27 czerwca 2018

Dlaczego i jak na przełomie XIX i XX w. emigrowano za Przasnysz i do Prus Wschodnich?

Puszcza Kurpiowska to to ziemia klasycznego wychodźctwa - tak w 1908 r. pisał korespondent podpisujący się jako X. Podobnie twierdził w 1900 r. Dominik Staszewski, sędzia pokoju w Jednorożcu. Temat emigracji zarobkowej na przełomie XIX i XX w. interesuje mnie od dawna. Post na ten temat planowałam już w 2015–2016 r. W końcu udało mi się i zmobilizować, i znaleźć tyle ciekawych źródeł (szczególnie prasowych, mało wykorzystanych, przeze mnie absolutnie ukochanych!), by powstała interesująca opowieść. Podzielę ją na kilka części, co jest spodowowane obszernością zagadnienia. Odpowiem na pytanie o przyczyny emigracji, zarówno stałej, jak i czasowej. Dokąd się udawano? Kto decydował się na wyjazd i jak organizował podróż? Czy wracano? Czy więcej osób decydowało się na emigrację sezonową czy stałą? Zjawisko opiszę na przykładzie rodzinnej gm. Jednorożec, położonej na zachodnim skraju Kurpi Zielonych. Dzisiaj zabieram Was w niedaleką podróż, bo za Przasnysz i do Prus, okraszoną informacjami na temat przyczyn emigracji. Następnym razem wybierzemy się za ocean, zaś trzecia część opowieści podsumuje temat emigracji i wskaże na jej następstwa, zarówno bezpośrednie, jak i długofalowe.

W swoich rozważaniach koncentruję się na terenie dzisiejszej gminy Jednorożec. Przed I wojną światową miała jednak zupełnie inny kształt niż dzisiaj. Gmina Jednorożec należała do pow. przasnyskiego w guberni płockiej. W jej skład wchodziły następujące miejscowości: Jednorożec, Połoń, Olszewka, Małowidz, Parciaki, Żelazna, Stegna, Szla, Przejmy, Lipa, Obórki, Karolinowo, Nakieł, Budy Przysieki (Rządowe). Była to więc gmina w większości kurpiowska. Pozostałe wsie, które dziś należą do gm. Jednorożec, wówczas znalazły się w granicach gmin: Przasnysz (Kobylaki Wólka, Kobylaki Konopki, Kobylaki Korysze i Kobylaki Czarzaste), Krzynowłoga Wielka (Ulatowo Pogorzel, Ulatowo Słabogóra, Ulatowo Dąbrówka) oraz Baranowo (Dynak). Poza gubernią płocką, w guberni łomżyńskiej, powiecie makowskim i gminie Drążdżewo pozostały tereny późniejszej wsi Drążdżewo Nowe, która wydzieliła się z Drążdżewa. Warto też zaznaczyć, że ze względu na podobieństwo pewnych zjawisk, poniższe ustalenia można odnieść też do innych sąsiednich terenów, szczególnie kurpiowskich wsi za Omulwią czy dzisiejszej gminy Chorzele.
Teren dzisiejszej gm. Jednorożec przed I wojną światową. Mapa Gubernji Płockiej z podziałem na gminy: podług najnowszych źródeł, wyk. K. Obuchowski, Płock 1908. Źródło.


Dlaczego emigrować? 

Przyczyn emigracji zarobkowej na przełomie wieków XIX i XX, bo takiej się przyjrzę, należy szukać w wielu obszarach. Wynikały one na pewno z ograniczonych możliwości zwiększenia areału ziemi uprawnej, zacofania gospodarczego i niewystarczającego do godnego życia dochodu uzyskiwanego z pracy na roli czy innych zajęć. Po uwłaszczeniu chłopów nastąpił wzrost gospodarstw karłowatych (maksymalnie 3 morgi), podlegających dalszemu rozdrobnieniu w rezultacie podziałów rodzinnych i sprzedaży. Adam Chętnik pisał, że na Kurpiach dopiero 20-morgowe gospodarstwo daje szans utrzymania rodziny. Co więcej, rolnictwo miało charakter ekstensywny. Trudną sytuację pogarszały częste klęski żywiołowe i zdarzenia losowe, szczególnie głód i pożary.


Po 1860 r. przyrost naturalny w Królestwie Polskim przybrał charakter eksplozji demograficznej. Umieralność nie była w stanie go zrównoważyć. W latach 1890–1900 przyrost naturalny na 1 tys. mieszkańców wynosił w Królestwie Polskim 18,7. W Niemczech było to 13,8, a we Francji tylko 1,37! Stąd rosła liczba ludzi, którzy nie mogli znaleźć zatrudnienia na wsi. Tak samo nie mogło ich przyjąć miasto, i tak przeludnione. Brakowało pracy, bowiem przemysł w guberni płockiej w 1897 r. stanowiły jedynie 164 niewielkie zakłady przemysłowe, zatrudniające łącznie 2346 osób (0,9% mieszkańców guberni). Miejscowe, zlokalizowane na terenach wiejskich, zakłady nie zapewniały tak wielu miejsc pracy. Potencjał przemysłowy gm. Jednorożec na przełomie wieków zamykał się w 4 smolarniach (Budy Przysieki, Budziska, Olszewka, Stegna) i 3 wiatrakach (Jednorożec) oraz tartaku Żyda Rycherta/Rajcherta w Stegnie. Przykładowo w tym ostatnim zakładzie pracowało 16 osób, ale czym jest ta liczba przy tak ogromnym zapotrzebowaniu?

Zauważyć też należy czynniki polityczne. Część mężczyzn decydowała się na opuszczenie kraju, by uniknąć obowiązkowej służby wojskowej. Zjawisko nasiliło się przed I wojną światową.

Zrozumiałym jest więc, że z powodu przedstawionej wyżej sytuacji część mieszkańców decydowała się na wyjazd z ojcowizny. Adam Chętnik pisał: Nigdzie chyba nie jest tak rozpowszechnione wychodźstwo do Prus i Ameryki jak na Kurpiach. Nie ma chyba domu na Puszczy, z którego by kogoś nie brakowało, a są rodziny, z których i kilkoro osób wyemigrowało za morze. Dawniej emigrowała tylko młodzież i to męska, obecnie [opinia z ksiązki wydanej w 1913 r. - przyp. M.W.K.] zaś idą starsi gospodarze z żonami i dziećmi; nawet same młode dziewczęta idą w świat daleki tak jak na jarmark do sąsiedniej parafii.

Do dworu
Zacznijmy od emigracji sezonowej. Ci, którzy nie mogli pozwolić sobie na opuszczenie rodziny na dłuższy czas, szukali zarobku w zamożniejszych majątkach w okolicy Przasnysza czy Ciechanowa, pomimo tego, że praca była ciężka, a zarobki marne. Analogicznie Kurpie z innych części regionu udawali się do pracy w folwarkach powiatów: łomżyńskiego czy pułtuskiego. Nazywano ich „bandosami”. Natomiast emigrujący za Przasnysz czy Ciechanów Kurpie mówili, że idą do pracy „do Polski”.

W odniesieniu do okresu międzywojennego Stefan Wilga z Jednorożca pisał o takim wychodźstwie. Warto przytoczyć obszerny, ale niezwykle ciekawy fragment jego wspomnień: Ludność prawie całego przasnyskiego powiatu długe lata nie mogła dojść do pory po zniszczeniach wojennych, a przeważnie na ziemiach piaszczystych i łąkach zalanych wodą. Ludność szukała pracy i jakiego zarobku. Nie tylko zmuszeni byli dzieci do służby, które były sierotamy, ale i rodzice dawali swoje dzieci na służbę. Dla swojej korzyści dużo dzieci służyło z naszej wiosky, co jch rodzice nie posiadali kawałka ziemi, to dzieci dali na służbę, a sami szukali zarobku we Dworach za Przasnyszem. 

Dlaczego tam? Gleby w tej części regionu były dużo bardziej urodzajne, dlatego i plony były lepsze, a do pracy przy zbieraniu kartofli czy buraków na dużych połaciach ziemi trzeba było wiele rąk. Specyfikę rolnictwa na omawianym terenie - w przeciwieństwie do nieurodzajnych kurpiowskich piasków - widać na poniższej mapie oraz na mapie glebowo-rolniczej niżej.

J. Wójcicka, Mapa poglądowa Królestwa Polskiego, Warszawa 1885. Źródło.
W emigracji sezonowej do dworów w Przasnyskiem i Ciechanowskiem ważną rolę odgrywało miasto Przasnysz. Jak pisał w 1911 r. K. Moszyński, to leżące na krańcu Puszczy miasto było niegdyś ożywionem targowiskiem wymiennem między rolniczymi ciechanowskimi szaraczkami a puszczańskimi kurpiami. Co należy pod tym sformułowaniem rozumieć? Z pomocą przychodzi Stefan Wilga, który wspominał: Jak nadeszła wiosna to przez naszą wieś, jak przyszedł piątek, to ludzie szly jak na odpust. Zaszli do Przasnysza na noc. Jarmark na ludzi odbywał się w każdą sobotę na rynku zwanem „trójką” w Przasnyszu [plac naprzeciw Dworca PKS, gdzie dziś stoi Biedronka - przyp. M.W.K.]. Ludzie, którzy przyszli do Przasnysza na noc, nocowali na bruku, a rano, jak przyjechał jaki dworski wóz po ludzi, to siadali ludzie na wóz, żeby jak najprędzej odjechać. Nie pytali się o zapłatę, tylko jem chodziło, żeby jch z Przasnysza chłopy nie przewrócili z wozem do góry dnem, bo takie wypadki się często zdarzały, jak furman dał na litra, to pojechał do dworu z ludziamy, a jak nie dał, to za miastem spędzili ludzi z woza i pojechał przez ludzi. A jak ludzie nie chcieli zejść z woza, to przewrócili wóz z ludziamy. Prosto postawili na kłonicach, trafiały się wypadky po takiem przewróceniu wozu z ludziamy, [bo] łamali ręce i nogy. Ludność, która przez zgody siadała na wozy dworskie, nazywali przasnysiaków bandytamy. Ale oni nie byli bandytamy, tylko jem chodziło o większy zarobek, o warunki życiowe i o podwyższenie zapłaty, bo oni też byli robotnikamy i chcieli zarobić na kawałek chleba powszedniego, bo nasi Panowie ze Dworów licho płacili. Kobiety musiały pleć buraki od słonka wschodu do zachodu za 80 groszy dziennie, a kylogram chleba białego kosztował 60 groszy, a kylo bułek 80 groszy. Mężczyzna jak stanął z widłamy do gnoju, albo do młocki zboża, to zarobił półtora złotego, prawie na jeden kylogram cukru.

Życie po dworach było liche. Rzadko się zdarzało, żeby były pokraszone kartofle słoniną. Chleb każdy dostał pod wydziałem. Miejska ludność walczyła na rynku, gdzie się odbywał jarmark, żeby wielmożni Panowie ze Dworów podwyższyli dniówkię dla ludzi pracy. Ale ci ludzie, którzy przychodzili do Przasnysza, tego nie rozumieli, że tu chodzi o trochę lepszego jutra i o większy kawałek chleba. Na oślep siadali na dworskie wozy. Najwięcej ludzi szło za Przasnysz spod Mysieńca. Szli na roboty starzy i młodzi. Szły kobiety z małemy dziećmy odziane chustką lub jaką derką parcianą. Widać było na tych ludziach jakiś niedostatek. Ale w każdem dworze ci ludzie byli przezywani kurpiamy. Ale te kurpie to mieli więcej w swoich sercach ślachetności, jak ci sami Panowie. Pomimo pracy i lichego odżywiania, zawsze byli pogodni. Wychodzili do pracy z pieśnią na ustach, śpiewali polskie piosenky stare i nowe. Chodź człowiek prosty, to mógł poznać, że w tych ludziach płynie polska krew, bije polskie serce i cieszą się wolnością. Ale nasi wielmożni Panowie to zapomnieli, że oni powinni dać przykład ludziom pracy, a nie ludzie jem. Trafiali się dworskie Dziedzice, że traktowali ludzi pracy po ludzku. Widać było, że i oni mają serce polskie. Ale więcej było takich Dziedziczów, którzy mieli wilczą naturę, że tych ludzi, którzy u niego pracowali, poczytywali za dobrowolnych niewolników. Sam byłem światkiem różnych wydarzeń, bo sam przechodziłem takie przeżycia i wszystko widziałem na własne oczy. 


(…) We dworach byli ludzie i ludziska, jedni mieli robotników za ludzi, a drudzy mieli za niewolników, to też te zamęty powstawały po Dworach i na targu ludźmy w Przasnyszu. Panowie ze Dworów musieli podrożyć dniówkię przy dworskiej robocie, bo na targowisku ludźmy w Przasnyszu przez ludzi z miasta została ustalona cena, wiele ma otrzymać kobieta i mężczyzna. To jak ludzie posiadali na dworskie wozy, podszedł do wozu jeden z chłopów z Przasnysza i się zapytał tych, którzy siedzieli na wozach dworskich, wiele się zgodzili za jeden dzień pracy. To jak cena była pasowna, to furman pojechał z ludźmy do Dworu, a jak cena była za mała, to ci młodzi ludzie z miasta zegnali z wozu tych ludzi, co przyszli spod Myszeńca, albo za miastem wóz z ludzmy przewrócily do góry dnem, a furman pojechał pustem wozem do Dworu.

(…) W naszej okolicy, zwanej Kurpiamy, jednem źródłem zarobku były Dwory i tam wszyscy szli zarobić parę złotych. Dużo na robotach dworskich było dziewczyn młodych, niektóre były dość urodne. Niektóre z dziewczyn pracowały od wiosny do twardej jesieni. Ale jak przyszła jesień, to Pan Dziedzicz powiedział: - Fora ze dwora, nie ma już roboty.

S. Miklaszewski, Mapa gleboznawcza Królestwa Polskiego, Warszawa 1907. Źródło.

Tak wyglądała praca w dworach w okresie międzywojennym. A wcześniej? Jak informował korespondent z Jednorożca w 1910 r., Od samej wiosny, jak tylko zaczną się roboty polne, mnóstwo robotnikó z całej Puszczy przechodzi tędy na roboty za Przasnysz i dalej (...). Dominik Staszewski, sędzia pokoju w Jednorożcu w latach 1895–1907, pisał: Ukończywszy jak najprędzej roboty u siebie, jak pielenie, żniwa lub kopanie, przyczep dla pośpiechu pomagają jedni drugim, idą tłumnie na też roboty za Przasnysz. W każdą sobotę piękna jednorożska grobla czerwieni się od ubiorów kurpianek [fragment nieczytelny] i białem tle ubiorów Kurpiów, tak tłumnie ciągną z Puszczy do Przasnysza, gdzie co niedzielę odbywają się [słowo nieczytelne] jarmarki na kurpiów. Cały rynek i przylegające doń ulice zalegają kurpie i dworskie fornalki, które zabierają ich w różne strony, nieraz odległe do 10-ciu mil od Przasnysza. K. Moszyński dodawał, że wyjazd na zarobek Kurpie okraszali krzykiem i śpiewami. Kurpie pracowali przy pieleniu, sprzęcie siana, żniewach, kopaniu ziemniaków czy buraków. 

Jak wiele osób wybierało się do pracy w dworskich majątkach? Staszewski przekonywał, że prawie niema rodziny, z którejby ktoś tam nie był; z wielu rodzin wychodzi ich po kilkoro, a nieraz jedni i ciż sami idą kilkakrotnie. A co z zarobkami? Urzędnik relacjonował: za pielenie płacą im od 20 do 30-tu kop. dziennie bez życia; od żniwa dostają od 50 do 60 kop. dziennie, przyczep mężczyźni dostają jeszcze po 2 garnce kartofli; za kopanie buraków biorą po 12 groszy od redliny i zarabiają od 30 do 50 k. dziennie, przyczep dostają po 2 garn. kartofli. Za każdym więc razem przynoszą do domu po kilka a nawet i po kilkanaście rubli, zależnie od tego, jak prędko zdążą obrobić roboty u siebie i na jak długo wychodzą. Wysokość zarobków zależała wyłącznie od warunków zawartych w umowie, które często były zmienne, ponieważ zawierano je na tzw. słownyj dogowor.

Należy też zaznaczyć, że wychodźstwo za Przasnysz nie odrywało Kurpiów od pracy na ich własnej roli, a jednocześnie było koniecznym, gdyż, jak uważał Staszewski, eksport osobistej pracy musi zastąpić eksport brakującej produkcji rolnej dla przepływu na Puszczę gotówki, niezbędnej na wydatki najkonieczniejsze. Co więcej, nie zdarzało się, by zza Przasnysza ktoś wrócił bez zarobku.

Do Prus! 
W 1902 r. w „Zorzy” M. Malinowski pisał, że Kurpie Szczególny to lud! Wesoły, rozmowny, dowcipny, za serce pociągający... Ale za wiele nigdy nie powie, duszy nie wyleje, szczególnie jeśli chodzi o warunki życiowe. On zęby zatnie i milczy o swojej biedzie. Tylko ją po tem poznasz, że (…) do zarobów pruskich Kurp jest pierwszy. Jeszcze nikt o tych wędrówkach na obczyznę nie myślał, a on już tam całemi gromadami chadzał, zwłaszcza, gdy proceder przemytniczy ustał. Chadzał tam wówczas i teraz chadza. 

Wychodźstwo do Prus było częstym zjawiskiem w Przasnyskiem. W 1888 r. pisano: Z okolic Przasnysza donoszą Kur.[ierowi] Warsz.[awskiemu], iż wśród Kurpiów objawił się silny ruch emigracyjny. Po stu ludzi dziennie przedziera się przez granicę pruską, wprawdzie dotąd przeważnie żydów, ale nie brak jednak między nimi i miejscowego żywiołu. Kupie za byle co zastawiają gospodarstwa swoje lub je sprzedają, gromadząc tym sposobem fundusze na drogę. Przyczyną emigracji, zdaje się, jest bieda (…). Wychodźcy sezonowi do Prus stanowili największą grupę emigrantów z Kurpiowszczyzny. „W związku z wielkim rozwojem przemysłu w Niemczech, a dużą dotychczasową emigracją zarobkową ludności niemieckiej, już w 1890 r., w wyniku nacisku junkrów cierpiących niedobór siły roboczej, w Niemczech zniesiono zakaz imigracji sezonowej. Ludność wiejska Niemiec znalazła zatrudnienie w rozwijającym się na wielką skalę przemyśle. Mieszkańcy Królestwa Polskiego mogli znaleźć zatrudnienie w majątkach junkrów pruskich” – pisał J. Szczepański. Wychodźstwo do Niemiec rozpoczęło się w 1880 r., a przybrało na sile po 1894 r. Wówczas to III Rzesza na mocy traktatu handlowego z Rosją uzyskała przywilej bezpłatnych paszportów dla jadących z Królestwa Polskiego na roboty sezonowe do Niemiec.

Granica rosyjsko-niemiecka na odcinku Pełty-Chorzele w 1914 r. Źródło.

Z powodu bliskości granicy z Prusami Wschodnimi bardzo wielu mieszkańców gm. Jednorożec, jak samo jak całej Kurpiowszczyzny położonej w 3-milowym pasie przygranicznym, wyjeżdżało tam do pracy sezonowej. Warto zaznaczyć, że Kurpie nazywali Prusy Żuławami (od dawnej nazwy jednej z prowincji pruskiej). Czy rzeczywiście udawano się na Żuławy? Niektórzy tak. Generalnie Jedni z nich zatrzymują się bliżej nad granicą, inne wędrują na Pomorze i dalej - pisano w „Głosie Płockim” w 1908 r.



Wyjazdy zaczynały się wiosną i przybierały na sile w okresie żniw i kopania ziemniaków. Niektórzy wyruszają już przed Wielkanocą, zwłaszcza ci, którzy już mają stałe miejsca w Prusach, do których zwykle co lato powracają. Wracano zazwyczaj późną jesienią. Eugeniusz Kłoczowski, dziedzic Bogdan Wielkich w gm. Chorzele w pow. przasnyskim wspominał, że sezonie prac polowych Szły wtedy kolumny ludzi z całego powiatu na kopanie do Prus. Cała kilometrowa droga od Chorzel do granicy była nabita gęstym tłumem ludzi. Wyobraźmy sobie, co działo się na komorze przy stemplowaniu kart, urzędnicy zapoceni, zmordowani krzyczeli, tłum szumiał i falami przetaczał się na obie strony drogi. 



Wójtowie gmin za niewielką opłatą wydawali chętnym specjalne zezwolenia na wyjazd (paszporty), trwający najczęściej od 8 do 10 miesięcy (tzw. „duże karty”). Mogli udzielać pozwoleń na opuszczenie kraju na krótki okres, początkowo na podstawie tzw. 8-dniowych legitymacji. W 1896 r. zostały one zamienione na 28-dniowe legitymacje (tzw. „małe karty”). Generalnie był to ruch oddolny, wychodźcy sami ruszali w trasę i sami znajdowali pracę. Jednak przed I wojną światową, jak zauważył korespodent z Zagajnicy, Wobec dzisiejszych stosunków polsko-pruskich i bojkotu niemczyzny, kto chce odwrócić polskiego robotnika od pruskich dworówi skierować go do dalszych Niemiec i innych krajów, to powinien pomyśleć i o Kurpiach, gdyż Puszcza kurpiowska eksportuje znaczną ilość robotników za granicę, a w tym [1908 - przyp. M.W.K.] roku, wobec powstrzymania wychodźctwa do Ameryki [z powodu stagnacji w USA - przyp. M.W.K.], wyśle ich jeszcze więcej jak zwykle. (...) Dobrze by więc było, a nawet (...) konieczne, żeby biura emigracyjne, które mają za zadanie odwracanie polskich robotników od prusaków, wysłały swoich ajentów na Puszczę i wprost z Puszczy kierowali wychodźctwo, bo jak tylko Kurp przejdzie granicę - to przepadnie. 


W związku z zasygnalizowanym wyżej podziałem na dwa rodzaje pozwoleń na wyjazd do Prus zauważamy pierwszą różnicę pomiędzy tym wychodźstwem a pracą za Przasnyszem – jeśli ktoś wybrał opcję „dużej karty”, zupełnie odcinał się od pracy we własnym gospodarstwie. Jak zauważył Staszewski, Kurp Wprawdzie przynosi (…) trochę więcej pieniędzy, w rezultacie jednakże nie wiele na tem zyskują, zwłaszcza bezrolni. Ci ostatni, jeśli udawali się do Prus na kilka miesięcy, nie sadzą ziemniaków i nie obrabiają ziemi, a przez pozostałą część roku muszą wszystko kupować za gotówkę, nierzadko poza własną wsią. Gdyby zaś pracowali za Przasnyszem, mogliby w krótszym czasie zarobić podobne sumy, a jednocześnie zajmować się własną ziemią i przygotować zapasy na zimę. 

Liczba „obieżysasów” w ciągu roku sięgała kilkuset osób. W latach 1900–1901 według oficjalnych danych do Prus z gm. Jednorożec wyruszyło 736 osób (w 1900 r. 195 mężczyzn i 173 kobiet, razem 368 osób, rok później 198 mężczyzn i 170 kobiet, razem 368 osób). Dla porównania w tym samym czasie z pozostałych kurpiowskich gmin powiatu (Baranowo i Zaręby) wyjechało odpowiednio 818 i 700 osób w 1900 r. oraz 519 i 600 osób rok później. W skali całego powiatu było to 6479 osób w 1900 r. i 5680 osób w 1901 r., ale zaznaczyć należy, że większość wyjeżdżających (nawet ponad 1000 osób rocznie z jednej gminy) pochodziła z gmin szlacheckich: Dzierzgowa, Krzynowłogi Małej i Krzynowłogi Wielkiej. Warto zauważyć, że „duże karty” brali młodzi ludzie, mający od kilkunastu do dwudziestu kilku lat. W 1899 r. Staszewski pisał: z najbiedniejszej gminy Zaręby wyemigrowało w tym roku za dużemi kartami 600, za małemi 500 osób. Z zamożniejszych gmin: Jednorożskiej i Baranowskiej, przyczep znacznie ludniejszych od zarębskiej, wyemigrowało za dużemi kartami z pierwszej 240, a za małemi 56, z drugiej za dużemi tylko 216, a za małemi niekt nie był zarobkach w Prusach, gdyż chociaż wzięto ich 100 z gminy, jednakże poszli kurpie za niemi do Gietzwałdu, na święte miejsce. Prócz tego, w każdej z tych gmin poszło po kilkadziesiąt osób bez paszportów, gdyż wcześniej się o nie postarali, nadto kilkadziesiąt dzieci w wieku od 9 do 14 lat, które są zapisano z rodzicami na jednym paszporcie. Przed I wojną światową procent wyjazdów na prace sezonowe do Prus wzrósł – w 1913 r. z całego powiatu wyjechało 8539 osób. „Obieżysasi” z Przasnyskiego, co warto zaznaczyć, stanowili dużą grupę wśród wychodźców z guberni płockiej (ponad 26%). 

Średnio wyprawy do Prus pozwalały na zarobek w postaci 60–70 rubli. Wyjątkiem był Jan Wilga z Jednorożca, który miał zarobić 90 rubli. Było to spowodowane jego niezwykłą oszczędnością przez całe lato, by ostatecznie wyemigrować do Ameryki. Najczęściej jednak zarobek w Prusach wynosił 60–70 marek, dość często można było spotkać osobę, która zarobiła 40, 30 lub 20 marek, rzadziej 40–50 rubli. Możliwe jednak, że wskaźniki te były celowo zaniżane w oficjalnych statystykach. W 1900 r. łączne przychody ludności pow. przasnyskiego z tytułu czasowej emigracji do Prus obliczono na 323 785 rubli, zaś w 1901 r. na 307 310 rubli.

Podkreślić należy, że werbownicy z Prus oferowali chętnym do pracy za granicą stawki dwukrotnie przewyższające płace robotników rolnych w Królestwie Polskim. To sprawiało, że z Prus mieszkańcy całego regionu kurpiowskiego przynosili ok. 965 tys. rubli rocznie. Statystycznie co roku można było zaoszczędzić 50-60 rubli, a pieniądze przyniesione z Prus starczały na wyposażenie domu, powiększenie inwentarza, zakup ubrania i obuwia, a czasem nawet i zakup kawałka ziemi. Ten ostatni przypadek zdarzał się szczególnie w rodzinach, w których do Prus udawało się kilku członków.

Oczywiście zarobki i skala wychodźstwa do Prus zależały od danego roku. W 1901 r. Dominik Staszewski pisał, że wyprawy do Prus nie dopisały. Dlaczego? W Prusach w ogóle robotnicy robią na akord. Otóż kartofle i buraki w tym roku w Prusiech tak nieobrodziły, że kurpie o połowę mniej mogli dziennie zarobić, niż innych lat. Niektórzy zniechęcili się tem wkrótce i powróciwszy do domu, wyruszyli „za Przasnysz”, inni wytrwali do końca, lecz przynieśli znacznie mniej pieniędzy niż „po inne roki”. Zdaje się, że gorączka wychodźtwa do Prus w ogóle znacznie już ochłodła między kurpiami, co jeszcze na wiosnę można było zauważyć. Wpłynęły na to różne przykrości i wyzysk, jakie kurpie w Prusach stale znoszą, powoli więc dochodzą do przekonania, że przy tak usilnej pracy, jakiej wymagają w Prusach, i za Przasnyszem można tyleż zarobić bez ryzyka i pruskich przyjemności. 

Staszewski podsumował swoje rozważania następująco: wychodźstwo do Prus na całe lato dla wyrobników w zupełności się nie opłaca, tak dla pojedynczych osób, jak i dla rodzin wyrobniczych, w porównaniu z wychodźstwem na krótszy czas na oddzielne roboty, gdyż chociażby tylko jedno z małżonków wyemigrowało, pozostały w domu sam nie jest w możności obrobić swego pola i za nie odrobić gospodarzowi. Jedynie wychodźstwo z liczniejszych rodzin, dodatkowo posiadających ziemię, nie robi wielkiej różnicy w robotach w domu, zwłaszcza w biedniejszych gospodarstwach. Z drugiej strony emigracja „zbywających” członków rodziny pozwalała na zaoszczędzenie wydatków i produktów żywieniowych przez całe lato. 

Ostatecznie konkludował, że wychodźstwo do Prus w warunkach przełomu XIX i XX w. było złem koniecznym. Przedewszystkim przy racjonalniejszym gospodarowaniu znalazłaby się robota w domu dla wszystkich, nie trzebaby było wychodzić dla tego, że w domu niema co jeść, a przy zwiększeniu produkcji rolnej, przypływ gotówki za tę ostatnią o wieleby przewyższył dzisiejsze zyski wychodźstwa. Bo że dzisiaj rolnictwo zaledwie kurpiów wyżywia, to widzę naokół. (…) Chociaż więc za Kadzidłem i Dylewem może więcej jest zamożniejszych wiosek, trudno jednakże to powiedzieć w ogóle o Ostrołęckiem. 

W 1899 r. Staszewski zanotował: Prusy pociągają trochę wyższą płacą, gdy za Przasnyszem albo wcale nie dają, albo tylko kartofle; w Prusach zaś oprócz kartofli, dają mleko i śledzie – to jednak – na krótszy czas Kurpie chętniej idą za Przasnysz, gdyż wychodźtwo do Prus w ogóle połączone jest z wielkim ryzykiem nieprzyniesienia niczego do domu.
Dane na temat wychodźstwa m.in. do Prus z terenu pow. przasnyskiego i innych ziem Królestwa Polskiego. Atlas statystyczny Królestwa Polskiego, wyd. A. Maciesza, Płock 1907. Źródło



A jak takie wychodźstwo wyglądało w praktyce? Dysponujemy opisami dwóch przypadków z gm. Jednorożec. Otóż Franciszek Ferenc ze Stegny wybrał się do Prus na kopanie kartofli. Zarobił już 15 rb. u „pana Lejtynanta" w Kozłowie za Niborkiem, ale musi ju wraca do domu, gdy upływa termin „małej karty, za któr wyszedł, a tu pan Lejtynant nie chce mu zapłacić, gdy kopanie jeszcze nie skończone. Przyszedł więc bez pieniędzy do domu dla zmiany karty, wraca spiesznie do Kozłowa, a tu tymczasem kopanie skończyli, a pan Lejtynant zły na niego, że mu uciekł od roboty przed czasem, odmawia mu zupełnie zapłaty. Może kiedyś pieniądze by odebrał, bowiem na poczet tego zostawił u adwokata w Niborku 3 marki, ale ostatecznie został na zimę bez pieniędzy.



Z kolei Jan Bakuła z Jednorożca Poszedł z kilkoma innymi „za dużą kartą zaraz po Zielonych Świątkach. Za Niborkiem zapłacił 4 trojaki za kolej, dostał się na pielenie do (…) [wsi – przyp. M.W.K.] Stare-Pole, na dolnych Żuławach (…). Było ich tam z kartami jedenaścioro i chociaż płacili im po 8 trojaków dziennie, jednakże przez 6 tygodni zarobili wszystkiego po 8 marek, gdy deszcze często padały i nie mogli co dzień pracować. Na żniwa poszli „dwadzieścia pięć fenigów dalej do „Achendryssów, gdzie zarabiali po 2 marki dziennie od kosy, a później przy zwózce po marce i sześć trojaków; dwóch z nich zarobiło po 60 marek. Ponieważ żniwa się skończyły i roboty już nie było, powędrowali dalej: trzy stacje za Toruniem dostali robot w „Popowie Biskupiem u pana Petera, gdzie im płacili po 2 marki 1 2 trojaki od wykopania ćwierci morga buraków. Po siedmiu dniach - wypadł duży deszcz, przemokli więc do nitki; przyszli do wsi suszy się, gdy innego obleczenia nie mieli, a tu akordnik, tj. ten, który ugadzał się za nich wszystkich z p. Peterem, nagania ich na pole, a gdy nie chcieli wyjść przemoczeni, gdy wreszcie powadzili się z nim o żywność, którą dostawali tylko w dni robocze, a w inne strącali im z zarobku po pięć trojaków dziennie - akordnik ich wygnał. Chcieli iść na skarg do konsula do Torunia, ale przywołano żandarma, ten zawiózł ich do Torunia, gdzie odebrali im karty i odstawili do Aleksandrowa. W Aleksandrowie nocowali i odstawiono ich do Nieszawy, gdzie te nocowali i skąd okutych w kajdany po dwóch za ręce odstawili ich do Włocławka. We Włocławku siedzieli tydzień, skąd pokutych wyprawiono do Warszawy, gdzie byli dwa dni i dwie noce. Z Warszawy pokutych odstawiono do Nasielska, skąd po dwugodzinnem odpoczynku wysłano ich do Pułtuska, gdzie po dwóch nocach i dniu, okutych, wytransportowano do Makowa, gdzie nocowali. Z Makowa wysłano ich już nieobutych do Przasnysza, skąd puszczono ich wolno do gmin. Nadto, nie przynieśli do domu ani grosza, gdy w Popowie nic im nie dali, a z pieniędzy zarobionych poprzednio, część im się rozeszła, część złodzieje ukradli we włocławskim areszcie, z którymi razem tam siedzieli. Niezrażony Bakuła postanowił więc raz jeszcze pójść do Prus, żeby zarobi choć na buty, które zdarł przez lato. Wybrał się więc „zieloną granicą” bez paszportu, którego by już pewnie nie dostał do Niborka, gdzie spodziewał się znaleźć robotę przy kolei. Ale nie ma widocznie w sobie nerwu szczęścia Bakuła, bo i tu mu się nie powiodło. Do kolei już wzięli robotników, którzy powracali z kartofli, nie było więc co robić, a na domiar nieszczęścia, w powrotnej drodze postrzelił go obieszczyk, przed którym uciekał, i ranił go w nogę. Leżał więc 6 dni w szpitalu pogranicznej straży w Chorzelach, a obecnie leży w szpitalu w Jednorożcu. Tak więc nie tylko stracił całe lato i nic do domu na zim nie przyniósł (a utrzymuje z wyrobku żonę i dziecko), ale jeszcze nawłóczył się w kajdanach, jak włóczęga przez kilka tygodni, nocowywał w aresztach ze złodziejami, wreszcie zdarł buty, został ranny i leżał w szpitalu. 



Jeszcze jeden przypadek, przywołany przez Staszewskiego: poszło dwóch wyrostków z Grabowa [pod Ostrołęką – przyp. M.W.K.] (…) chłopcy niosą blizko 30 rubli do domu, aż tu łapią ich obieszczycy na granicy, gdyż poszli bez paszportów, nie mając do nich prawa [a takie posiadali tylko mieszkańcy pasa przygranicznego – przyp. M.W.K.] i konfiskują pieniądze jako srebrne pruskie monety nizkiej próby. Chcąc bowiem uniknąć opłat za wydanie paszportu lub legitymacji albo w obawie przed karami pieniężnymi za przekroczenie terminu ważności wydanych dokumentów na dłuższe przebywanie za granicą, wielu wychodźców z Kurpiowszczyzny przekraczało granicę z Prusami nielegalnie. Takie eskapady urządzano najczęściej nocą lub w czasie podczas złych warunków atmosferycznych. Innym wyjściem było przekupienie strażnika granicznego, co nie zawsze się udawało.
Przejście graniczne w Chorzelach w 1910 r. Zbiory Mirosława Krejpowicza.



Dominik Staszewski zaznaczał też, że upodobanie Kurpiów do wychodźstwa „w pola” i do Prus wynika czasem bardziej z przyzwyczajenia do włóczęgostwa niż z istotnych potrzeb ekonomicznych. Jako przykład podał następujący przypadek: jeden z gospodarzy zaproponował podczas żniw Kurpiom idącym za Przasnysz po 45 kopiejek dziennik i porcję mleka, co stanowiło wyższą płacę wyższą niż standardowa. Pomimo tego Kurpie zdecydowali się ruszyć na rynek w Przasnyszu, by tylko go zobaczyć, nawet jeśli miałoby się to wiązać z niższym zarobkiem. Nieważne było też to, że zza Przasnysza trzeba było wracać pieszo. Sędzia pokoju podsumował: w tym wypadku, zdaje mi się, powodowała niemi nie tyle nadzieja większej zapłaty, której nie mogli się spodziewać, ile naprawdę chętka zobaczenia rynku w Przasnyszu, spotkania się na nim z tym i owym i w ogóle tej rozmaitości, jaką mają w swoich włóczęgach i do jakiej się przyzwyczaili. 



W obliczu dużej skali wychodźstwa sezonowego do Prus Kościół katolicki w diecezji płockiej postanowił objąć emigrantów specjalnym duszpasterstwem, które miało na celu m.in. związanie z ojcowizną, ugruntowanie wiary, zapobiegnięcie nadużyciom moralnym itp. Jak ważne było to zagadnienie, pokazuje opinia dotycząca m.in. diecezji płockiej,w której są parafie, w których całe życie parafialne i praca duszpasterska reguluje się według terminów odpływu i przypływu ludności za granicę parafii i kraju. Zorganizowaną formę duszpasterstwo wychodźców przybrało od 1908 r. i składało się z 3 etapów: przygotowania do wyjazdu, kontaktów z emigrantami w czasie ich pobytu na obczyźnie (listy, odwiedziny proboszcza itp.) oraz pracy nad odnową religijną i moralną po powrocie wiernych z emigracji. 


W okresie przygotowawczym, uważanym za najważniejszy, proponowano wiernym specjalny program duszpasterski, w skład którego wchodził odpowiednie nabożeństwa, dbałość duchowieństwa o życie sakramentalne parafian, wreszcie pouczenia moralno-praktyczne zachęcające do trwania przy wierze, ostrzegające przed niebezpieczeństwami czyhającymi za granicą, polecające uczciwą i solidną pracę oraz oszczędność, unikanie złego towarzystwa i alkoholu, angażowanie się w organizacje religijno-społeczne czy wyposażenie w prasę katolicką, różańce itp. Wychodźcy otrzymywali niekiedy listy polecające, skierowane do księży w miejscu pracy, choć ciężko powiedzieć, jak duży procent parafii w diecezji stosował takie działania. Jak wynika z ówczesnej prasy, rekomendacje te były niezwykłą rzadkością wśród emigrantów, zwłaszcza pochodzących z terenów guberni łomżyńskiej, płockiej, warszawskiej i siedleckiej. Brak informacji o takowych w dziejach filii parafii Chorzele z siedzibą w Jednorożcu. Co więcej, zdarzały się przypadki ukrywania wyjazdu przed proboszczem.
Granica między II Rzeszą Niemiecką a Cesarstwem Rosyjskim, przejście graniczne w Janowie. Zbiory Jarosława Chorzępy. 
Inne kierunki 
W ramach ciekawostki pragnę zaznaczyć, że mieszkańcy pow. przasnyskiego udawali się też do innych regionów Królestwa Polskiego lub w głąb Rosji. 

W 1884 r. w „Kurierze Warszawskim” czytamy: Z Chorzel donoszą nam, iż zeszłoroczny nieurodzaj dotąd jeszcze zmusza Kurpiów do przesiedlania się za Wołyń. Sprzedają wiec osady swoje i emigrują w odległe strony. Kurpie jednak przywiązani są do tradycyj miejscowych, a jako szczegół charakterystyczny korespondent nasz przytacza, iż w listach do krewniaków-emigrantów upominają ich by nie zmieniali swoich strojów i pamiętali o zwyczajach rodzinnych. Emigranci też pozostają w stałych stosunkach korespondencyjnych ze znajomymi, pozostałymi na miejscu i w nowych siedzibach tworzą zupełnie odrębne osady

Ciężko jednak powiedzieć coś więcej o emigracji w tym kierunku. Jej przyczyny były podobne, ale skala na pewno mniejsza.

Tak się przedstawia najważniejsza kwestia życiowa na Kurpiach, konkludował cytowany na wstępie korespondent. To zdanie pokazuje wagę wychodźstwa dla regionu kurpiowskiego, w tym mojej rodzinnej gm. Jednorożec. W drugiej części opowieści o emigracji na przełomie XIX i XX w. przyjrzę się wyjazdom za ocean. 


Bibliografia:
I. Źródła:
Źródła drukowane:

Prasa: 
Emigracja, „Gazeta Narodowa”, 27 (1888), 125, s. 3;
Ks. St. B., Myszyniec (gub. łomżyńska), „Echa Płockie i Łomżyńskie”, 3 (1900), 93 (238), s. 3; 
Staszewski D., Z Puszczy Kurpiowskiej, „Echa Płockie i Łomżyńskie”, 2 (1899), 98 (176), s. 3; 
Tenże, Z Puszczy Kurpiowskiej, „Echa Płockie i Łomżyńskie”, 2 (1899), 99 (177), s. 4; 
Tenże, Z Puszczy Kurpiowskiej, „Echa Płockie i Łomżyńskie”, 2 (1899), 100 (178), s. 2–3; 
Tenże, Z Puszczy Kurpiowskiej, „Echa Płockie i Łomżyńskie”, 2 (1899), 101 (179), s. 4;
Tenże, Z Puszczy Kurpiowskiej, „Echa Płockie i Łomżyńskie”, 4 (1901), 57 (341), s. 3;
Tenże, Z Puszczy Kurpiowskiej, „Echa Płockie i Łomżyńskie”, 4 (1901), 101 (385), s. 2; 
Szelążek A., Wychodźstwo i obieżysarstwo polskie z uwzględnieniem ankiety diecezjalnej płockiej, „Miesięcznik Pasterski Płocki”, 3 (1908), 11, s. 287–295;
X., Z Puszczy Kurpiowskiej, „Głos Płocki”, 1 (1908), 2, s. 4.

Wspomnienia: 
Kłoczowski E., Wspomnienia mazowieckiego ziemianina z lat 1897–1951, red. A.K.F. Wołosz, Ciechanów 2006; 

II. Opracowania: 
Gronowski K., Przemiany gospodarczo-społeczne na Kurpiach na przełomie XIX i XX wieku, „Przegląd Historyczny”, 54 (1963), s. 39–63; 
Tenże, Przasnysz i powiat przasnyski w latach 1866–1939, Przasnysz 1999. 


Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz