut Myśli Polskiej im. Wojciecha Korfantego.
Zamknęłam się w sobie. Wyczerpują się moje siły. Ile można rozbijać sufit?! To jest uwłaczające.

Kilka miesięcy po naszej rozmowie, w grudniu 2023 r., Uchwałą Sejmiku Województwa Śląskiego instytucja zmieniła nazwę na Regionalny Instytut Kultury im. Wojciecha Korfantego. Skrócona nazwa to Instytut im. Wojciecha Korfantego.

Małgorzata Tkacz-Janik podczas wykładu w ramach zorganizowanej w Cieszynie przez Stowarzyszenie Wikimedia Polska akcji (Nie)znane kobiety Wikipedii, 11 III 2023 r. Fot. Maria Weronika Kmoch, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons (dostęp 22 II 2026 r.).

Tuż przed zmianą nazwy instytucji Małgorzata dostała zadanie zajęcia się Odrą i jej dziedzictwem. Było to związane z 200. rocznicą Protokołu Bogumińskiego, czyli dokumentu podpisanego w 1819 r. w sprawie przestrzegania zasad przy zabudowie Odry. Rzeka niemal w całości od 1740 r. była kontrolowana przez państwo pruskie (po przegranej Austrii w wojnach śląskich), a później niemieckie. Dla kontekstu warto dodać, że król pruski Fryderyk II wykorzystywał Odrę do gospodarczego powiązania Śląska z resztą kraju. Do 1815 r. wykonano wiele inwestycji, np. przebudowa śluz i budowa kanałów żeglugowych, w tym Kanału Kłodnickiego (17921812). W wyniku tych działań rzeka uległa skróceniu o ok. 60 km, zaś do połowy XIX w. o kolejne 100 km. Współcześnie ma nieco ponad 850 km. Wspomniany protokół był następstwem m.in. działań kartograficzno-topograficznych (18111819) w celu planowej zabudowy i regulacji koryta rzeki. W regionie miały odbicie postanowienia wielkiej polityki, ponieważ decyzją kongresu wiedeńskiego (1815) wprowadzono zasadę wolnej żeglugi i modernizacji rzek przez państwa. Po wizjach lokalnych stwierdzono konieczność kompleksowych działań ze strony państwa w celu zapewnienia żeglowności rzeki oraz ochrony przed powodzią. Dlatego 7 lipca 1819 r. w Boguminie podpisano Protokół w sprawie przestrzegania zasad przy zabudowie odrzańskiego nurtu (niem. Protokoll über die beim Ausbaue des Oderstroms zu befolgenden Grundsätze). Dokument uznaje się za początek programowej zabudowy Nadodrza. Umożliwił kontynuację handlu Odrzańską Drogą Wodną oraz działania przeciwpowodziowe powiązane z regulacją rzeki.

Rok 2019 został uznany Międzynarodowym Rokiem Odry. W Regionalnym Instytucie Kultury w Katowicach, z ramienia samorządu terytorialnego województwa śląskiego, realizowano m.in. program „ODRAzu widać KULTURĘ!”. Był poświęcony dziedzictwu kulturowemu Odry. Małgorzata była zaangażowana w działania projektowe. Przydało się jej podejście, które znała od lat, czyli in front of the water.

Współcześnie do tematyki dziedzictwa Odry, jak mówiła badaczka w 2024 r. w podcaście Śląska Opinia, wraca się, reagując na potrzeby. Dlatego np. w 2024 r. Małgorzata realizowała, wraz z koleżanką z pracy, etnografką Danutą Cholewą, projekt ODRArium + SIZE. Społeczne Inicjacje Zasobów Etno. Projekt (bardzo mnie zainspirował!), do którego zaproszono Fundację Kontrasty, polegał na włączeniu lokalnych grup działania w twórcze procesy zachowania dziedzictwa materialnego i niematerialnego w regionie jako działanie holistyczne i interdyscyplinarne (etnologia, historia, botanika, ekologia, hydrotechnika i turystyka kulturowa). Zainspirowano się ludową wizją czterech żywiołów oraz doświadczaniem kultury przez zmysły. Bardzo zachęcam do wysłuchania podcastu na temat tego projektu (niezwykle ciekawa rozmowa!), bo był związany z archiwistyką społeczną, która jest mi bardzo bliska.


Małgorzata widzi zmianę w obszarach, w których działa od lat. Mówi, że teraz jest czas, kiedy przypomina, apeluje, a nie musi sama wyważać drzwi i być inicjatorką wszystkich działań na rzecz kobiet np. w regionie. To już się dzieje, choć bywa uważane (np. propozycje nazwania rond imieniem Ronda Kobiet) za temat polityczny.

Obraz mojej rozmówczyni nie byłby pełny, gdybym nie podała faktów:
  • szefowa Rady Fundacji Przestrzenie Dialogu
  • członkini Rady Programowej Kongresu Kobiet oraz Stowarzyszenia Kongres Kobiet
  • współorganizatorka wszystkich Kongresów Kobiet Województwa Śląskiego
  • Pełnomocniczka Kongresu Kobiet w województwie śląskim
  • członkini Rady Honorowej Fundacji Iskierka
  • z jej inicjatywy w Sejmiku Śląskim powołano przy Marszałku Pełnomocniczkę ds. organizacji pozarządowych i równego traktowania oraz Komisję Doraźną ds. organizacji pozarządowych
  • pomysłodawczyni Śląskiego Szlaku Kobiet
  • od 2014 r. członkini Komitetu Monitorującego RPO w województwie śląskim
  • od 2017 r. członkini Rady Wielkiej Koalicji za Równością i Wyborem
  • twórczyni Salonu Myśli Sfeminizowanej
  • współtwórczyni Klubu Książki Kobiecej w Gliwicach.

Dziennik Zachodni” uznał ją za jedną z 50 (w 2013 r.) oraz za jedną z 10 (w 2014 r.) najbardziej wpływowych kobiet województwa śląskiego. W 2018 r. wygrała w Gliwicach plebiscyt „Osobowość roku 2018” w kategorii działalność społeczna i charytatywna, a także trafiła na listę 20 odważnych kobiet z województwa śląskiego stworzoną przez „Dziennik Zachodni”. W bazie kobiet na stronie KazdaJestWazna.pl czytamy o niej: Etatowo – specjalistka w zakresie ochrony dziedzictwa niematerialnego i formowania Parków Kulturowych. Ekspercko – świadczy doradztwo w zakresie wykorzystania potencjału lokalnego dziedzictwa jako kontekstu partycypacji społecznej.


Imponujące osiągnięcia, wieloaspektowa działalność. Często wątki lokalne. A ja zapros
iłam Małgorzatę Tkacz-Janik do blogowej serii wywiadów/reportaży z badaczkami zajmującymi się tematyką regionalną. I przyznaję, były momenty, gdy byłam onieśmielona samą rozmową i rozmówczynią, ale jednocześnie bardzo ceniłam to, że mogę usłyszeć jej opowieść i lepiej ją poznać. Że mi zaufała.

Zaprosiłam ją do serii REGIONALISTKI, bo chciałam mieć bohaterkę ze Śląska. Ale czy za regionalistkę się uważa?
– Nie jestem regionalistką. Jestem aktywistką, humanistką, nieustanną nauczycielką i uczennicą, nawet w prywatnych chwilach, np. w sanatorium, podczas wyjścia w góry. Jestem z pokolenia, dla którego powinność ma znaczenie. Mam międzywojenną odpowiedzialność inteligencką. Czuję, że jeśli coś dostałam (wykształcenie, zasób, kompetencje, bo miałam bogatych rodziców), to powinnam się tym podzielić z innymi. Wychowano mnie w ciekawości świata, z myślą, że jak patrzysz, musisz się dowiedzieć, co to jest, zapytać. To jest wyniesione z domu, mama mi to zaszczepiła. Musiało być jak w „Ty i Ja”. Dobrze się ubrać, bo idę do miasta. Moja dzisiejsza klasa to jest coś, co przejęłam od matki. Ona nauczyła mnie traktować ludzi radykalnie. Oceniała ich, że coś pogniecione, niepoukładane, że Ślązacy tacy niefajni. Gdy weszłam w dorosłość, nie byłam demokratyczna. Jednocześnie moja matka przebijała szklane sufity, choć o tym nie wiedziała.

W kresowej rodzinie po linii matki waga rodziny, zapewnianie jej bytu (chociażby 5 posiłków dziennie przygotowanie przecież zajmuje czas!) i dbanie o nią (np. sprzątanie i wymaganie, by robiły to kobiety), było ważne i widoczne każdego dnia. To oczekiwanie, że to właśnie kobiety będą wykonywać taką pracę, że mężczyzna tego nie musi robić (bo przecież jest w pracy, zarabia pieniądze itd.) przenosiło na przypisane kobietom przez otoczenie opiekowanie się sąsiadami, zwierzętami, na dobroczynność wobec obcych ludzi. Małgorzata widziała, że kobiety zajęte innymi nie miały czasu dla siebie, a co dopiero np. na pracę zawodową. Zależało jej, żeby się tego pozbyć, co przyznała w wywiadzie w styczniu 2026 r., bo widziała, że z jednej strony kobiety ją otaczające wspierały aspiracje młodego pokolenia, a jednocześnie oczekiwały od młodych kobiet powtarzania starego schematu. Za wartość uważała i nadal uważa wolność: w myśleniu, w obyczajach, w wyborach, mimo ceny, jaką można za tę decyzję zapłacić (np. samotność, zdrowie). Buntowała się więc, bo widziała, że buntowała się i jej mama. Stomatolożka Łucja Tabaczyńska-Tkacz (19332010) wychodziła z założenia, że kobieta musi mieć własne poglądy, dochód czy zawód.

W 2015 r. Nowinom Gliwickim Tkacz-Janik powiedziała: Bardzo ważna w moim życiu była moja mama. I kobiety. Moja prababcia, która byłą Hucułką, taką dzielną Góralką. Więc rodzina to jest dla mnie przede wszystkim skarbnica doświadczenia życiowego. To jest także największy ból czasami, czyli zmaganie się z pewnymi wyzwaniami, bo to, że kochamy innych ludzi, że tworzymy z nimi rodzinę, chcemy z nimi być, to jeżeli decydujemy się na to, że chcemy z nimi być, to musimy ponosić konsekwencje tej decyzji (...), życie to jest czasem choroba, to jest czasem biedniejszy okres w życiu albo wręcz na granicy przeżycia (....). Rodzina może nauczyć nas bardzo wielu cennych rzeczy, w sensie moralnym, w sensie umiejętności, rzemiosła, ale tego także, jak żyć (...) i jak docenić czas (...) upływający, bo chyba łatwiej jest to zrobić, kiedy jest się otoczonym ludźmi, np. rodziną (...).

Ten wątek doświadczeń rodzinnych Małgorzaty Tkacz-Janik dobrze opisała E. Adamska-Cieśla. Jej narracja pokrywa się z tym, co gliwiczanka mówiła mi w 2023 r. Zacytuję portal NGO.pl: „Małgorzacie wciąż towarzyszyło uczucie pewnej dysproporcji w codziennym życiu. Gdy jako dziecko ciągle chorowała i lądowała w różnych przychodniach i sanatoriach, zauważyła, że personel ośrodków stanowią przede wszystkim kobiety.
Wszędzie, gdzie się obracałam – w szkole, w szpitalach, w sklepach, przy gotowaniu i sprzątaniu były kobiety. Na mężczyzn się czekało. Oni byli w telewizji, na pierwszomajowych trybunach, na czele opozycji. Niedostępni, boscy, odczłowieczeni. Był też drugi obraz. Mężczyźni, na przykład na ulicach, często byli pijani, głośni, władczy – tłumaczy.
Dopiero po latach zobaczyłam to w sposób systemowy. Zrozumiałam i nazwałam sobie na własny użytek dostępne mojemu oglądowi terytoria patriarchatu, czyniąc niejako eksperyment na własnym życiu, gdy potem wielokrotnie próbowałam to terytorium opuszczać z lepszym lub gorszym skutkiem. Miałam jednak jasność co do tego, że rola kobiet w Polsce jest zmanipulowana i nieuczciwie oceniana zarówno przez kulturę, jak i przez same kobiety”.


Na portalu NGO.pl czytamy: „Jako dziecko Małgorzata przeżyła traumę dramatycznego rozwodu rodziców [wówczas często kobietę obarczano winą za rozwód, obwiniano ją, że dzieci będą dorastać w niepełnej rodzinie, także dzieci dotykał ostracyzm społeczny przyp. M.W.K.], przemoc w rodzinie, a także gwałt.
– Te doświadczenia szukały przez wiele lat ujścia, zrozumienia i uwolnienia. W połowie lat 90. feministyczne felietony Kingi Dunin, teksty Kazimiery Szczuki, Agnieszki Graff, lektura „Zadry” i powstanie „Feminoteki” – pomogły mi się odnaleźć ideowo, zrozumiałam, że nie jestem jedyna taka „jakaś inna”, odstająca, gadająca w zachwycie nad światem, a z drugiej strony tym światem przerażona. Zrozumiałam wtedy, że doświadczenie nierówności społecznej ze względu na płeć i osobiste doświadczenia, któremu podlegam od lat, nie są jednostkowe, tylko zbiorowe. I skoro ja zrozumiałam tę sytuację, dzięki rozmowom, czytaniu, uczeniu się od innych kobiet, to może pomogę kolejnym kobietom szybciej przejść tą wyboistą drogą i dzięki temu zadbać o siebie? – mówi”.

Właśnie książki często dawały jej ulgę, była i nadal jest nimi otoczona. Małgorzata Tkacz-Janik identyfikowała się z książkową Pyzą, która wybrała się w podróż, odważnie stawiając kroki naprzód. W domu też podziwiała kobiety, chciała nawet być taka jak jedna czy druga, czasem się wręcz wcielała w rolę. Szukała i budowała siebie, próbując, eksperymentując – dowiadujemy się z rozmowy na kanale TV Imperium.

Małgorzata Tkacz-Janik ceni herstoryczne zdzwonki, czyli spotkania działaczek herstorycznych z całej Polski w formule online. Jak powstała ta inicjatywa?
Iza Desperak (rozumiemy się i cenimy, choć mamy inne doświadczenia) zaproponowała, byśmy młodym osobom opowiedziały, co już zrobiliśmy, bo przecież bardzo dużo się wydarzyło w historii kobiet przez kilkadziesiąt ostatnich lat. Czułyśmy, że to musi wybrzmieć, że to trzeba jakoś zapisać w jednym miejscu, np. temat walki o prawa kobiet. Niech więcej osób wie chociażby o sekcji kobiet przy Solidarności! To była pierwsza komisja, którą zlikwidowała konserwatywna część związku. Przecież były kobiety w Komitecie Obrony Robotników, były strajki głodowe w Łodzi. Jest cała sfera prokreacji i ciała, bo to przecież my wydajemy dzieci na świat albo i nie. Ważne jest to, która się czym zajmowała, jak bardzo to wszystko jest uwikłane we wpływy Kościoła. Ważne, by pokazać, że polityka jest konserwatywna niezależnie od tego, kto rządzi. Zauważmy mechanizmy, uświadommy sobie, że to jest systemowe, a my nie jesteśmy wariatkami, jeśli walczymy o swoje.

Gdy czyta się lub ogląda wywiady z naszą bohaterką, można wyczuć, że wiele zawdzięcza kobietom. Często mówi o tym wprost. Ja najbardziej zauważyłam to w odniesieniu do jej mamy, ale w 2018 r. Małgorzata, zapytana o inspiracje, mówiła też o wdzięczności wobec profesorek na studiach oraz późniejszych mentorek. W 2026 r. wspomniała o prof. Magdalenie Środzie, ale też o koleżance z klasy w szkole podstawowej, z którą się trzymała. Wiele Małgorzata Tkacz-Janik zawdzięcza też, jak podkreśliła E. Adamska-Cieśla, 
intelektualnym autorytetom, których przesłanie doprowadziło ją do feminizmu, do zielonej polityki, a teraz pomaga w odkrywaniu herstorii.
I nie jest to kwestia mojej niesłabnącej miłości do oszałamiających wykładów profesor Marii Janion, które pozwoliły mi się rozstać z romantyzmem i żyć transgresjami, czy do aury profesora Tadeusza Sławka, dzięki której przybliżyłam się do postmodernizmu i jego krytyki, ale raczej pewna inspiracja płynąca z wciąż aktualnej debaty wokół zmiany paradygmatu. Szczególnie mam tu na myśli nastawienie do Innego. Tak mocne dziś zderzenia cywilizacji. Świat jest w ciągłym ruchu z powodu rosnącej liczby ludzi i dysproporcji między Północą a Południem. Ludzie wciąż będą się przemieszczać, ale żeby nie następowało kolejne bolesne starcie w wspomnianym wyżej Huntingtonowskim rozumieniu (Zderzenie cywilizacji”), to musimy postarać się wszyscy o jakiś dobry model moralności i oprzeć na nim nasze ułomne działania. Konieczne są otwartość i zaufanie nawet jeśli obawiamy się Innego. To dotyczy emigrantów, uchodźców, dzikiej przyrody, obcych narodowości i kultur, to dotyczy też naszego wnętrza – mówi.


Z
apytałam, czy w jakiś sposób, na jakiejś płaszczyźnie doświadczenie bycia kobietą jest dla mojej rozmówczyni trudne.
Na gruncie politycznym mam to mocno przerobione. A byłam w polityce 13 lat, wiem, gdzie i jak się podejmuje decyzje, wiem, jak się tworzy listy wyborcze, ile to kosztuje czasu i pieniędzy. Kiedyś zależało mi na tym, by być postrzeganą jako kobieta, by podkreślać kobiecość. A miałam kompleksy z powodu nadwagi w dzieciństwie. Wstydziłam się siebie. W młodości byłam kolorowym ptakiem, nie pasowałam do poukładanego świata. Ale widziałam, kto nim rządzi, jak ci u władzy wyglądają. Widziałam, że kobiety się wpasowały w ten świat, chciały wyglądać jak mężczyźni, by być postrzegane jako wartościowe, silne. Widziałam nasze polskie wejście w kapitalizm; kobiety świetnie ostrzyżone, eleganckie, w spodniach, podobne do mężczyzn na tych stanowiskach. W biznesie nadal to trwa, w języku też: kobiety chcą być prezesami, nie prezeskami. Wiedziałam, że jeśli nie wpasuję, to nie osiągnę tego, co chcę. Biegałam na szpilkach, garniturze i jak świeżo zrobiona u fryzjera. Inne kobiety mnie taką dobrze odbierały. To dopasowanie się do reszty jakoś ubogaca, ale i kosztuje. To jest okrutny ciężar. Zazdroszczę młodszym wejścia w ten świat bez takiego bagażu.

Czasem sama ze sobą walczyła. Gdy chciała, by świat jej pomógł, gdy się do niego zwracała, gdy miała odwagę, by poprosić o pomoc. To było trudne, bo została wychowana jako ambitna siłaczka, która o nic nikogo nie prosi. Ale wie, że trzeba się przełamać. I dobrze działać z innymi. Dobrze dawać głos tym, którzy głosu nie mają lub nie mają takiej siły przebicia, jak ona.

Z czasem, gdy PiS miało coraz więcej wpływów w regionie, Małgorzata wycofywała się z polityki. W 2015 r. wraz z koleżankami założyły Stowarzyszenie Szlakiem Kobiet. Zarejestrowały je w 2016 r. Na stronie organizacji czytamy: Od początku funkcjonowania (...) kierowałyśmy się zasadami turkusowego zarządzania. Stowarzyszenie nigdy nie było zarządzane pionowo, zawsze horyzontalnie, przyświecały nam wzajemne zaufanie, siostrzeństwo i wspieranie się w realizowaniu celów stowarzyszenia.

W zestawieniu z powyższym cytatem ciekawa jest opinia gliwiczanki o pracy w tym stowarzyszeniu.
Daje mi ono coraz więcej oddechu, choć nie jestem łatwa we współpracy. Jestem liderką, bo takie miałam życie. Mam dużo lekcji przetrwania za sobą. Czasem nie umiem się powstrzymać, to liderowanie i silny charakter się same aktywują. Widzę to, ale trudno mi to wyłączyć, bo to się sprawdza. Mam świadomość, że to są przemocowe metody, ale działają, bo to ludzie znają.

Osobiście poznałam naszą bohaterkę właśnie w związku z jej herstoryczną działalnością. Wówczas w Stowarzyszeniu Szlakiem Kobiet były we trzy (w 2026 r. jest ich 8): Małgorzata, polonistka Jolanta Sikora-Masal z Gliwic oraz historyczka Anna Skiendziel z Katowic. Zostały zaproszone do udziału w edytonie w Cieszynie, czyli spotkaniu poświęconym uzupełnianiu Wikipedii o biogramy kobiet związanych z regionem. Pojechałam tam jako wikipedystka i jako jedna z prelegentek, bowiem opowiadałam o doświadczeniu projektów szkolnych opartych o edytowanie Wikipedii i przywracanie brakującej połowy dziejów, używając określenia stworzonego przez dziennikarkę Annę Kowalczyk. Małgorzata również była prelegentką. Do dziś pamiętam, że jej wykład zrobił na mnie duże wrażenie, podobnie jak spacer po mieście prowadzony przez członkinie Stowarzyszenia Szlakiem Kobiet.

  
Małgorzata mówi, że dobrze się czuje w Stowarzyszeniu Szlakiem Kobiet (jest w jego zarządzie). Wraz z koleżankami znalazły sobie niszę, w której mogą działać i, co ważne, wychodzić do ludzi, działać niejako u podstaw. Jak czytamy na stronie internetowej stowarzyszenia, do tej pory zorganizowało kilkadziesiąt spacerów śladem kobiet w województwie śląskim, z których kilkanaście było rekonstrukcjami wydarzeń lub odtworzeniem konkretnych postaci historycznych (m.in. Janiny Omańkowskiej, Marii Kujawskiej, Elżbiety Korfantowej). Podczas spacerów w różnych miastach wykorzystano i odtworzono wizerunki kilkudziesięciu bohaterek na podstawie dobrze udokumentowanych historii pojedynczych kobiet oraz grup kobiecych działających na tym terenie na przełomie XIX i XX wieku oraz w okresie II RP. Pokazano kobiety działające w harcerstwie, w Sejmie Śląskim, w Katolickich Towarzystwach Polek, w Czytelniach Ludowych, w Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”, w chórach lokalnych oraz w przemyśle, sporcie, sztuce i towarzystwach religijnych”. Najbardziej znane działanie to Śląski Szlak Kobiet, który członkinie organizacji określają jako „markę firmującą przeróżne inicjatywy herstoryczne”.

Projekt realizowany od 2021 r., czyli Przewodniczka szlakami kobiet po Strumieniu i okolicach na piechotę i rowerem, to według Małgorzaty Tkacz-Janik włączenie herstorii w lokalną historię. Jak powstaje przewodniczka (czyli przewodnik po danym miejscu śladami kobiet)? Odbywa się to według autorskiego pomysłu Małgorzaty, która, jak mówi, doświadczenia nabrała przy Sąsiadkach, widząc, jaka jest potrzeba zbierania i dzielenia się opowieściami. Ważna jest praca u źródeł, rozmowy z ludźmi (w takim projekcie głównie z kobietami).

Małgorzata opracowała konspekt pracy warsztatowej. Wie, jak wzbudzić ciekawość w ludziach. Zaczyna jednak od lektury opracowań na temat danego miejsca. Użyjmy przykładu Strumienia. Rozpoczęło się od wyszukania biogramów mieszkanek miasta i gminy, czyli np. właścicielek ziemskich, filantropek, artystek, świeckich i zakonnych nauczycielek, działaczek politycznych i społecznych, kobiet biznesu, pracownic zbiorowych. Było to spore wyzwanie, ponieważ, jak dowiadujemy się na stronie stowarzyszenia, „postaci do opisania i historii z nimi związanych jest wiele, ale osób dysponujących pamięcią i materiałami na ten temat już nie. (...) istniejące monografie historyczne Strumienia i gminy niekoniecznie kobiece bohaterki i doświadczenia uznawały za szczególnie godne opisania”. Dlatego niezwykle ważna była kwerenda w źródłach historycznych i w prasie oraz zbieranie relacji ustnych (historia mówiona). Członkinie stowarzyszenia odwiedziły miejsca, które stworzyły szlak pieszy i rowerowy w gminie. Nie działały bowiem zza biurka. Przyjechały na miejsce i pracowały z ludźmi. Projekt zakończył się w 2022 r. Przewodniczkę można pobrać ze strony Stowarzyszenia „Szlakiem Kobiet”: KLIK.

W przypadku Strumienia członkinie stowarzyszenia podjęły korespondencję z siostrami Notre Dame we Wrocławiu. Niektóre osoby się mocno otworzyły, mówiły o tym, co się dotąd w publikacjach nie pojawiało, np. kwestia żydowska, mordy dokonane przez Polaków.
– Książka została poddana cenzurze, ludzie z Urzędu Miasta ją przed wydaniem czytali, bo środki na publikację pochodziły z samorządu. Niemniej nie zrezygnowałyśmy z informacji pozyskanych od ludzi, nawet kontrowersyjnych. Włączyłyśmy do narracji np. doświadczenia kobiety z PGR. To było i dla nas ważne, bo jedna z nas jest córką kobiety z PGR. Jej matka pisała pamiętnik wysłano ją na wieś po skończeniu zootechniki w Krakowie.

Moja rozmówczyni ma apetyt na więcej mimo tego, że ostatnio jej ciało zawołało STOP (w 2025 r. chorowała na raka piersi).
– Mam listę miejsc, gdzie mogłyby powstać fajne szlaki herstoryczne: Częstochowa, Bielsk-Biała, Zawiercie, Piekary Śląskie, Lubliniec. Jednak nie wszędzie jest wola polityczna, by taka publikacja powstała. Przewodniczki po Strumieniu by nie było, gdyby Anna Grygierek była np. Józefem Grygierkiem – mówi Małgorzata.

Miała na myśli wsparcie lokalnego samorządu i to, że to Anna Grygierek pełni funkcję burmistrzyni Strumienia. Że rozumiała potrzebę takiego działania. We wstępie do publikacji pisała: To fascynujące, że dziś każdy z nas, trzymając w ręku PRZEWODNICZKĘ, będzie mógł odbyć niezwykłą podróż po minionych wiekach, poznając bogaty dorobek naszych lokalnych bohaterek. Cieszę się, że ich losy zostały dostrzeżone, stając się źródłem twórczej inspiracji dla kolejnych pokoleń.
Można też zrobić herstoryczne szlaki po taniości, np. za pomocą kodów QR – dodaje Małgorzata Tkacz-Janik.

Rozmowę z E. Adamską-Cieślą gliwiczanka zakończyła słowami: Chcę mówić do kobiet o ich herstorii, budować na Śląsku feminizm. Zostać tu jak najdłużej. I tego Ci, Małgorzato, życzę!




Bibliografia
I. Źródła
Małgorzata Tkacz-Janik. Cena odwagi, OD.ważności, 16 I 2026 r. (dostęp 22 II 2026 r.);
Rozmowa z Małgorzatą Tkacz-Janik, 26 III 2023 r.

II. Opracowania
Małgorzata Tkacz-Janik, Wikipedia PL (dostęp 10 III 2024 r.);
O nas, Stowarzyszenie Szlakiem Kobiet (dostęp 22 II 2026 r.);
Wystawa 60x100. Sąsiadki (dostęp 1 III 2026 r.);


Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz