19 marca 2017

A. Prymaka-Oniszk, "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy". Recenzja książki

Chociaż na czytanie książek "dla przyjemności", czyli nie tych, które muszę przeczytać np. do pracy albo jako opracowania przydatne przy tworzeniu monografii parafii Jednorożec, mam niewiele czasu, to są takie pozycje, które potrafię pochłonąć od razu. Tak też było z książką, którą pragnę Wam zaprezentować w tym wpisie. W styczniu br. dowiedziałam się przypadkowo o bieżeństwie i książce Anety Prymaki-Oniszk na temat tego zjawiska. Kilka dni później w Warszawie miało odbyć się spotkanie autorskie z wykładem i możliwością zakupu książki. Nie mogłam przegapić tej okazji! 
Czym jest bieżeństwo? Co zafascynowało mnie w recenzowanej dziś książce i czemu ją polecam? Zapraszam!

O bieżeństwie, jak chyba większość przeciętnych Polaków, nie miałam pojęcia. Nie znałam nigdy tego słowa, tak bardzo związanego z historią, choć skończyłam studia historyczne. O tym, jak bardzo nie wiedziałam, co to słowo oznacza i do czego się odnosi, świadczy chociażby to, że widząc je pierwszy raz, czytałam je z akcentem na przedostatnią sylabę, zgodnie z polskimi zasadami, a nie na pierwszą, jak być powinno (BIEżeństwo). Jak się okazało przypadkiem, miałam z bieżeństwem do czynienia w ramach badania historii regionalnej. We wspomnieniach Stefana Wilgi z okresu I wojny światowej w Jednorożcu i okolicach, które opracowałam i opublikowałam w "Krasnosielckim Zeszycie Historycznym", pojawia się określenie ubieżeńcy. Jest nieco przekręconą wersją słowa bieżeńcy, to zaś oznacza po rosyjsku uchodźców. Jednak słowo to przyjęło się jako nazwa własna dla uchodźców głównie z terenów wschodnich Królestwa Polskiego, którzy w 1915 r. ruszyli w głąb Rosji. Takie historie obiły mi się o uszy - według jednej z nich, przekazanej mi na równo miesiąc przed zakupem omawianej dziś książki, jedna z gospodyń jednorożeckich proboszczów przebywała 3 lata w Rosji. Wróciła do Jednorożca z rodzicami po rewolucji 1917 r. w zwierzęcych wagonach. Miesiąc wagon stał w polu, a ludzie zbierali zmarznięte ziemniaki i brukiew, żeby przeżyć. Jednak nie myślałam, by połączyć te opowieści z działaniami wojennymi latem 1915 r., o których przecież i nie raz czytałam, i nie raz pisałam, chociażby na blogu. Do czasu...

Wyobraźcie sobie gorący lipiec i upalny sierpień. Trwa Wielka Wojna, gdzieś na zachodzie słychać huk dział i wybuchy. Smród spalenizny z
aczyna być coraz wyraźniejszy. Nocami na horyzoncie nie gaśnie łuna. I nagle grucha wiadomość, że idzie Niemiec! M.in. pod Przasnyszem przełamał front i idzie! Ten straszny Niemiec, który będzie babom cycki obcinał, gwałcił dziewuchy, topił ludzi w rzekach albo studniach i zabijał dzieci na oczach ojców! Strach, panika, płacz. Carski sztab postanawia zastosować taktykę spalonej ziemi. Kilka milionów ludzi falami rusza na wschód, w głąb Imperium Rosyjskiego, którego byli obywatelami. Nie wiedzą, co ich spotka, gdzie trafią, jak przeżyją. Zostawiają dobytek i ruszają w nieznane. Uciekają też urzędnicy, kler, ewakuują się właściciele fabryk z całym wyposażeniem i załogą, które przenoszą do Rosji. Ziemianie na wozach przenoszą swój dobytek i również jadą na wschód. Około jednej trzeciej z bieżeńców nie przeżyło epidemii, głodu, wycieńczenia. Po rewolucji bolszewickiej, która niszczy to, co udało się jako tako zbudować w nowym świecie, trzeba było wracać. Ale do czego tu wracać, tym bardziej, jeśli Polska wcale nie wita wylewnie tych ludzi?


Świat chłopa sprzed 100 lat jest zupełnie inny niż ten, który dziś znamy. Wówczas wieś jest dla chłopa centrum wszechświata. Poza nią zna tylko wieś parafialną, o ile ta nie jest jego miejscem zamieszkania, ewentualnie pobliskie miasto. Ale i tam nie wszyscy jeżdżą. Nie potrzebują. Żyją dość spokojnie - przecież wojny nie było od ponad wieku. Nieprzypadkowo ta z 1914 r. została więc nazwana Wielką. Nagle, gdy ta wojna wybucha i zbliża się do ich domostw, chłopi zostają wyrwani ze swojego świata i rzuceni w nieznane. Na drogach kłębią się inni uciekinierzy - mieszanka ubiorów, słów, nierzadko inaczej brzmiących niż te, które znają nasi bohaterowie, inne zwyczaje... Apokalipsy dopełniają wojska przemieszczające się tymi samymi trasami i niemieckie naloty. Świat, jaki znali dotychczas chłopi, bo to oni głównie wyruszają w bieżeństwo, chyli się ku upadkowi.


Już w tym momencie narodzić się może wiele pytań. Czemu ruszyli w tę okropną wędrówkę, gdzie czekało na nich niewiele mniej niebezpieczeństw niż gdyby zostali na miejscu? Nie mogli przenieść się do sąsiedniej wsi lub kilkanaście kilometrów dalej, jak to zrobiła rodzina wspomnianego Stefana Wilgi z Jednorożca? Czy ruszyli z własnej woli, czy to rosyjskie władze zmusiły ich do wędrówki, kreśląc obraz przerażającego wroga niemieckiego? Co spotkało ich podczas tułaczki? Dokąd trafili i jak wyglądało później ich życie? Czemu musieli wracać po rewolucji bolszewickiej i jak odnaleźli się w niepodległej Polsce? 

Odpowiedzi na wiele z tych pytań znajdziemy w książce Anety Prymaki-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy. Inne, jak np. to o dobrowolność ucieczki, są dla Autorki pytaniami drugorzędnymi. Ważniejsza jest dla niej historia człowieka, jego emocje, zrozumienie tego, co mogli myśleć i czuć przodkowie. Także przodkowie Autorki, bowiem pochodzi on z Knyszewicz na Podlasiu, a osią opowieści jest historia jest babci, która ruszyła w bieżeństwo. 


Aneta Prymaka-Oniszk jest dziennikarką i to w jej książce widać. Ma ona formę reportażu i jako historykowi nie przeszkadza mi tak bardzo np. brak przypisów, choć temat jest jak najbardziej historyczny. Ale zapomniany. Czemu? Może dlatego, że w ogóle I wojna światowa została wyparta przez traumę II wojny, która - w opinii wielu - dotknęła nas dużo bardziej. Nie do końca zgadzam się z tym stwierdzeniem. I wojna światowa nie bez powodu jest nazywana Wielką Wojną. Weźmy chociażby mój rodzinny Jednorożec - 100 % zniszczenia. Cały świat ludzi, którzy tu mieszkali, legł w gruzach. Zmiany, jakie musiały nastąpić w świadomości ludzi, którzy wówczas żyli, są ogromne. Kolejna wojna była straszna, to prawda, ale nie zniszczyła całego dorobku życia mieszkańców moich rodzinnych stron. Wiadomo, że na różnych terenach te historie wyglądały inaczej i nie kwestionuję okrucieństwa II wojny światowej, ale uważam, że należy dużo więcej mówić o Wielkiej Wojnie, przywracać o niej pamięć. Dlatego też książka Bieżeńcy 1915... tak mi się spodobała, dotyczy bowiem okresu, który mnie interesuje. Napisana jest też niesamowicie ciekawie - Autorka świetnie operuje słowem, kreśli obrazy, które w głowie czytelnika nabierają barw i pozwalają na wyobrażenie sobie tego, co widzimy przed sobą w formie słów. Opowieści dopełniają też czarno-białe zdjęcia, których w książce nie ma zbyt wiele, ale te, które są, wybrane zostały bardzo umiejętnie. Emocje, i te pozytywne, i negatywne, jakie towarzyszyły mi podczas lektury, są nie do opisania... Książkę czytałam w wolnych chwilach w styczniu i lutym, więc trochę to trwało, również z tego powodu, że nie da się od razu przerobić wszystkiego, z czym stykamy się podczas lektury Bieżeństwa 1915... Jak przeczytałam w jednej z recenzji, "choć to dokument, wciąga jak dobrze skomponowana fabuła". Zgadzam się całkowicie z tą opinią i dopowiem, że ta fabuła jet tak naszpikowana emocjami, że czytelnik albo pochłonie całość od razu, bo historia tak go wciągnie, albo  - jeśli jest bardziej wrażliwy, jak było ze mną - będzie trawił po kawałeczku, bo opowieść jest przyprawiona tyloma różnymi barwami, że przeżycie tego na raz byłoby trudne. Ja więc dawkowałam sobie tę opowieść, co pozwoliło mi też na jej wielowymiarowe przeanalizowanie. O tym bowiem, co przeczytamy w tej książce, nie można przestać myśleć, gdy odłożymy pozycję na półkę.


Aneta Prymaka-Oniszk wykonała ogrom pracy, by odtworzyć historię bieżeństwa. Historię zapomnianą, bo niefunkcjonującą w podręcznikach szkolnych, opracowaniach lokalnych dziejów czy długo również w placówkach muzealnych na terenach dotkniętych przez bieżeństwo. Temat funkcjonował jedynie w opowieściach mieszkańców wsi na wschodzie Polski, najbardziej doświadczonych tą traumą, również gdzieś na dnie świadomości potomków bieżeńców, którzy kiedyś usłyszeli coś o pobycie dziadka, babci, stryja ojca czy innego krewnego w Rosji. Autorka dotarła do świadectw zebranych w okresie międzywojennym i później, spisanych po polsku i białorusku. Warto tu zwrócić uwagę na zróżnicowanie opowieści katolików i prawosławnych, które Aneta Prymaka-Oniszk podkreśla. To kolejny interesujący wątek w omawianej książce. Autorka przekopała rosyjskie archiwalia i prasę, skorzystała też z prac, jakie w ostatnich latach ukazały się szczególnie w Lublinie, gdzie grupa młodych historyków zainteresowała się tematem uchodźstwa na wschód w 1915 r. i powrotach tych, którzy uciekli przed Niemcem. Przede wszystkim jednak spisała historie, które wysłuchała podczas rozmów prowadzonych z potomkami bieżeńców. Jest to więc kolejna pozycja na rynku, która wykorzystuje oral history jako źródło do opracowania konkretnego tematu. Co warte pokreślenia, jest to praca wieloletnia, bo prowadzona od 2012 r.



W stulecie wybuchu I wojny światowej i bieżeństwa zaczęły odżywać historie z przeszłości. Aneta Prymaka-Oniszk założyła wówczas blog biezenstwo.pl, na którym prezentuje interesującą ją tematykę. Bieżeństwo pojawiło się w publicznym dyskursie: powstały artykuły, wystawy czy nawet spektakle, upamiętniające bohaterów tamtych wydarzeń. Niestety działania te dotyczą jedynie głównie Podlasia. A co z dawną gubernią łomżyńską, płocką albo warszawską? Stąd też wyruszono w bieżeństwo... Jak pokazują relacja ze spotkania w Kadzidle czy nieliczne informacje w opracowaniach lokalnej historii, z terenu Kurpiowszczyzny również pochodzili bieżeńcy. Problem generalnie dotyczył mieszkańców zaboru rosyjskiego, choć na różnych terenach w różnym stopniu.


Fragment książki Dzieje Baranowa oraz ziem nad Płodownicą i Omulwią. Mała Kurpiowska Ojczyzna Adama Białczaka, wydanej w 2006 r.

Fragmenty wspomnień Jana Nizielskiego ze Stegny opublikowane w: T. Wojciechowska, Jednorożec. Historia wsi, Jednorożec 2015, s. 57-58.
Książka Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, wpisująca się w nurt poszukiwania historii w najbliższym otoczeniu, w nurt historii regionalnej i historii mówionej, tak popularnych ostatnimi laty, co mnie cieszy, jest niesamowitą opowieścią. Przejmuje, przeraża, wzrusza, uderza okrucieństwem czasów, zachwyca pomysłowością i determinacją przodków, by przetrwać w trudnych warunkach... Pokazuje ludzki dramat w okresie Wielkiej Wojny i międzywojniu. Opisuje pamięć i tożsamość potomków tych, którzy może i byli biednymi chłopami z białoruskich i polskich, prawosławnych, katolickich czy mieszanych wsi, ale przeżyli coś niesamowitego. Teraz, dzięki książce Anety Prymaki-Oniszk, historia przechowana przez potomków bohaterów jej książki, ma szansę zaistnieć w dyskursie publicznym nie tylko w jednym regionie, ale szerzej. To historia, jak podkreśla Autorka, która mogłaby łączyć. To historia opowiadane z perspektywy doświadczeń zwykłych ludzi. Nie wchodzi w konflikt z żadną polityką historyczną i nie wzbudza kontrowersji, mimo że została wypchnięta z oficjalnego przekazu. Ale czy to prawosławny spod Bielska, czy katolik spod Łomży albo Tatar spod Sokółki – wszyscy przeżyli to samo i wspólnie mogą świętować rocznicę. Wszyscy oni stali się uchodźcami.



Nie sposób poruszyć tu wszystkich wątków, jakie pojawiają się w reportażu Anety Prymaki-Oniszk. Jest to bowiem historii wielowymiarowa, odtworzona z wielką pieczołowitością, ale i marginesem niewiedzy, miejscem na pytania, na które sam czytelnik powinien sobie odpowiedzieć. Jej wielka wartość polega również na tym, że każdy z nas może niej odnaleźć coś, co go zafascynuje, coś, czego brakowało mu w "oficjalnej wykładni historii". To jednocześnie dzieje chłopstwa, opis specyfiki religijno-kulturowego pogranicza, opowieść o niekatolickich mieszkańcach naszego kraju, historia zmiany ról społecznych i rozpadu tradycyjnego systemu wartości i kultury ludowej czy wreszcie swego rodzaju Odyseja uchodźców z okresu I wojny światowej. I do tego temat uchodźców, jakże dziś aktualny. Oprócz tego, że są to historie stopniowej utraty (męża, dziecka, krowy, ubrania, wozu, domu, ziemi, wreszcie całej dotychczas znanej rzeczywistości), zebrane przez Autorkę mikrohistorie to również mozaika pozwalająca na zrekonstruowanie procesu tworzenia nowej, niepoległej Polski. Jak odnajdą się w niej ci, którym udało się wrócić z tułaczki? Tego dowiecie się z książki, która ukazała się w 2016 r. w Wydawnictwie Czarne. Można zakupić albo wersję drukowaną, albo e-bookZachęcam też do śledzenia strony BIEŻEŃSTWO na Facebooku.

Mam nadzieję, że to, co opisałam, zachęci Was do lektury książki. Dość powiedzieć, że została ona nominowana do Nagrody im. R. Kapuścińskiego za Reportaż Literacki 2016 r. Dla mnie stała się opowieścią uzupełniającą to, co wiedziałam o I wojnie światowej oraz inspiracją do własnych badań. Czym stanie się dla Was?




Zachęcam do komentowania i udostępniania wpisu w mediach społecznościowych.


Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony biezenstwo.pl. Zdjęcie Autorki zaczerpnięto z: KLIK


Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz