29 czerwca 2018

Mankietnicy, kozłowici, heretycy... Mariawityzm na Kurpiach

Podczas kwerendy w prasie sprzed I wojny światowej, której dokonałam na potrzeby powstającej monografii parafii Jednorożec, natrafiłam na wiele interesujących relacji prasowych, dotyczących różnych części Kurpiowszczyzny i fascynujących fragmentów jej dziejów przed I wojną światową. Stąd inspiracja do tego artykułu. Zapraszam do lektury tekstu, w którym opowiem co nieco o działalności i odbiorze społecznym mariawitów na terenie Kurpi Zielonych. Mam nadzieję, że po publikacji tego wpisu więcej osób dowie się o 40-letniej obecności mariawitów w regionie, bo zagadnienie jest bardzo ciekawe.


Jest to popularnonaukowe ujęcie mało znanego tematu - ustalenia ze źródeł i opracowań zebrane w jednym miejscu. Starałam się jak najczęściej oddawać głos źródłom z epoki, byśmy poczuli atmosferę, jaka wówczas panowała, byśmy mogli sobie wyobrazić, co czuła zarówno katolicka, jak i mariawicka strona. Dlatego też dotarłam do źrodeł wytworzonych przez obu bohaterów tej historii. Do funkcjonujących w literaturze ustaleń artykuł wnosi wiele źródłowej wiedzy, opartej na niewykorzystywanej dotychczas prasie. Jak zauważył P. Zieliński, Materiały ówczesnych gazet są niezbędne do poznania odbioru schizmy w środowisku katolickim i konserwatywnym. Prasa była głosem nie tylko redakcji czy autorów artykułów, ale również osób, które podzielały te poglądy i je wspierały poprzez zakup gazet”.

Pragnę też zaznaczyć, że wszelkie fragmenty zaznaczone kursywą pochodzą ze źródeł i nie przedstawiają mojego zdania na temat mariawityzmu. Jeśli używam pojęć uznawanych za obraźliwe określenia mariawitów, to czynię to jedynie z powodu chęci uniknięcia powtórzeń i pragnienia zastosowania synonimów. Wówczas takie określenie biorę w cudzysłowie.

Mariawityzm
Początki i rozwój zjawiska religijno-społecznego, zwanego mariawityzmem, są związane z działalnością Marii Franciszki Kozłowskiej, początkowo zakonnicy rzymskokatolickiej. Jako ciekawostkę można dodać, że śluby zakonne złożyła w 1896 r.
 Przasnyszu, w kościele przy klasztorze sióstr felicjanek (dzisiaj klarysek kapucynek). Od 1893 r. Kozłowska utrzymywała, że doświadcza Objawienia Dzieła Wielkiego Miłosierdzia. W Płocku z jej inspiracji powołano ruch duchowieństwa dążący do odnowy Kościoła i odrodzenia duchowego wśród kapłanów – zgromadzenie księży mariawitów (Mariae viatae immitantes czyli naśladowanie życia Maryi). Od 1903 r. zakonnica rozpoczęła starania o zatwierdzenie go przez władze kościelne, ale nie spotkała się z aprobatą Kościoła rzymskokatolickiego.

W 1906 r. wspólnota mariawicka została obłożona ekskomuniką przez papieża Piusa X. Mariawici musieli opuścić kościoły rzymskokatolickie, które po części zajęli. Pierwsi duchowni mariawiccy rekrutowali się bowiem z duchowieństwa rzymskokatolickiego i w takich świątyniach szerzyli swój kult. Dopiero z czasem zaczęto budować osobne świątynie. Do samodzielnego organizowania życia religijnego przyczynił się ukaz tolerancyjny z 1905 r., obejmujący wszystkie mniejszości religijne. W latach 1911–1914 mariawici wybudowali w Płocku swój kościół i klasztor, ustanawiając tam swoją siedzibę. Kozłowska, która zmarła w 1921 r., przez wyznawców mariawityzmu jest nazywana Mateczką. Została przez nich uznana za błogosławioną, a kult zrównuje ją niemal z Matką Boską. Poza tym szerzono adorację Najświętszego Sakramentu oraz oddawanie czci Matce Boskiej Nieustającej Pomocy.
Maria Franciszka Kozłowska. Źródło.

Kościół mariawicki przyłączył się do starokatolickiej Unii Utrechckiej. W 1922 r. bp mariawicki ks. Jan Maria Michał Kowalski dokonał reform kościoła mariawickiego (V przykazanie kościelne zamieniono na nowe: „arcybiskupa mariawitów we wszystkim bez zastrzeżeń słuchać”; wprowadzono komunię św. pod dwiema postaciami, zniesiono celibat księży, święcenia wody i oleju, posty i spowiedź uszną; wprowadzono komunię małych dzieci bezpośrednio po chrzcie; pozwolono na zawieranie tzw. małżeństw mistycznych z zakonnicami; wprowadzono święcenia kapłańskie sióstr zakonnych; wprowadzono kapłaństwo ludowe, czyli możliwość odprawiania Mszy św. oraz sprawowania innych sakramentów przez ludzi świeckich obojga płci; wydano zakaz pobierania ofiar za posługi duchowe). To jednoznacznie zerwało łączność mariawitów z Kościołem rzymskokatolickim. W kwestiach doktrynalnych biskup uznał, że „nie tylko Syn Boży wcielił się w ciało człowieka, ale także Bóg Ojciec i Duch Święty”. Za wcielenie Boga Ojca uznał Maryję, a za Ducha Świętego M. F. Kozłowską. Tę ostatnią uważał także za małżonkę Jezusa Chrystusa. Pisma Mateczki i Kowalskiego zostały podniesione do rangi równej Pismu Świętemu. 



Takie poglądy nie mogły być zaakceptowane przez Utrecht, dlatego Kościół Katolicki Mariawitów został wykluczony z Unii Kościołów Starokatolickich. Po II wojnie światowej Starokatolicki Kościół Mariawitów wszedł w krótkotrwałą unię z Polskim Narodowym Kościołem Katolickim i Polskim Kościołem Starokatolickim. Unia załamała się po powrocie abpa Władysława Farona do kościoła rzymskokatolickiego. 


Kościół mariawicki był współzałożycielem Polskiej Rady Ekumenicznej i jest jej członkiem od samego powstania. W ostatnich latach prowadzi aktywny dialog z kościołem rzymskokatolickim. 

Początki mariawityzmu na Kurpiach
Na Kurpiach mariawici pojawili się w 1905 r. Wynikało to z bliskości do Płocka, bowiem część Kurpiowszczyzny należała do guberni i diecezji płockiej. Pozostała była terenem pogranicznym w guberni łomżyńskiej, gdzie również mogły dotrzeć nowe prądy.
Mapa miejscowości wymienionych w tekście.
S. Łupiński mocno podkreślił, że mariawityzm pojawił się na Kurpiach z przyczyn socjologiczno-ekonomicznych, nie teologicznych, ale nie rozwinął myśli. Wydaje się, że pobożna ludność kurpiowska, nierzadko jednak posiadająca niewielką wiedzę na temat zagadnień religijno-telogicznych, była wrażliwa na społeczną niesprawiedliwość niektórych księży katolickich. Należy podkreślić, że pozycja duchownych w strukturze społecznej wsi kurpiowskiej była bardzo wysoka. Korespondent z Jednorożca w 1914 r. wymieniał księdza jako pierwszą ze światlejszych osób we wsi. Relacje prasowe wskazują na śmiałość i ciekawość Kurpiów w stosunku do księży. Informował o tym korespondent opisujący wizytację pasterską parafii kurpiowskich w 1906 r.: Osoba obca jest zwykle przedmiotem rozmów, badań, domysłów, nieraz nawet bardzo krępujących od stóp do głów oględzin i głośno wypowiedzianych uwag. Mówią, że każdy nowoprzybyły proboszcz lub wikary musi zwykle przez parę niedziel przechodzić takie oględziny. Sprowadza się proboszcz, aliści w niedzielę, po nabożeństwie wali na plebanię cała gromadka kurpiów i kurpianek. (…) „Myśwa przyśli wedle zitacki i oględzin, proszę ojczulka”. (…) Imponuje im podobno, bardzo zewnętrzny wygląd, wzrost, postawa i energia w postępowaniu. „A to osoba”, powtarzają wtenczas, pełni respektu i zadowolenia. (…) Biada temu, kto się im „nie uda” – za nic go będą mieli, a nawet często ślą skargi do władz duchownych i świeckich. Podobnie Eugeniusz Kłoczowski, dziedzic Bogdan Wielkich w gm. Chorzele, zauważył, że Kurpie byli wymagający niesłychanie od księży. Ksiądz biorący za drogo za pogrzeby, albo posądzony o niewłaściwe stosunki z gospodynią nie mógł długo w kurpiowskiej parafii popasać. Z drugiej strony Piotr Kaczyński z Dylewa w 1913 r. twierdził, że Kurpie wierzyli księżom mimo różnych nadużyć, jakie zauważał.

J
ak pisano w 1909 r. w kalendarzu mariawickim, Kurpie, ten lud, tak sympatyczny, tak ofiarny, umiejący w obronie swoich przekonań lub zasad wszystko poświęcić, był wystawiony na pastwę chciwości lub niemoralności duchowieństwa katolickiego. Ucisk ten moralny znosił lud kurpiowski lat długie szeregi, nawet nie skarżąc się, bo i nie było komu skarg ich wysłuchiwać, aż wreszcie – zetknąwszy się z Maryawityzmem – zapragnał, w nielicznej – co prawda, jak dotąd – ale silnej duchem garstce, zerwać krępujące go więzy i zgodnie z charakterem swoim żyć „wolnością dzieci Bożych”. Tak więc, jak konkludowano w prasie diecezjalnej płockiej, mariawityzm zwykle rozwijał się na gruncie niezadowolenia parafian ze swego proboszcza; „idealny” maryawita, rezydujący w sąsiedztwie lub na miejscu, jako wikaryusz, wyzyskiwał to rozgoryczenie i pociągał za sobą ludzi. Działanie hierarchii kościelnej rzymskokatolickiej często bowiem polegało na zsyłaniu kapłanów sympatyzujących z mariawityzmem z parafii miejskich na wieś, gdzie, zamiast studzić zapał wiernych, uaktywniali ich życie religijne. Sprzyjał temu wzór zachowania, jaki prezentowali - życie w ubóstwie, czystości i posłuszeństwie (ale nie hierarchii Kościoła rzymskokatolickiego). Nie palono tytoniu, nie pito alkoholu, codziennie przez godzinę modlono się przed Najświętszym Sakramentem. Co więcej, duchowni mariawiccy spełniali również potrzeby wiernych w zakresie oświaty, kultury i spraw socjalnych (budowanie domów zarobkowych, urządzanie szkół, przytułków, warsztatów, sklepów spółdzielczych, kas pożyczkowych itp.).

Kurpiowscy mariawici

Pierwsze wzmianki o mariawityzmie w regionie dotyczą parafii Jelonki w Ostrowskiem (pogranicze z pow. ostrołęckim). W 1905 r. proboszczem wyznaczono tam ks. Zygmunta Serejko (międzywojennego proboszcza parafii w Krasnosielcu). Sprzyjał on ruchowi mariawickiemu w jego pierwotnej postaci, jak sam pisał w sierpniu 1906 r. w prasie diecezjalnej, uwiedziony pozorami pobożności, pokory i gorliwości, wszakże, skoro tylko doszło do mojej wiedzy o ich odstępstwie od Kościoła, zerwałem z nimi i brzydzę się ich kłamstwem i obłudą. Zwolennicy nowego ruchu przetrwali w parafii rok, a następnie wrócili na łono Kościoła rzymskokatolickiego. W rezultacie parafia mogła być stawiana jako wzór dla wspólnot, w których pojawiali się zwolniennicy nowej nauki, ale udało się ich z powrotem przyciągnąć do Kościoła. Przykład jelonkowskiej parafii podano w Chorzelach w 1906 r. podczas wizyty biskupiej, o czym niżej.

W Kadzidle w marcu 1905 r. proboszczem został ks. Michał Turowski. W tym czasie nowe wyznanie dotarło do serca Puszczy Zielonej. Z Chorzel do parafii kadzidlańskiej przybył ks. Wacław Żebrowski (1877–1931). Już wówczas miał on za sobą prawie całą parafię. To też kiedy zjawił się powtórnie już jako heretyk, grunt miał przygotowany. Kapłan bowiem aktywnie włączył się w ruch mariawicki i został jego gorliwym propagatorem. Przebywał w Kadzidle jako wikariusz od kwietnia 1904 do końca września 1905 r. Czas pobytu na tem stanowisku poświęcił szczerej pracy przedewszystkiem nad podniesieniem zaniedbanej moralności wśród parafian, a następnie starał się w miarę możności nieść im oświatę. Gorliwość młodego kapłana i troska o dobro ludu dziwnie dodatnio odbiły się na obyczajach parafian i rozbudziły z uśpienia ich ducha. Moralność w parafii podniosła się widocznie, a równocześnie dawała się spostrzedz chęć do nauki, chęć korzystania z dorobku nowoczesnej kultury. Kapłana niespodziewanie przeniesiono do parafii Ciechanów, skąd ponownie przybył - tym razem jako misjonarz mariawicki - do parafii Kadzidło. Nie widział bowiem odpowiedniego gruntu dla Maryawityzmu w Ciechanowie. Trafił do Długiego Kąta w lutym 1906 r., kiedy nastąpił rozłam mariawitów z biskupem płockim.
Kościół w Kadzidle przed I wojną światową. Źródło: A. Chętnik, Puszcza Kurpiowska, Warszawa 1913.
Działalność ks. Żebrowskiego polegała m.in. na odprawianiu nabożeństw w rycie mariawickim. Głosił też kazania, w których powstaje na prawowitych biskupów i kapłanów, a twierdzi, że tylko księża „marjawici” powołani są do tego, żeby lud prowadzić do zbawienia – jak czytamy w „Gazecie Świątecznej” z 1906 r.  Z kolei autor listu do czasopisma „Mazur” dopowiadał, że Żebrowski, pomimo że został ekskomunikowany, Głosi (...) że zbliża się sąd ostateczny i każe się modlić do jakiejś św. mateczki, mieszkającej w Płocku.

W Długim Kącie, do którego przybył ks. Żebrowski, znajdował się niewielki skromny kościołek, który niejaki Gromadzki zbudował jako prywatną kaplicę kilka lat wczesniej. Zięć zmarłego, Konstanty Prusarczyk, zgodził się, aby w nim ks. Żebrowski odprawiał nabożeństwa, na które poczęły się zgromadzać tłumy wiernych. Z kolei korepospondent z Kadzidła w 1906 r. informował, że ks. Żebrowski Najwięcej przesiaduje we wsi Dylewie, ale wydaje się, że informacja jest błędna. Może pomylono nazwę miejscowości, podając niedaleką osadę jako centrum działalności kapłana. W świetle publikacji S. Pajki w Dylewie nigdy nie było mariawitów.

Jak informowali mariawici w swoich publikacjach, Dzięki jego naukom, gorliwości kapłańskiej a zwłaszcza życiu bez skazy, Kurpie mieli możność przekonania się, że kapłan Chrystusowy, to nie jakaś oderwana, poetyczna mrzonka, ale człowiek z krwi i kości, który w miłości dla Boga, zaparciu się siebie, a poświęceniu dla bliźnich zakłada cel powołania swego i świętej służby swojej. W sercu każdego, nawet zepsutego człowieka, drzemie iskierka mimowolnego szacunku dla cnoty. Im czyjeś serce jest prostsze, im mniej zepsute i nie podlega sztucznym sofizmatom lub też nie wpada w ostateczny sceptycyzm i zwątpienie, tern prędzej uchyli się i podda pod działanie prawdy. Tak też i nasi Kurpie. Zapoznawszy się z działalnością i owocną pracą kapłana-Maryawity, całem sercem przylgnęli do tego ruchu, który takich kapłanów w społeczeństwie naszem zrodził. Czasopismo „Maryawita” relacjonowało, że Tłumy wiernych z Kadzidłowskiej i innych parafii zaczęły stale uczęszczać do kościółka w Długim Kącie i oddawały się pod kierunek kapłana Maryawity. Posiadamy też informację o kaplicy ludowej, jaką Żebrowski miał założyć we wsi Kierzek u niejakiego Zadrożnego, ale oprócz jednej wzmianki prasowej w „Miesięczniku Pasterskim Płockim” nie wiadomo nic więcej.

Relacja z wizytacji biskupiej, odbytej w 1906 r. w parafii Kadzidło, dobitnie stwierdza, że nieszczęściem dla parafii był pobyt w niej ks. W. Żebrowskiego, który obałamucić zdołał (...) znaczną liczbę parafian. Miała za nim pójść większa część parafii. Najwięcej stronników znalazł wśród kobiet, które zjednywa zapisywaniem do róż i bractw rozmaitych.

O tym, jak nauka Żebrowskiego oddziaływała na codzienne życie Kurpiów, świadczy list pewnego Puszczanina do czasopisma „Mazur” z 1906 r., w którym opowiada on o bogobojnym i święcącym przykładem małżeństwie; długo żadna kłutnia lub gniew nie powstał w jego domu. Co tydzień w niedzielę małżonkowie udawali się rano do kościoła na różaniec i nabożeństwo. Jednak odkąd mężczyzna zainteresował się naukami Żebrowskiego, wnet przepadło całe szczęście i domowy spokój małżonków. - „Bodajeś z tej bóżnicy już więcej, bezbożniku, nie wrócił”, tak żegna idącego na heretyckie nabożeństwo do Długiegokąta swego przyjaciela żona. - „A ciebie bodaj wielkie nieszczęście spotkało, gdy wyjdziesz z kościoła” tak jej odpowiada mąż.

Z tych m.in. powodów proboszcz parafii kadzidlańskiej ks. M. Turowski, wedle „Kalendarza Maryawickiego”, rozpoczął w każdą niedzielę i święto podburzać wiernych, takie głosić potworne oszczerstwa, że wszczął się zamęt w okolicy i wybuchło tak pożądane przez księży prześladowanie. Z kolei w czasopiśmie „Maryawita” relacjonowano, że Sfanatyzowani katolicy nie tylko szydzili z nich [mariawitów - przyp. M.W.K.] przy każdem spotkaniu, lecz zazwyczaj obrzucali ich gradem kamieni, unikali z nimi wszelkich stosunków, okazując im najwyższą pogardę.

W rezultacie tych prześladowań Wielu się zachwiało, wielu się przestraszyło i powróciło pod kierunek dawny. Przyczyniła się do tego niemało encyklika papieska, ogłoszona w pierwszych dniach kwietnia 1906 r. Słowa najwyższego Pasterza pełne miłości dla episkopatu polskiego; błogosławieństwo dla biskupów i całego duchowieństwa polskiego, a nagana księżom Maryawitom udzielona i potępienie nas za walkę wytoczoną obłudzie i niemoralności tegoż kleru, posłużyły za temat do nowych przeciwko nam napaści. Wystawiając przed oczyma prostaczków powagę Rzymu, księża poczęli wyzyskiwać najniższe uczucia przerażonych słuchaczy. Sfanatyzowane tłumy gotowe były do wszelkich nadużyć, byle wyplenić – jak mniemali – tak straszną „herezyę”. W innej mariawickiej relacji czytamy, że Z ambon, a zwłaszcza Kadzidłowskiej, posypały się jak z rogu obfitości karczemne wymysły na nas i najniedorzeczniejsze o nas wieści. Zasłaniając się wyrokiem i powagą Rzymu, zagrano na najniższych instynktach sterroryzowanych tłumów. Położenie garstki biednych maryawitów stawało się co raz trudniejsze.

W sprawie heretyckich poglądów Żebrowskiego interweniował ks. Franciszek Przedpełski, proboszcz z Działynia, dawny wikariusz kadzidlański, który listownie tłumaczył Kurpiom, na czym polega zło w działalności ekskomunikowanego księdza. Także ks. Jan Kochanowski, kapelan Magdalenek w Warszawie, były wikariusz kadzidlański, dwukrotnie nawiedzał kurpiowską parafię, by przyciągnąć mariawitów z powrotem do Kościoła rzymskokatolickiego. W rezultacie Większa część parafian wyłudzone podpisy cofnęła, mała garstka tylko przy heretyku jeszcze obstaje.

Antymariawicka działalność kadzidlańskiego proboszcza była dobrze oceniana przez katolickie władze diecezjalne. Dodatkowo wizytacja biskupia w 1906 r. stała się okazją do nawracania mariawitów. Nawróceni umocnili się w wierze, chwiejni - umocnieni, a uparci - zachwiani zostali. Nie szczędził też J. E. ks. Biskup ani pracy w konfesyonale, spowiadając prawie codziennie, ani na ambonie, pouczając o jednym, świętym powszechnym Kościele Chrystusowym, o prawdziwej i fałszywej pobożności, o Królestwie Bożem w duszy chrześcijanina, o publicznem wyznawaniu wiary i.t.d. Zdarzało się często, iż po trzy i cztery razy dziennie przemawiał. Z mankietnikami dobrej woli sam osobiście rozmawiał, rozpraszając wątpliwości. Łaska Ducha świętego, przez sakrament Bierzmowania i błogosławieństwo pasterskie spływająca, dokonała ostatecznego nawrócenia. Opuszczając Kadzidło, Pasterz zostawił zaledwie setkę chwiejących się już kozłowitów. Pocieszające bardzo, że ponawracali się ci, których odstępca kapłan uważał za filary nowej nauki. W „Gazecie Świątecznej” z 1906 r. pisano: wielu już zrozumiało, że kozłowczycy nie do zbawienia, ale do odszczepieństwa i potępienia prowadzą. Poprzednio dawali się chętnie zapisywać na kozłowczyków, a nawet rozczulając się nad ubóstwem i dobrocią księży marjawitów, ofiarowywali przy zapisie co kto mógł, niektórzy aż po sto rubli. Teraz już nie słychać o takich zaślepionych; tych zaś, co się pozapisywali, sąsiedzi, prawowici katolicy, nawracają dobrem słowem, a upartych nieraz i ostrem przemówieniem.

Właściciel kaplicy w Długim Kącie – możliwe, że pod naciskiem kadzidlańskiego proboszcza – odmówił udostępniania budynku na cele kultowe, wyprzysiągł się herezyi i przyrzekł, że na przyszłość nie przyjmie Żebrowskiego. Ten ostatni opuścił parafię, bowiem uważał, że dla dobra sprawy przynajmniej na pewien czas powinien usunąć się z zajmowanej placówki. Jakoż w wigilię uroczystości Wielkiej Nocy opuścił Długi Kąt i udał się do pomocy naszym kapłanom w archidyecezyi Warszawskiej. Odtąd dla maryawitów Kadzidłowskich zaczął się okres najcięższego psześladowania - informowano po latach w prasie mariawickiej.

Na czym polegały te prześladowania? Wybijano naszym (…) okna, do studzien wlewano naftę, przy spotkaniu witano ich rozgłośnem... beczeniem. Na wszystkie te nadużycia policya patrzała w milczeniu - pisano w źródłach mariawickich. Katolicy beczeli przy spotkaniu z maryawitami [naśmiewając się z nazwiska „mateczki” - przyp. M.W.K.] (...). Gdy maryawici zakrzątnęli się około budowy własnej kaplicy i zaczęli zwozić materyały, — katolicy „prawowierni” postanowili przeszkodzić temu. Pewnego razu zorganizowali napad, i gdy kilku maryawitów przejeżdżało z drzewcem budulcowem przez Kadzidło, z dzikim wrzaskiem rzucili się na nich, drzewko zabrali, a ich samych pobili w okrutny sposób. Najwięcej ucierpiał wtedy maryawita Sobiech; katolicy chcieli go zabić; poraniony był tak strasznie, że zdawało się, iż nie przyjdzie do zdrowia.

Kilka spraw pomiędzy katolikami a mariawitami stanęło na wokandzie sądu gminnego I okręgu w Kadzidle. W przywołanej wyżej sprawie katolicy, maryawitów pobiwszy, podali ich jeszcze do sądu, jako przywłaszczenie cudzego drzewa. Na skutek tej skargi, skatowany w czasie napadu, maryawita Cichocki, wyrokiem sądu gminnego został skazany za wyrąb własnego drzewa na więzienie. W czasopismie „Maryawita” możemy doczytać, że Cichockiego oskrażono, że nieprawnie wyrąbał drzewo z tak zwanych „działków”, należących do „prawowiernych” katolików i wiózł je na materyał do budowy kaplicy. Nie pomogły przeciwne zeznania świadków.

Inna sprawa sądowa zaczęła się tak, że podburzony przez księży „prawowierny” katolik, nazwiskiem Patras, wpadł do mariawickiej kaplicy i zachowując się hałaśliwie, przeszkadzał obecnym w modlitwie głośnemi swemi bluźnierstwy. Awanturnika wyprowadzono ze świątyni. Rozgniewany tem Patras, zaskarżył do sądu maryawitów, którzy go wyprowadzili. Sąd uznał, że maryawici są winni i skazał ich na więzienie...

Kolejna sprawa to również przypadek z 1906 r., o którym informował „Kurier Warszawski”. Otóż mieszkaniec Kadzidła, mariawita Andrzej Bakuła, zaprosił do siebie w Wielką Sobotę do święcenia pokarmów kapłana Żebrowskiego. Tłum wiernego ludu obsadził dom Bakuły. Zaczęto rzucać kamieniami, chcąc rozpędzić mankietników, zebranych w domu Bakuły i zmusić mariawitę Żebrowskiego do opuszczenia Kadzidła. Tak się też stało. Tymczasem A. Bakuła wezwał policję, aby spisać protokół na „napastników”. Policja protokół spisała i pociągnęła do odpowiedzialności sądowej 16 wieśniaków, mieszkańców Kadzidła. Podczas rozprawy przed sądem w Kadzidle 30 V 1906 r. sędzia Worobjew uniewinnił wszystkich oskarżonych.

W tym czasie parafianie kadzidłowscy często przyjeżdżali do Cegłowa (pow. nowomiński, gub. warszawska) i Grębkowa (pow. węgrowski, gubernia siedlecka), by zasięgnąć rady i wyspowiadać się u swego kapłana, który w tych miejscowościach pracował. Jak relacjonowano, pomimo prześladowań mariawici byli zawsze pogodni i uśmiechnięci. Jak czytamy w „Maryawicie”, Wreszcie po kilku miesiącach niebytności, ks. Żebrowski postanowił odwiedzić swoich parafian. Wybrał na tę wycieczkę Wigilię Bożego Narodzenia. Wiedząc zaś o ciągłem wrzeniu wśród katolików, przybył w nocy do Długiego Kąta. Zaraz pospowiadał maryawitów, odprawił dla nich pasterkę, udzielił zgromadzonym Komunii Świętej, zostawił w prowizorycznej kaplicy Przenajświętszy Sakrament i tejże nocy wyjechał z powrotem w okolice Warszawy. Katolicy, czujni zawsze i czynni, gdy chodzi o walkę z Maryawityzmem, dowiedzieli się, że ks. Żebrowski był u swoich i przy wyjeździe zrobili na niego zasadzkę. Gromada „najgorliwszych” nie spała tej nocy, lecz czuwała - zaopatrzona w kamienie - w uliczce prowadzącej we wsi. Gdy nadjechał ks. Maryawita, katolicy wszczęli krzyk nieopisany i posypały się kamienie; jeden trafił go w policzek. Woźnica, widząc niebezpieczeństwo, zaciął konie i zdołał ujść napastnikom... Uciekający słyszeli posyłane za sobą złorzeczenia i przekleństwa... Odtąd ks. Żebrowski, nie bacząc na grożące niebezpieczeństwo jego życia, stale co parę miesięcy odwiedzał maryawitów Kadzidłowskich i pokrzepiał ich na duchu.

Mariawici z Kurpiowszczyzny, Nie zwracając uwagi na szyderstwa i prześladowanie ze strony „prawowiernych”, opuszczeni i ubodzy, ze szczupłych nader funduszów wystawili Kurpie mały lecz schludny kościołek we wsi Długi Kąt, według planu i wskazówek ks. Żebrowskiego. We wspólnocie żyło wówczas - wedle źródeł mariawickich - ok. 150 osób (katolickie źrodła diecezjalne szacowały liczebność grupy na mniej niż 100 osób). Ks. Żebrowski przybył do Długiego Kąta 16 VI 1907 r., by poświęcić kamień węgielny pod kościół. Plac o powierzchni ok. 1200 metrów kwadratowych pod budowę świątyni ofiarowali Piotr i Amelia Prusaczykowie. Przy budowie kościółka nie obeszło się bez szykan i przeszkód ze strony miejscowych katolików. Jednak roboty postępowały tak szybko, że już w listopadzie tegoż roku stanął spory drewniany kościół. Poświęcono go 17 XI 1907 r. Świątynia otrzymała wezwanie Przenajświętszego Sakramentu. Niektórzy wierni rzymskokatoliccy nie widzieli nic zdrożnego w budowie mariawickiego kościoła. Mieczysław Mielnicki (ur. 1934 r. w Brzozówce, rzymski katolik) wspominał, że jego dziadek woził drzewo na budowę świątyni.
Źródło: M. Żerański, Kurpie. Puszcza Zielona. Przewodnik turystyczny, Cieszyn 2008, s. 92.
W dniu 20 VII 1909 r. zorganizowano pierwsze ogólne zebranie parafialne w Długim Kącie. Na proboszcza jednogłośnie wybrano ks. Władysława Zbirochowicza. Raz w miesiącu przyjeżdżał z miejsca swojego zamieszkania w Górce Powielińskiej na terenie mariawickiej parafii Smogorzewo w okolicy Pułtuska, którą zorganizował w 1906 r. W rezultacie jednogłośnej decyzji członkami zarządu zostali Aleksander Cichocki z Tatar i Piotr Młynarczyk z Długiego Kąta, Na kandydatów [raczej zastępców - przyp. M.W.K.] zaś [wybrani zostali - przyp. M.W.K.]: Jan Prusaczyk ze wsi Długi-Kąt, Bernard Tumiński ze wsi Tatary. Oprócz opieki ks. Zbichorowicza parafia mogła liczyć na to, że kilka razy do roku nawiedza ich dawny dobroczyńca duchowny ks. Wacław Żebrowski. W Długim Kącie mieszkały także siostry mariawitki, które zajmowały się haftowaniem.
Kaplica w Długim Kącie. Źródło: „Kalendarz Maryawicki na Rok Zwyczajny”, 2 (1909), s. 45.


Co ciekawe, jak pisał S. Łupiński, „W 1911 r. ks. Żebrowski porzucił mariawityzm. Postulował wprowadzenie publicznej spowiedzi, piętnował niemoralne życie duchownych mariawickich, zarzucił Kozłowskiej i bpowi Kowalskiemu zdradę ideałów mariawickich. Po odkryciu doskonalszej „Mateczki” w osobie Marii Cyfler i założył w Warszawie Kościół Ewangelicznych Chrześcijan”.



Parafia mariawicka w Długim Kącie w strukturze Kościoła Mariawitów zwana była Kadzidlańską lub Kadzidłowską. Wedle badacza tematu J. Mirończuka mogło to oznaczać ambicje mariawitów, by uczynić parafię katolicką w Kadzidle wspólnotą mariawicką. Wydaje się jednak, że związane to było z potrzebą łatwiejszego ulokowania parafii w Długim Kącie przez podanie nazwy sugerującej jednoznacznie jej umiejscowienie na Kurpiach. Warto też zauważyć, że przed I wojną światową omawiana kurpiowska parafia mariawicka przez długi czas była jedyną w guberni łomżyńskiej. Dopiero w 1914 r. w statystykach kościelnych pojawiły się parafie: Czerwonka, Wiśniew i Grębków - wszystkie w pow. węgrowskim.


Parafianie marawiccy z Długiego Kąta brali udział w konsekracji Świątyni Miłosierdzia i Miłości w Płocku – katedry będącej siedzibą władz Kościoła Starokatolickiego Mariawitów. Mimo wybuchu I wojny światowej poświęcenie kościoła zorganizowano 15 VIII 1914 r. Parafianie kadzidlańscy byli w grupie ok. 5 tys. pątników i podobnie jak inni pątnicy, szczęśliwie wrócili do domów pomimo konieczności przechodzenia przez front, co uznano za wyraz boskiej opieki. W tym czasie wyznawcy mariawityzmu mieszkali w Długim Kącie, Tatarach, Kadzidle, Lelisie, Jeglijowcu, Szafarni, Gibałce i Glebie. W 1914 r. na terenie parafii Kadzidło żyło 128 mariawitów (na ogólną liczbę 9047 mieszkańców).

Katedra mariawicka w Płocku krótko po poświęceniu. Źródło.
Posiadamy nieco informacji na temat życia religijnego kadzidlańskiej parafii mariawickiej. Jak informowano na początku 1913 r., Dni: 29, 30 listopada, 1 i 2 grudnia roku ubiegłego zajaśniały dla nas szczególnem Miłosierdziem Bożem. Pod kierownictwem ukochanego Ojca naszego Biskupa Michała [Jana Marii Michała Kowalskiego - przyp. M.W.K.] odprawiliśmy w te dni święte rekolekcye. Potem N. O. Biskup, przy współpracy naszego proboszcza, O. Sebastyana i 3-ch innych Ojców w ciągu dwóch dni wysłuchali wszystkich rekolektantów spowiedzi z całego życia, a następnie wszyscyśmy po Mszy świętej uroczystej przyjęli Przenajświętszą Komunię z rąk O. Biskupa. W kadzidlańskiej parafii mariawickiej każdego 27 dnia miesiąca odbywać się miała adoracja Najświętszego Sakramentu. Informuje o niej „Kalendarz Maryawicki” z 1914 r.

Długi Kąt stanowić mógł bazę wypadową do dalszej działalności misjonarskiej. Mariawiccy kapłani chcieli rozpropagować nowe wyznanie także w innych wspólnotach katolickich. Posiadamy ciekawą relację z Chorzel z 1906 r., opublikowaną w czasopiśmie „Mazur”. Pisano, że Dnia 21 lipca zjechał pod osłoną strażników tłusty ponad miarę ojczulek Władysław Zbirochowicz i w domu stróża ze szlachtuza, niejakiego Piekacza, pod opieką policji zaczął odprawiać heretyckie nabożeństwo. Myślał by kto, że tam owych przyjaciół Zbichorowicz liczył na setki; aliści naprawdę są tylko dwie niewiasty, które oddawna w osadzie miano za niespełna rozumu, a przewrócił im w głowie Żebrowski, niegdyś wikary tutejszy. Dziwne jednak to nowe nabożeństwo. Bo chociaż ojczulkowie spędzają na nie swych przyjaciół z całego świata, najwięcej jest jednak na niem strażników i policji. Gadają, że policja jest dana dla asystencji, inni jednak powiadają, że ojczulek to robi z bojaźni. (…) W końcu dodajemy na pochwałę naszych mieszkańców mojżeszowego wyznania, że żaden z nich, choć im proponowano niezłe pieniądze, nie oddał jednak swojego domu na heretyckie nabożeństwo. Wielkie to upomnienie i nauka dla owego Piekacza, który za 50 rb. wiarę swoją sprzedał. Inna relacja prasowa precyzuje, że kaplica w Chorzelach zorganizowana została już przez kapłana Żebrowskiego u Piekarskich. Mariawicki kapłan miał obałamucić pewne kółko osób, przeważnie niewiast, i do odstępstwa, acz niewyraźnego, pociągnąć już w czasie, kiedy był wikariuszem w Chorzelach.

Wspomniane dwie kobiety, obecne na nabożeństwie mariawickim w Chorzelach w 1906 r., to zapewne te same, które w opisie wizytacji z tego roku zostały określone mianem najupartszych. Podczas wizytacji bp płocki Apolinary Wnukowski zastał grupę kobiet, mankietniczek. Pod wpływem łaski Bożej i nauk Pasterskich poszły one do spowiedzi i (...) wyprzysięgły się Żebrowskiego. Według „Mazura” dwie nie zrezygnowały z mariawityzmu. Tego rodzaju zbłąkane osoby - relacjonowano w prasie - odznaczają się niesłuchanym uporem. Nic tu nie pomogą perswazye, rozumowe dowody, prośby nawet. Zbłąkanie graniczy z obłędem. Jakiś niepokój w oczach i twarzy, ciągłe podniecenie nerwowe a stąd wybuchy płaczu są nieomylnymi znakami tych nieszczęśliwych. Z dłuższej rozmowy można zauważyć, że przywiązanie do osoby księdza działa tutaj najwięcej. Dlatego też podczas wizytacji położono duży nacisk na pomoc zbłąkanym wiernym. W rezultacie - według relacji z „Miesięcznika Pasterskiego Płockiego” - pozostawiamy tylko jedną w uporze trwającą. Formą walki z mariawityzmem w parafii Chorzele miała być wprowadzona podczas wizytacji adoracja Najświętszego Sakramentu. Wówczas to, 30 IV 1906 r., założono w parafii oddział Bractwa Diecezjalnego Nieustającej Adoracji Najświętszego Sakramentu i niesienia pomocy ubogim kościołom.

Na Kurpiach mariawici działali także w Dąbrówce. W 1850 r. miały tam miejsce pierwsze objawienia Matki Bożej. Na drzewie bartnym Maryja ukazała się dwóm dziewczynkom - Rozynie i Marcynie, co spowodowało ogromne zainteresowanie mieszkańców. Zdarzały się cudowne uzdrowienia. W 1894 r. powołano tu katolicką parafię pw. św. Anny, która wyłoniła się z parafii Kadzidło.
Kościół w Dąbrówce. Źródło: A. Chętnik, Puszcza Kurpiowska, Warszawa 1913.
Po otwarciu kaplicy mariawickiej w Długim Kącie w 1906 r. mankietnicy podjęli działalność misyjną w Dąbrówce. Według Adama Chętnika twierdzili, że obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, umieszczony w bocznym ołtarzu kościoła w Dąbrówce, to obraz przedstawiający patronkę naszego kościoła mariawickiego. Matka Boska Nieustającej Pomocy jest naszą Matką Boską marjawicką, któa co noc objawia się naszej mateczce Kozłowskiej z płockiego zakonu. Przekonywali, że Maryja odwróciła się od Kościoła katolickiego i zachęcali do utworzenia parafii mariawickiej. 

Część parafian poszła za głosem misjonarzy i zmieniła wyznanie, bowiem bała się, że straci wszystko, pozostając przy katolicyzmie. Chętnik zapisał: Zebrania, modły do obraza, procesje i nabożeństwa po mariawicku zrobił swoje. Sprowadzili i mateczkę” Kozłowską z Płocka, która mówiła o swych widzeniach i objawieniach, tumaniąc zebranych. Sprowadzony duchowny mariawicki już chrzcił dzieci i dawał śluby, w parafii dotąd spokojnej i Bogu miłej zrobiło się istne piekło: wymysły, handel wiarą i czasem bluźnierstwa. (...) lud zmienił się nie do poznania: ze spokojnych parafian utworzyli się zacietrzewieni fanatycy, skaczący katolikom do oczu, gotowi bić się za swoją mateczkę”. Pomału też więcej mówili o niej, niż o swej prawdziwej Matce w ołtarzu, a inni wprost bluźnili, że mateczka”, a nie kto inny jest ich Orędowniczką na tym świecie. A szatan, co przemienił się akurat w puszczyka, siedział na drewnianej dzwonnicy, czuwał nad swoim dziełem, i śmiał się do rozpuku, drapiąc się kopytem za ucho. Prawowierni katolicy nieraz słyszeli ten śmiech i widzieli jak odlatał przy każdym dzwonieniu na mszę i przed każdym niebezpieczeństwem, przez księdza prawowiernego odprawianym.

Po około 10 latach zamieszania zainteresowani mariawityzmem parafianie wrócili do katolicyzmu. Było to możliwe dzięki wytężonej pracy Kapucynów z Łomży, którzy głosili kazania i prowadzili misje św. w parafii Dąbrówka. Lud padał na kolana, z gorącą skruchą i prosił o przebaczenie. ten i ów twierdził, że widział, jak z oczu M. Boskiej w obrazie trysnęły prawdziwe łzy. I dwie woskowe świece zgasły na ołtarzu same... Chociaż wierni powrócili na łono Kościoła rzymskokatolickiego, cuda już do parafii nie wróciły: zamarły (...) gdy z ust ludu padło pierwsze bluźnierstwo mariawickie. Epizod mariawityzmu w Dąbrówce dobiegł końca.

Wspomniane misje święte odgrywały ważną rolę w walce Kościoła katolickiego z sektą mariawicką. W parafiach zagrożonych mariawityzmem lub w już z nim walczących stawiano na ten rodzaj ewangelizacji, licząc, że różne nauki, kazania, pogłębione życie religijne, okazja do spowiedzi św. i komunii św. sprawią, że heretycy powrócą na łono Kościoła.


W 1907 r. w Kadzidle misje przeprowadzili ojcowie z Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka. Dysponujemy obszernym opisem tych wydarzeń, który koniecznie trzeba przywołać. Oddajmy więc głos misjonarzom: W miejscowości, zwanej Długikąt, a przynależnej do tego kościoła, utworzyło się jedno ze środowisk mankielniczych. Przebywa tam często były ksiądz a dziś odstępca: Żebrowski i zabija sumienie własne i tych biednych ludzi, których swemi heretyckiemi naukami bałamuci i od kościoła Bożego odwodzi. Ta agitacja mankietnicza w tym Długimkącie jest tak silna, że już prawie cała tamtejsza okolica odpadła od katolickiej wiary. Mają tamci odszczepieńcy swoją kaplicę, do której zmuszają chodzić nawet tych z pomiędzy miejscowych mieszkańców, którzy jeszcze wytrwali przy wierze. Rodzą się stąd zaciekłe nienawiści, prześladowania, nawet bójki. Ks. proboszcz Turowski nie wyczerpaną swoją słodyczą, dobrocią serca i tym duchem prawdziwie apostolskim, jaki go przenika, zdołał już bardzo wielu z tych uwiedzionych biedaków nawrócić, mimo to jednak jest jeszcze tych mankietników tutaj armia cała i dzięki Żebrowskiemu święci tu szatan niemałe tryumfy
.

Owo zakorzenione tu mankietnictwo było głównym powodem, dla którego w Kadzidle pragnął ks. proboszcz mieć misyę. Zaraz też na wstępie zapoznał nas ze złemi prądami, które mu nurtują parafię, abyśmy w tym kierunku przeciwdziałali naukami misyjnemi. Do tych wskazówek zastosowaliśmy się ściśle i treścią kazań stały się te prawdy wiary, które księża mankietniccy po heretycku przekręcają.

Szczególniejszej łasce Bożej zawdzięczamy i przypisujemy, że liche wysiłki nasze jakikolwiek wydały owoc. W te dni misyjne bardzo wielu takich, których Żebrowski obałamucił i oni sami już nie wiedzieli, czy są mankietnikami zupełnymi, czy jeszcze w nich coś z wiary katolickiej zostało, przystępywali tłumnie do spowiedzi i ze łzami wyrzekali się tych kozłowickich bałamuctw. Wszyscy kapłani traktowali ich z jak najdalej idącą łagodnością i wyrozumiałością, boć to rzecz dowiedziona, że miłością po Chrystusowemu pojętą najprędzej ich można nawrócić.

Od nawróconych odbieraliśmy ich odznaki mankietnicze, to jest: medaliki, po których się głównie poznają; szkaplerze szare i paski niby tercyarskie, w które księża mankietniccy swych adeptów przybierają, wmawiając w nich obłudnie i wykrętnie, że tym sposobem włączają ich do III Zakonu św. Franciszka, co jest kłamstwem wierutnem, bo do III Zakonu przyjmować nie mają prawa, a jeśli je mieli może niegdyś, to przez swą herezję i klątwę na nich rzuconą takowe utracili. W ogóle wytrącaliśmy z rąk ludu wszystko, co tylko od księży mankiet lliczych mieli, przyczep pokazało się, że mankiet nicy wydali własnym nakładem „Ćwiczenia czyli rekolekcje św. Ignacego”, lecz te poprzekręcali po swojemu i tekst sfałszowali, pozostawiając jednak dla omylenia maluczkich dawną ze starych wydań wziętą aprobatę biskupią. Te „Ćwiczenia” odbieraliśmy także.

Wielką w tej pracy i nawracaniu pomoc mieliśmy w czcigodnem duchowieństwie tej okolicy, które przybyło nader licznie i pracowało bez wytchnienia. Chociaż bowiem my misyonarze jak wszędzie tak i tutaj wszystek czas możliwie wolny spędzaliśmy w konfesyonałach, to jednak właściwie myśmy byli tymi, co na taczki ciężary kładli, a owi czcigodni współbracia znowu tymi, co te ciężkie taczki ciągnęli. Niechże im za to Pan Jezus zachowa na dzień zapłaty nagrodę Swą: pełną i obfitą.

A jednak mimo tak serdecznej pomocy i wytężonej pracy wyspowiadało się mało co więcej ponad 5400 ludzi. Winnych warunkach (gdzie nie ma mankietnictwa) byłoby się przy takim napływie księży i przypełnych ośmiu dniach misyi, dwakroć tyle wyspowiadało, tu było zbyt trudno, więc dzięki Bogu i za to. Przytem Żebrowski rezydował podczas misyi w swym Długimkącie i jakieś nadzwyczajne urządzał nabożeństwa, ludowi zbałamuconemu nie tylko groźnie zakazał iść na misyę, ale rozesłał całą sforę swych zaciekłych agitatorów na drogi, wiodące do Kadzidła, aby zawracać i nazad do domów. Wszystkie te sztuczki zawiodły jednak; co najwięcej wpłynęły na ludzi bardzo chwiejnej woli. Natomiast łaska Boża zapukała do serc nawet bardzo zakamieniałych mankietników, gdyż jak mi opowiadał ks. proboszcz, widział przy spowiedzi i komunii świętej takich nawet fanatycznych mankietników, w których nawrócenie sam już niemal zwątpił.

W niedzielę dnia 10 listopada przed samem południem odbyła się uroczystość ustawienia krzyża misyjnego. Naród był ogromny. W miejscu, gdzie krzyż miał stanąć, trzeba było wybrać dół niezwykle wielki. Wszystkie bowiem owe mankietnicze szkaplerze, paski, medaliki, książki, litanie do „najświętszej” Kozłowskiej (Boże odpuść!) i jej obrazki, a było tego tyle, że ledwie w półkoszki by się to zmieściło, zrzuciło się do tego dołu i dopiero na tych heretyckich znamionach swą świętą stopą stanął krzyż Pański. Stanął na tem i gniecie te odszczepieńcze znaki, aż je – da Bóg! Zgniecie tak, że zaginą.


Z „kozłowitami” na Kurpiach związana jest postać ks. Józefa Michnikowskiego, pracującego od 1896 r. w Płocku, następnie w kościele pobernardyńskim w Przasnyszu, wreszcie w Myszyńcu, a po latach i na probostwie w Kadzidle (1918–1921). Krótko po święceniach kapłańskich zetknął się z mariawityzmem i stał się członkiem nowej wspólnoty kapłanów. Kiedy zauważył zmiany w ruchu, wycofał się z niego. W 1906 r. napisał w „Miesięczniku Pasterskim Płockim”: Tak jest, niestety! Z bólem serca i wstydem wyznaję, żem przez 6 lat był wyznawcą potwornej nauki, szerzonej przez tych panów, która tyle zamętu sprawiła w Kościele św. i w całym kraju. (...) Zwracam się z gorącą prośbą do Was, uwiedzionych muliere insta dawnych towarzyszów moich, zaklinam na wszystko, co dotąd świętego i drogiego macie, za przykładem moim zwróćcie się z tej drogi, po której idziecie, przestrańcie szarpać piesci Tej Najdroższej, podwójnej naszej Matki Kościoła świętego i Ojczyzny - o spełnienie się mojej prośby gorąco błagam codziennie we mszy św.
ks. Józef Michnikowski, rektor kościoła filialnego w Czarnej w Puszczy Kurpiowskiej.


Mariawici pojawili się przed I wojną światową w dwóch graniczących z Kurpiowszczyzną parafiach w dekanacie przasnyskim - Przasnyszu i Krzynowłodze Małej. Brakuje o nich informacji, posiadamy jedynie dane liczbowe. W 1910 r. łącznie w dekanatach przasnyskim i ostrołęckim mariawici stanowili 3% wszystkich wyznawców.

Ciekawe jest to, że wyznawcy nowej nauki nie pojawili się w parafiach na wschodzie czy południu regionu kurpiowskiego, a jedynie na zachodzie. Czy miała na to wpływ bliskość Płocka? Raczej nie. Może ks. W. Żebrowski także tutaj prowadził działalność mariawicką? Krzynowłoga Mała i Przasnysz to niedległe Chorzelom parafie. Niemniej ilość mariawitów w tych trzech ośrodkach była symboliczna. Dla porównania dane zestawiono z informacjami na temat liczebności mariawitów w parafii Kadzidło. W okresie międzywojennym, opisywanym w dalszej części tekstu, nie notujemy już mariawitów w Chorzelach, Przasnyszu i Krzynowłodze Małej.




Poza tym ks. W. Żebrowski ok. 1908 r. robił starania o założenie w Parciakach [gm. Jednorożec - przyp. M.W.K.] marjawityzmu, ale Kurpie kozłowitom kościoła nie oddadzą. Drewnianą świątynię pochodzącą z XIX w. sprowadzono z Czarni, bowiem już od 2 lat trwała budowa nowej murowanej neogotyckiej, prowadzona przez wspomnianego ks. J. Michnikowskiego. Dekretem biskupa płockiego Antoniego Juliana Nowowiejskiego z dnia 15 VII 1907 r. w Parciakach został utworzony samodzielny ośrodek duszpasterski jako filia parafii Baranowo. Od 1912 r. Parciaki figurują w dokumentach jako parafia. Nigdy nie mieszkali tu mariawici, choć ks. Żebrowski, korzystając z bliskości Parciak i swojej dawnej placówki w Chorzelach, prowadził tu mariawicką misję. Nie przekonał jednak mieszkańców do nowego wyznania, określanego już wówczas jako sekta.

Mariawici a katolicy

Stosunek do mariawitów zmieniał się z upływem czasu. Początkowo wielu rzymskich katolickich nie widziało nic niewłaściwego w mariawityzmie i nowych świątyniach, jakie stawiano. Co więcej, niektórzy wierni w ogóle nie zauważali różnicy między kultem katolickim a mariawickim. Spora ilość wiernych, skuszona brakiem opłat pobieranych przez duchownych mariawickich za udzielanie sakramentów, brała śluby w kaplicy mariawickiej, nawet jeśli nie podzielała poglądów tej grupy wyznaniowej. 

Zdarzały się jednak wypadki ewidentnej wrogości. We „Wiadomościach Maryawickich” z 1910 r. czytamy, że historia mariawityzmu na Kurpiach to nieprzerwany szereg męczeństwa, jakie maryawici w tym ciemnym, zacofanym zakątku polskiej ziemi, ponoszą od swoich współbraci. Otóż mieszkający wraz z rodziną w Szafarni mariawita Józef Kaczyński stał się ofiarą przemocy ze strony sąsiadów, którzy, chcąc go zmusić do odstępstwa od Maryawityzmu, używali różnych sposobów, jakie im ich okrucieństwo i fanatyzm dyktowały. Wlewali Kaczyńskiemu naftę do studni, chcąc mu zatruć wodę, przewrócili mu obórkę, siedem razy wybili mu doszczętnie wszystkie szyby w oknach. Ostatni raz wybito nieszczęsnemu maryawicie okna w ubiegłym miesiącu lutym. Kaczyński wszystkie te gwałty znosił cierpliwie, a widząc że wprawianie szyb na niewiele się przydaje, zabił okna deskami. Lecz prawowierni rzymscy katolicy dopóty bili w zabite okna kamieniami, aż połamali wszystkie deski. Wprawdzie Kaczyński udawał się pod opiekę władz miejscowych, lecz wydelegowany na śledztwo strażnik nie mógł jakoś wpaść na ślad złoczyńców i przeszkodzić krzyczęcemu nadużyciu. Natomiast w 1912 r. podczas rekolekcji mariawickich w Długim Kącie W czasie jednej z nauk (...) w oknie kościelnem wybito nam szybę kamieniem, który wpadł do kościoła - relacjonowano w prasie wyznaniowej.


Po odrodzeniu Polski w 1918 r. sytuacja tej grupy pogorszyła się. Wypominano im działalność antypolską, co było związane z rzekomą carską opieką po ukazie tolerancyjnym przed I wojną światową. Było to myślenie niewłaściwe, bowiem dokument objął wszystkie mniejszości religijne i był spowodowany nie sympatią cara do mariawitów, a rewolucją lat 1905–1907 i jej zdobyczami.

Myślenie takie pojawiało się już wcześniej. Jako że w ówczesnej prasie popularne były przedruki artykułów z innych gazet, w tytułach płockich, zarówno świeckich, jak i religijnych, często pojawiały się teksty z rosyjskich gazet. W 1908 r. pismo rosyjskie „Nowoje Wremia” donosiło, że delegaci mariawiccy przyjechali do Petersburga w celu uzyskania praw i ulg dla swojego wyznania. Rozmowy prowadzono m.in. z premierem Rosji Piotrem Stołypinem. Z relacji wynikało, że prasa rosyjska popierała działalność mariawitów, że rząd wszelkiemi siłami powinien popierać tę sektę. Powielono nawet rewelacje o wychowaniu Kozłowskiej w rodzinie rosyjskiej, co nie było prawdą. Wszystko to służyło pokazaniu, że mariawicka sekta jest popierana przez część Rosjan - zaborców, wrogów pragnących wynarodowienia Polaków. Jednocześnie warto zauważyć, że „Mazur” przedrukował też tekst z rosyjskiej prasy, w którym sugerowano, że Kozłowska była córką powstańca styczniowego, nieznanego z imienia i nazwiska gajowego zabitego w 1863 r. Później jej matka została gospodynią rosyjskiego oficera. Takich sprzecznych informacji, docierających do czytelników, było wiele.

Niechętnie, często wrogo, odnosili się do mariawitów duchowni i niektórzy wierni katoliccy. Zwolenników Kozłowskiej nazywano „kozłowitami” lub „kozłami”, również heretykami, „herezjanami” albo „mankietnikami”. To ostatnie określenie wiązało się z tym, że duchowni mariawiccy jako symbol nieuchylania się od trudów pracy fizycznej zamiast białych nosili czarne mankiety koszul.

Wierni doceniali starania duchownych katolickich, by bronić parafian przed wpływami mariawickimi. W opisie wizytacji biskupa płockiego w Puszczy Kurpiowskiej w 1906 r. znajdujemy zapis dialogu pomiędzy korespondentem gazety „Mazur” a wiernym, spotkanym na szlaku biskupiego przejazdu. Ten ostatni tak mówił: Oj żeby nie nasze kochane ojczulki z Chorzel i z Kadzidła, to byśmy już dawno mankietnikami zostali, ale P. Bóg nas bronił. Ja to zaraz powiedziałem, że to musi być co niedobrego, bo do jakiejś tam niewiasty, co w Płocku mieszka, kazali się modlić, a i czytać gazet zabraniali. [„Mankietnicy” mieli nawoływać katolików do zaprzestania lektury czasopism takich jak „Zorza” czy „Gazeta Świąteczna” - przyp. M.W.K.] - A może i wy, ojcze, należeliście do nich? - O, niech mnie P. Bóg broni! Jak tylko nasze ojczulki zaczęli gadać, żeby Żebrowskiego nie słuchać, bo on od Biskupa i Ojca świętego się odłączył, to zaraz przestałem wierzyć Żebrowskiemu, a swojej żonce i dziewuchom zabroniłem tam chodzić. Brała i mnie coprawda ciekawość posłuchać, co też tamten mankietnik prawi, ale jak ludziska zaczęli gadać, że on strasznie bluźni na wszystkich ojców duchownych a nawet i Biskupów, tom od razu powiedział, że prawdziwie dobry i święty człowiek nigdy o innych źle nie gada, boć to przecie obmowa to grzech. Medalik M. Boskiej Nieustającej Pomocy to i ja miałem, bo żonka mnie przyniosła i powiedziała, że kto go będzie nosił, to zbawiony będzie napewno. Włożyłem to na siebie, ale później zaniosłem do naszego ojca duchownego, żeby mankietnikiem nie zostać. W chałupie mamy jeszcze taki obraz, to nam ojczulek powiedział, że możemy go w domu trzymać...

Jak relacjonowano w 1906 r., walka z mariawityzmem była łatwiejsza, jeśli wierni przestawali nosić wspomniane medaliki z wizerunkiem Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Dopóki lud nosił zewnętrzne oznaki herezyi, nawracanie szło żółwim krokiem. Dopiero, gdy udało się za pomocą kazań odebrać medale, herezya zaczęła topnieć jak śniegi wiosenne. Jest to szczegół bardzo pouczający, jak powierzchowną jest wiara ludu i jakiej pracy w nauczaniu potrzeba, aby ją pogłębić. Dlatego podczas wspomnianych wyżej misji św. tak bardzo kładzono nacisk na pozbycie się emblematów mariawickich.

Jednocześnie warto zaznaczyć, że taka działalność mariawitów podkreślała elementy religijności uznawane za specyficznie polskie - szczególnie kult Matki Bożej. Jego formy (medaliki, szkaplerze, upowszechnienie obrazu M. B. Nieustającej Pomocy) są typowe dla polskiej religijności, którą cechuje potrzeba uzewnętrznienia przeżycia religijnego. Poza tym nacisk na cześć dla Najświętszego Sakramentu, charakterystyczny w rycie mariawickim, był wyrazem ogólnej tendencji epoki. Koniec XIX w. to w Kościele polskim szczególne nasilenie kultu eucharystycznego.
Matka Boska Nieustającej Pomocy. Źródło.
W 1906 r. z Chorzel nadesłano do czasopisma „Mazur” list, który charakteryzuje stosunek rzymskich katolików do mariawitów. Warto przywołać go w obszernym cytacie: Wiadomo już powszechnie, a nad czem i przywódcy tak zwanych marjawitów czyli kozłowitów zaczynają biadować, że sprawy im jakoś się psują. Poczciwi ludziska nie chcą już więcej łapać za miłosierdzie apokaliptycznej niewiasty (Kozłowskiej). Zmądrzeli i za drogie wydają im się marjawickie nabożeństwa w postaci szarych szkaplerzy, bosych nóg, malowanych monstrancji. 

- Ba, mówił jeden ze zwolenników nowej wiary, ojce mówili, że wszystko za darmo, a tu raz po raz daj. Niby to dobrowolna ofiara, ale jak nie dasz, to ojciec takich strachów ci nagada, że podobne i głodnemu w nocy się nie przyśnią.

Podobne oskarżenia pojawiały się w czasopismie „Mazur”, wychodzącym w diecezji płockiej. Według listów nadesłanych przez czytelników mariawiccy kapłani mieli nie brać pieniędzy za posługę kapłańską, ale w rzeczywistości duchowny mankietnik nie bierze jawnie, ale bierze po kryjomu. To strasznie sprytny naród. Każą płacić różne składki bez liku. Starano się udowodnić, że mariawici pobierają znacznie więcej pieniędzy niż księża katolicy, są obłudni i chciwi.

Oddajmy ponownie głos korespodentowi z Chorzel: Otóż gdy tak sprawy nowego miłosierdzia (tak nazywają mariawici wiarę swoją) kiepsko idą, a zwolenników ubywa, ojcowie starają się sprawę zamalować i wmówić w nieznających istotnego stanu rzeczy, że wszystko idzie jaknajlepiej, że liczba zwolenników nowej, przez Kozłowską utworzonej wiary, się powiększa, że potrzeba coraz więcej kościołów, kaplic. 

(…) Chorzelacy są za mądrzy, żeby mieli awantury zwolennikom nowej wiary i ich prowodyrowi robić. Dobrze oni pojmują, że ten kto przystępuje do Zbichorowicza czy Żebrowskiego na litość zasługuje i raczej by do należało do szpitala odesłać, aby go na głowę wykurowano. (...) Jeśli ich jest tak dużo, że aż im kaplicę stawiać trzeba, o po co obawy? Jeśli już wszyscy do was należą, to przed kim się chronicie?... Ej, ej, ten kto broi, ten się boi… Wy widać broicie, kiedy się tak boicie. Niedarmo przysłowie uczy: „Na złodzieju czapka gore”. Potarzamy raz jeszcze, próżne strachy. Katolicy kijami, kosami, rewolwerami nie walczą. My przecie pamiętamy, że w Lesznie, Sobótce niekatolicy swych braci rżnęli; a w Radzyminie, w Kobylnikach, Smogorzewie nie katolicy w kościołach nagromadzili kosy, sztylety, kamienie, tabakę do zasypywania oczu. Nie nasza katolicka to broń, ale wasza. Nic dziwnego; jaka wiara, taka i ofiara. (...)

Ale gdy nas chorzelaków wstyd taki spotkał, musimy przecie wziąć się za ręce. Pokażemy Zbichorowiczowi, pokażemy i Żebrowskiemu, że się źle wybrali do nas. Może panować między nami to i owo. Możemy mieć rozmaite do siebie pretensje, jednak tak nisko jeszcześmy nie upadli, abyśmy ich judaszowy przykład naśladować mieli. Nie, ani Boga, ani świętej rzymskokatolickiej wiary się nie zaprzemy. Kościoła katolickiego nie zamienimy na sekciarskie kapliczki i pod komendę Kowalskiego, Kozłowskiej i ich wysłańców Żebrowskiego i Zbichorowicza nie pójdziemy. Tak nam, Panie Boże dopomóż.

Mariawici byli więc postrzegani przez mieszkańców Chorzel jak odszczepieńcy, często szaleńcy, którzy odwrócili się od Kościoła. W stosunku do nich należało zachować wspólny front i sprzeciwiać się zakusom sekty. W obliczu walki z nową nauką nawet miejscowi Żydzi solidaryzowali się z katolikami.

Podobne głosy odnajdujemy w czasopiśmie „Przegląd Polski” z 1906 r., gdzie o mariawitach pisano, że Są to wrogowie ludu polskiego, bo obałamucając go swoją niewątpliwą pracą, życzliwością, a nawet schlebianiem mu, wprowadzają jednocześnie w obłęd fanatyzmu religijnego, z którym w parze idzie ogłupienie, a nawet zdziczenie. Przekonywano, że nawet robotnicy mają podobne zdanie, czemu dawali wyraz w swojej prasie. Marjawici gwałcą przykazania Boże, bo nie każą miłować, lecz nienawidzić bliźniego. Przecież w Strykowie zabili aż nawet swoich bliźnich, w Lesznie pobili ich, a na Kurpiach (w parafji Kadzidło) grożą drągami niemarjawitom. Dla tych wszystkich względów występujemy przeciw nim.

Duchowni mariawiccy w opinii ich katolickich odpowiedników mieli prezentować niewłaściwy stosunek do władz II RP. Obrazuje to historia z 1924 r. Antoni Mąka, szeregowiec zapasowy (ur. 1902 r., zam. w Dąbrówce) chciał ożenić się z mariawitką Heleną Wiśniewską z Lelisa, ale nie posiadał zezwolenia odnośnych władz na zawarcie związku małżeńskiego. Dlatego po odmowie udzielenia sakramentu małżeństwa przez proboszcza parafii Kadzidło, ks. Klemensa Kulińskiego, petent zwrócił się do posługującego w kaplicy mariawickiej w Długim Kącie ks. Władysława Zbirochowicza. Ten ostatni, wedle pisma proboszcza parafii Dąbrówka ks. P. Kolatora z 13 IV 1924 r. do dziekana w Ostrołęce, bez żadnego zezwolenia władz wojskowych, chętnie mu ślubu udzielił w kaplicy marjawickiej w Długim-Kącie nadmieniając, że rząd dla tego ograniczył śluby wojskowych, aby nagnać sobie do kieszeni pieniędzy za udzielanie pozwoleń na zawieranie ich związków małżeńskich. Sprawa skończyła się postępowaniem sądowym. Ks. Zbichorowicz został oskarżony i przyznał się do zarzucanych mu czynów, argumentując, że nie wiedział o tym, że pan młody jest w wojsku. 

Małżeństwa udzielane przez duchownych mariawickich w Kościele rzymskokatolickim uważano za nieważne. Obrazuje to historia z 1929 r. Jak czytamy w piśmie proboszcza parafii Kadzidło ks. K. Kulińskiego do Kurii Diecezjalnej Łomżyńskiej (w 1925 r. powstała  diecezja łomżyńska, a parafię Kadzidło włączono w jej granice), stawił się Stanisław Mydłowski vel Mydło liczący lat 27, mieszkaniec wsi Jeglijowca parafii Kadzidło i oświadczył, co następuje: Przed czterema laty wziąłem ślub z Florentyną Dawidówną, mającą wówczas lat 36 w Długim Kącie wobec duchownego Kozłowity. Uczyniłem to z wyrachowania, namówiony, że tam ślubu dają darmo. W tym związku żyliśmy spokojnie, mniemając, że ślub nasz w ten sposób zawarty jest ważny i że tym postępkiem wiary katolickiej się nie wyrzekamy. W czasie kolędy tegorocznej Ksiądz Wikary dowiedziawszy się o tak zawartym naszym małżeństwie, wyjaśnił nam, że ono jest nieważne i że dziecka, którego się spodziewamy, nie ochrzci po katolicku, bo nie ma pewności, że ono po katolicku będzie wychowane i wreszcie, jeśli chcemy być w zgodzie z Katolickiem sumieniem, to koniecznie należy ślub odbyć w kościele katolickim i wszystko wypełnić, co władza kościelna zaleca. Posłuszni temu wezwaniu i uznając swoje błędy, pragniemy jak najrychlej naprawić swój lekkomyślny postępek i najpokorniej błagamy o dopełnienie nad nami koniecznych formalności prawnych, abyśmy oczyszczeni na sumieniu mogli otrzymać ślub w swoim parafialnym kościele oraz uprawnić swoje dzieci, zrodzonych w tem (…) małżeństwie.

Dla duchowieństwa katolickiego niepokojące było też wprowadzenie j. polskiego do liturgii mariawickiej. Obiektywnie mówiąc, był to przejaw zwycięstwa rodzimych tradycji i załamania się odgórnych tendencji idących po linii latynizacji kultu.

Niechęć do mariawitów trwała wiele lat. Henryk Gadomski (ur. 1939 w Tatarach par. Kadzidło, rzymski katolik), uczestnik wycieczki szkolnej z Tatar do Brzozówki, wspominał, że w 1947 r. po powrocie ze wsi, w której uczniowie odwiedzili mariawicki pusty kościół, matka skrzyczała mnie, żeby więcej tam nie chodzić. Wniosek: ludzie patrzyli na nich chyba z pogardą.

Każda ze stron, i katolicka, i mariawicka, w swoich relacjach przedstawiała się jako pokrzywdzona, oskarżając o całe zło antagonistę. Dlatego należy być ostrożnym w wysuwaniu wniosków i czytać źródła krytycznie. W tej chwili jednoznacznie nie da się określić, kto w tym sporze był ofiarą, a kto sprawcą. Na pewno mariawici byli mniejszością, traktowaną jako intruzi, przeciwstawiający się prawdziwej, rzymskokatolickiej wierze. Z drugiej jednak strony Michał Bogdański z Kadzidła, rozmawiając z informatorami, słyszał, że mariawitów chwaliło się za organizację życia religijnego, gdy brakowało wystarczającej ilości księży katolickich. Mieszkańcy wspominali również piękne hafty sióstr z Długiego Kątu. 

Okres międzywojenny
Spis powszechny z 1921 r. informuje o 71 wiernych przynależących do mariawickiej wspólnoty na Kurpiach. Natomiast wykaz parafii Katolickiego Kościoła Mariawitów podaje liczbę 315 wiernych. Dane te wydają się być zawyżone lub liczba oznacza ilość osób w różnym stopniu zainteresowanych mariawityzmem, niekoniecznie należących do parafii w Długim Kącie.




W okresie międzywojennym parafianie z Długiego Kąta postanowili uregulować stan prawny gruntu, na którym stał kościółek. W zarządzie parafialnym działali wówczas Aleksander Cichocki i Stanisław Puchalski. Podczas zebrania parafialnego 9 IV 1923 r., w którym uczestniczyło 216 osób na 260 mających prawo głosu, ustalono, że plac, na którym stoi kościół wraz z przyległym do niego ogrodem o powierzchni 1900 metrów kwadratowych, należy formalnie przenieść na własność parafii. Akcję sfinalizowano 10 VII 1924 r. w kancelarii notariusza Mariana Tymowskiego w Ostrołęce. Wartość własności oceniono na 200 zł.


Na początku lat trzydziestych XX w., pomimo tego, że w parafii mariawickiej w Długim Kącie mieszkał na stałe ks. Grzegorz Wojciech Czwarnóg, udzielający za darmo sakramentów, nastąpił duży odpływ wiernych. Jego skala była na tyle znacząca, że podczas zebrania wiernych 12 V 1932 r. postanowiono przenieść kościół do Brzozówki. Mieszkało tam bowiem więcej mariawitów, choć jeszcze w 1921 r. nie notowano tam żadnych członków tej grupy wyznaniowej. Zaplanowano sprzedaż placu, domu mieszkalnego na nim stojącego oraz zabudowań gospodarczych i ogrodu, w których gospodarzył proboszcz. Lokalizację świątyni zmieniono prawodpodobnie latem 1933 r. po nabyciu placu od Pawła Zaniewskiego. W listopadzie poprzedniego roku biskup Kościoła Starokatolickiego Mariawitów Roman Maria Próchniewski zgodził się, by posesję kościelną w Długim Kącie sprzedać. W maju 1933 r. została ona przekazana Józefowi Wiśniewskiemu z Lelisa, zastrzegając, że nie będzie rościł żadnych pretensji z tytułu poniesionych kosztów przez niego na przebudowę Kościoła Marjawickiego ze wsi Długi Kąt do wsi Brzozówka.

Do budowy świątyni w Brzozówce użyto materiałów z domu przekazanego przez Mariannę Chrostek z Długiego Kąta - prawdopodobnie uzupełniono nimi uszkodzone miejsca. M. Mielnicki wspominał: Jak zmarła matka Marianny Chrostek (obie mariawitki), to ten dom po matce w Długim Kącie przekazała mariawitom. Dom rozebrany i przywieziony do Brzozówki. Marcin Zaniewski z Brzozówki (właściciel placu) - to ona jemu przekazała ten dom. Możliwe, że kościół z Długiego Kąta i ten dom złączono i zbudowano kościół. (...) Marianna Chrostek chciała oddać swój majątek w Brzozówce mariawitom, że ją „oprawią w ramki”, będą koło niej chodzić. Ale się dowiedziała o jednej kobiecie z Golanki, która oddała majątek mariawitom, a potem wyjechała do Płocka i tam musiała pracować, nie „została w ramkach”. (...)

Krótko później odbyło się pierwsze zebranie parafialne w nowym miejscu - 10 X 1933 r. stawili się wszyscy uprawnieni do głosowania (34 osoby) pod przewodnictwem byłego bpa Wacława Bartłomieja Przysieckiego. Jednogłośnie ustalono, że proboszczem będzie kapłan Jan Polikarp Adamiec. Na członków zarządu parafialnego wybrano Aleksandra Cichockiego z Tatar i Marcina Zaniewskiego z Brzozówki. Ich zastępcami byli: Józef Osowiecki z Tatar i Augustyn Serowik z Brzozówki.

Zmiana lokalizacji kościoła nieco ożywiła działalność mariawitów na Kurpiach, ale na krótko. W samej Brzozówce mieszkało ok. 20 osób uczęszczających do mariawickiej świątyni. Pozostali przychodzili na nabożeństwa z Tatar, Kadzidła, Lelisa, Gibałki i Szafarni.

W roku 1935 notujemy pewne problemy wiernych mariawickich w Brzozówce. Władze wojewódzkie w Białymstoku informowały, że ks. Adamiec nie został zatwierdzony jako proboszcz parafii kadzidłowskiej, co skutkowało unieważnieniem wszystkich uchwał podejmowanych przez mieszkańców pod jego kierownictwem.

W 1932 r. jako mariawici deklarowało się 46 osób mieszkających w 6 wsiach. W całej parafii Kadzidło mieszkało wówczas 9743 osób. Gros mieszkańców regionu stanowili  więc katolicy, co sprawiało, że pojawiał się nacisk na mariawitów. Część zdecydowała się powrócić na łono Kościoła katolickiego. Dane świadczą o stopniowym zmniejszaniu się wspólnoty mariawickiej. Według akt wizytacji kanonicznych liczba mariawitów w parafii Kadzidło wynosiła w 1935 r. – 10 osób, 1936 r. – 7 osób, 1937 r. – 6 osób. Jednak liczba katolików opuszczających komunię świętą wielkanocną wedle statystyk parafialnych była wyższa (odpowiednio 45, 37 i 8 osób), co może oznaczać, że część zwolenników mariawityzmu nie ujawniała się. Nie zmienia to jednak ogólnej tendencji powrotu wiernych do katolicyzmu.

Przed wojną do Brzozówki przybyła siostra kapłanka, która zamieszkała w mieszkaniu kościelnym. J. Mirończuk nie ustalił jednoznacznie personaliów tej osoby, ale podejrzewać można, że była to Janina Maria Natanaela Maciejewska (proboszcz w parafii Radzymin w pow. płońskim) lub, co bardziej prawdopodobne, Janina Maria Agneta Szymczakówna (wikariusz tejże parafii). Spełniała posługi religijne dla zaledwie garstki osób, nie pobierając za nie opłat. W tym czasie jeszcze chowano zmarłych mariawitów na cmentarzu przy drodze do Tatar. Aby się utrzymać, kapłanka wykonywała prace fizyczne u miejscowych gospodarzy, m.in. Zaniewskiego, właściciela placu, na którym stał kościół. Zbierała u niego kartofle. Zaniewski z kolei pełnił funkcję kościelnego. Komunikanty były wypiekane na miejscu, w wafelnicy.

Niemcy w Brzozówce, 1939-1945. Źródło.
Po II wojnie światowej
Mariawici działali na Kurpiach jeszcze przez krótki czas. W styczniu 1945 r., kiedy Armia Czerwona „wyzwoliła” ten teren, sytuacja się zmieniła. M. Mielnicki wspominał, że kobieta ksiądz z Brzozówki została zgwałcona. Po urodzeniu chłopca wyjechała ze wsi, ale na pewno nie do Płocka, jak twierdził, bowiem mający tam swoją siedzibę Kościół Starokatolicki Mariawitów po rozłamie wewnątrz ruchu mariawickiego w 1935 r. nie uznawał kapłaństwa kobiet.

Po wojnie mariawitów łącznie z mieszkańcami Brzozówki mogło być ok. 20. Wiemy na pewno o 7 osobach, które się zadeklarowały jako mariawici, ale pozostali mogli tego nie uczynić z obawy przed prześladowaniami, jako mniej gorliwi lub z innych poowdów. Wszyscy mariawici z parafii kadzidlańskiej byli osobami w podeszłym wieku, niechętnie ujawniającymi swoje przekonania religijne. W kolejnych latach dwie rodziny z Tatar miały pochodzenie „heretyckie”, ale mimo tego uczęszczały do kościoła w Kadzidle. Obowiązki proboszcza w mariawickiej parafii po wojnie pełnił ks. Wiktor Rzysko z Radzyminka (pow. płoński).

Już we wrześniu 1946 r. w budynku kościelnym w Brzozówce ulokowano szkołę podstawową. M. Mielnicki wspominał, że W mieszkaniu kościelnym (kuchnia i pokoik) mieszkała nauczycielka, wcześniej mieszkała tam ksiądz. W kościele zaś wisiał jeden obraz maryjny.

W 1948 r. budynek dawnego kościoła mariawitów w Brzozówce został rozebrany. Materiały zawieziono do Dąbrówki, gdzie miała stanąć świetlica. Henryk Gadomski wspominał, że ostatecznie jej nie zbudowano. Drzewo pogniło i nic nie zostało.

Właściciel placu, w którym stał kościół w Brzozówce, oddał do Kadzidła dzwon używany dotąd w świątyni mariawickiej. Wykorzystano go na sygnaturce. Mężczyzna przekazał parafii kadzidlańskiej wszelkie materialne pozostałości po mariawitach, m.in. komże czy wafelnicę.

Dawni wyznawcy mariawityzmu po śmierci byli chowani na cmentarzu katolickim w Kadzidle. Jak wspominał M. Mielnicki, gdy wspomniana wyżej Marianna Chrostek zmarła w 1968 r., została pochowana za wydzielonym miejscem, za rowem. Było to miejsce niepoświęcone, przeznaczone dla dzieci nieochrzczonych i samobójców. Chowano tam też mariawitów, np. zmarłego w 1962 r. Marcina Zaniewskiego. Obecnie rowu nie ma i grzebani są tam katolicy.

Podobno w okresie PRL zdarzały się, wedle informacji od rozmówczyni M. Bogdańskiego, „wycieczki z Kadzidła w celu szykanowania mariawitów (?)”, co wydaje się mało prawodopobne, bo ich już tam nie było, ale wyraża niechętny stosunek do tej grupy wyznaniowej.

Co pozostało po kurpiowskich mariawitach?
Do dzisiaj na Kurpiach pamięta się o mariawitach. Wspomnienia te to strzępki obrazów z przeszłości, dotyczące niepokojów związanych z działalnością mariawitów czy gorliwości duchownych. Pojawiają się pozytywne głosy, ale jednocześnie wiele źrodeł świadczy o negatywnym stosunku katolików do mariawitów jako sekty.

Podobno do tej pory w Brzozówce w miejscu, w którym stał mariawicki kościół, pozostały fundamenty. Po rozebraniu świątyni niektóre przedmioty wzięli do domów wierni mariawiccy. Zbigniew Kaliszewski wspominał (na podstawie relacji ojca, mieszkańca Dylewa), że w latach pięćdziesiątych w obejściu Zaniewskich w Brzozówce leżały pozostałości z kościoła: deski, dachówki i fundamenty. Na strychu w domu Zaniewskich jeszcze w latach osiemdziesiątych znajdowały się obrazy zabrane z kościoła, dość duży drewniany krzyż i mała trumienka, w której przechowywano... sól.

Materialną pozostałością po mariawitach na Kurpiach jest cmentarz w Długim Kącie. Znajduje się przy drodze do wsi Tatary. Powstał w 1907 r. i funkcjonował do 1945 r. Pochowano tu ok. 100 osób. Po wojnie zasadzono tu las.

W 2006 r. młodzież z Publicznego Gimnazjum im. Aleksandra „Wilka” Krzyżanowskiego w Kadzidle wyremontowała cmentarz mariawitów w Długim Kącie. Kwotę 2 tys. zł na ten cel udało się pozyskać z realizowanego w Myszyńcu programu Pracowni Umiejętności. Cmentarz otwarto uroczyście w sierpniu 2006 r. w 100-lecie istnienia mariawitów w Polsce. Ustawiono wówczas bramę z tablicą, na której zamieszczono napis informujący o parafii mariawickiej, streszczający historię nekropolii oraz upamiętniający prace porządkowe.
Źródło.


Źródło.

Fot. z 2009 r. Źródło.

Fot. z 2009 r. Źródło.

Źródło.

Z czasem nekropolia zaczęła popadać w ruinę. Obecnie brama jest przewrócona. Widoczne są nadal nagrobki. Niestety miejsce jest zaniedbane, coraz trudniej rozpoznać zarysy grobów i rów otaczający cmentarz. Pomimo tego co roku ktoś stawia tu znicze w Dniu Zadusznym. 
Fot. M. Tomczak, 2018 r.

Fot. M. Tomczak, 2018 r.

Fot. M. Tomczak, 2018 r.


Fot. M. Tomczak, 2018 r.


Fot. M. Tomczak, 2018 r.


Fot. M. Tomczak, 2018 r.


Fot. M. Tomczak, 2018 r.

Po mariawitach została też legenda, która wykorzystuje elementy z przedstawionej wyżej historii, ale dość swobodnie miesza fakty. Jest jednak wyrazem odczuć, jakie żywili mieszkańcy tego terenu w stosunku do opisywanej grupy - ciekawość, niepokój, niezrozumienie, ale także wrogość.

Dawno temu, choć nie tak dawno, by nie mogli tego pamiętać najstarsi mieszkańcy; daleko, ale jeden dzień drogi wystarczy, aby tam dotrzeć, na skraju puszczy leży wieś zwana Długim Kątem. Piękna to kiedyś była okolica, zwierząt tam wówczas mieszkało więcej niż ludzi, a były one rozmaite. Spotkać można było maleńką jaszczurkę, zwinną sarenkę, chytrego lisa i wielkiego niedźwiedzia. A ileż rozmaitych różnorodnych roślin, ile grzybów i jagód!

W tym, wspaniałym, choć trochę dzikim miejscu, ludzie, borykając się z codzienną rzeczywistością, mieli tylko jedno marzenie – mieć swój kościół ze swoim księdzem. Pragnęli, aby w środku ich wioski stanęła chociaż mała kaplica.

Gdy nadeszła zima, prac w gospodarstwie niewiele, zaczęli schodzić się w jednym z domów, by porozmawiać, pożartować, pośpiewać, potańczyć i pośmiać się. Podczas jednego z takich wieczorów postanowili, że sami zbudują kościółek, przecież drzew wokół w puszczy jest tak dużo. Wraz z wiosną zabrali się do pracy: wykarczowali spory kawał lasu, obrabiali drzewo, przygotowywali miejsce pod budowę. Udział w pracach brała cała wieś, robił każdy to, co mógł i umaił, nawet dzieci. Na jesieni kościół był gotowy. Piękny, bo budowany z wielką pasją, dopracowany w każdym szczególe. Kobiety wyczyściły każdy kąt, przyniosły z domów święte obrazki, do każdego ołtarzyka uplotły nowe kwiaty. Raz na tydzień przyjeżdżał ksiądz z Kadzidła, a wtedy kaplica wypełniała się po brzegi.

Szczęśliwy był to czas dla Piskorzy, bo tak zwani byli mieszkańcy tej osady, ze względu na wielką ilość ryb w pobliskiej Rozodze. Ludzie byli wówczas dla siebie dobrzy i mili. Nawzajem sobie pomagali – stanowili jedną, wielką rodzinę. Jednak przyszła wojna, ksiądz przestał przyjeżdżać, a mieszkańcy wiosek swój kościółek mogli odwiedzać tylko po kryjomu – modlili się i dbali o czystość.

W tym czasie do opuszczonego przez katolickiego księdza kościoła przybyli jacyś dziwni ludzie. Większość stanowiły kobiety ubrane w czarne, długie suknie. Rozgościli się w małej drewnianej szopce obok kaplicy. W ciągu dnia widać było, jak próbowali się urządzać, a wieczorem, przechodząc obok tej wiejskiej świątyni, można było zobaczyć jakieś przedziwne obrzędy, usłyszeć niezrozumiałe dla prostych ludzi modły. 

Gdy któregoś dnia Piskorzanki podpatrzyły przez okno to, co działo się w kościółku, wielce się zdumiały. Za stołem ofiarnym stały kobiety, do „dziwnej mszy” służyły również kobiety! Na ołtarzu wisiał obraz, niczym Matki Boskiej, ale jakiś inny… Przerażone uciekły, nawet się nie oglądając. Ludzie zaczęli się buntować, jak to możliwe, aby w ich wiosce działy się takie herezje. Długo się zbierali na odwagę, by coś zrobić z nieproszonymi gośćmi – parę lat czekali i znosili „dziwne rządy”. Mariawici, gdyż tak się nazywali przybysze, prowadzili względnie normalne życie w swoim gronie, w swoich rodzinach, gdyż jak się później dowiedziano, zakon ten nie przestrzegał celibatu. Chowali nawet swoich zmarłych w lesie przy drodze na Tatary. 

Pewnego dnia zebrali w sobie tyle odwagi, by pójść do swojej kaplicy. Najśmielsza z Piskorzanek oświadczyła dziwnym kapłankom, że mieszkańcy wsi nie zgadzają się na ich obecność, na odprawiane przez nich nabożeństwa, iż się boją, by na wieś nie spadło jakieś nieszczęście. Kapłanki z tajemniczego zgromadzenia spokojnym głosem odparły, że ich zakon, który założyła na przełomie wieków Franciszka Kozłowska, pozwala na to, by msze sprawowały kobiety, a ten tajemniczy obraz na ołtarzu to Matka Boska Kozłowska, słynąca łaskami na Zachodzie, czczą ją również na Pomorzu, i że one są jej czcicielkami. Stwierdziły, że nic nie chcą od mieszkańców, gdyż są Siostrami Ubogimi Św. Klary, naśladują życie Maryi – stąd nazwa ich zgromadzenia. Poza tym zaproponowały, aby mieszkańcy wsi również zaczęli ją wielbić, gdyż czyni cuda. Jednak mieszkańcy Długiego Kątu nie chcieli słuchać wyjaśnień i propozycji mniszek. Wszyscy zaczęli krzyczeć, by pakowały swoje rzeczy, mają już dość ich obecności i niech wynoszą się gdzie indziej odprawiać swoje herezje. Wyzwiska i obelgi były tak dobitne, że kapłanki głosem budzącym trwogę odrzekły, że wyprowadzą się, lecz ten kościół również i im służył nie będzie, zapamiętają na długo swoją niegościnność. Piskorze nie od razu zrozumieli tą swoistą klątwę, cieszyli się tylko, gdy widzieli „herezjan” z torbami zmierzających gościńcem w kierunku Lelisa. Do dziś podobno żyją gdzieś pod Płockiem. 

Po tej wyprowadzce nastał we wsi względny spokój, jednak nikt nie mógł się odważyć, by pójść do kaplicy. Gdy po jakimś czasie strach zmalał i poszli sprzątnąć, zdumieli się bardzo. Wnętrze wyglądało, jakby nie było używany przez dwieście lat, wszystko było w fatalnym stanie, a po podłodze biegały myszy. Mieszkańcy wioski przerazili się, jednak kobiety postanowiły posprzątać kościółek. Wtedy zaczęły dziać się dziwne rzeczy… 

Na skraju wsi, gdzie stała maleńka kapliczka, w której można było schronić się przed burzą, zaczął obniżać się grunt. Zapadły się w ziemię krzaki, drzewa, a także owa kapliczka. Ludność wioski próbowała ratować to miejsce, przywożąc na wozach piach, jednak gdy nogi grzęzły w miękkiej ziemi, zrezygnowali. Na ich oczach kapliczka znikła. Porządku w kościele wciąż nie można było zrobić, cały czas coś się psuło, ginęło, ludzie chorowali. 

Po kilku tygodniach mieszkańcy mieli dość, pojęli to, co odchodząc życzyły im tajemnicze kapłanki. Po rozmowach wspólnie stwierdzili, że rozbiorą przeklęty kościółek, a w przyszłości zbudują drugi. Drzewo z rozbiórki podzielili między siebie i wykorzystali do budowy domów, stodół i innych budynków. Jak do tej pory drugiej kaplicy nie ma, a mieszkańcy Długiego Kąta na niedzielne nabożeństwa jeżdżą do Kadzidła lub Lelisa. 

Po uprzątnięciu placu ludzie, których męczyły tajemnicze choroby, wyzdrowieli, a przez miejsce, gdzie zapadła się kapliczka, przeszły trąby powietrzne, które osuszyły trochę ziemię. Mieszkańcy stwierdzili, że to diabeł ogonem zakręcił i zakończył całą sprawę. Do dziś na tamtym miejscu nic się nie buduje, nic się nie uprawia, zostałą tylko nazwa – Bagienko i mały żeliwny krzyż przypominający o dawnych wydarzeniach. Śladem dawnej obecności tajemniczych Mariawitek jest maleńki cmentarzyk w lesie za wsią, jednak dziś mało kto pamięta, czyje szczątki są tam pochowane.

Emblemat mariawicki. Źródło.
Podsumowanie
Jak podsumował J. Mirończuk, „40-letnie dzieje mariawityzmu na Kurpiowszczyźnie obfitowały w dramatyczne wydarzenia. Początkowo wydawało się, że nowe wyznanie ma spore szanse rozwoju - ze względu na atrakcyjność posług religijnych, a także duże zaangażowanie kapłanów. Okazało się jednak, że umiejętne działania ks. Turowskiego, proboszcza z Kadzidła, a także jego następców zahamowały ruch. Zbliżone do katolickich obrzędy religijne mariawitów okazały się ostatecznie słabą stroną nowego wyznania. Gdy minął pierwszy entuzjazm nowo nawróconych, stopniowe szykanowanie topniejącej garstki mariawitów prowadziło do ich całkowitego zniknięcia”.

Chociaż w okresie maksymalnej liczebności mariawitów na Kurpiach grupa ta nie przekroczyła poziomu 0,1% mieszkańców guberni łomżyńskiej i płockiej, więc była marginalnym zjawiskiem, to warto przypomnieć ten fragment historii - trudnej, bo mówiącej wiele o nas samych jako ludziach, ale fascynującej.

Dziękuję Łukaszowi Gutowi, Marcinowi Tomczakowi i Zbigniewowi Kaliszewskiemu za pomoc w przygotowaniu tego wpisu. Będę go rozszerzać o źródła, szczególnie prasowe, które jeszcze na pewno odnajdę.

Jeśli słyszeliście kiedykolwiek o mariawitach w kurpiowskich wioskach, posiadacie jakieś informacje, zdjęcia, cokolwiek, co dotyczy tego tematu, będę wdzięczna za kontakt - komentujcie, udostępniajcie, piszcie!



Bibliografia: 
I. Źródła: 
Archiwalia: 
Archiwum Diecezjalne w Płocku: 
Akta parafii Chorzele, Rozporządzenia władz duchownych z lat 1899–1905, sygn. 6. 

Źródła wydane:

Prasa: 
Chętnik A., Z Zielonej Puszczy, „Ziemia”, 5 (1914), 10, 151–154;
Dawny, Pseudomarjawici, ich początek i odstępstwo od Kościoła, „Miesięcznik Pasterski Płocki”, 1 (1906), 1, s. 18–32;
Kaczyński P., Nasza pobożność, „Zaranie”, 4 (1913), 41, s. 1065–1066;
Kurp, Jednorożec w Przasnyskim, „Głos Płocki”, 7 (1914), 58 (661), s. 3; 
List otwarty byłego „Marjawity” ks. Józefa Michnikowskiego, „Miesięcznik Pasterski Płocki”, 1 (1906), 2, s. 69–70; 
Puszczanin, Z Puszczy Kurpiowskiej, „Mazur”, 1 (1906), 8, s. 90; 
Serejko Z., List otwarty, „Miesięcznik Pasterski Płocki”, 1 (1906), 6, s. 171–172; 
S. L., Z Kadzidła, „Mazur”, 1 (1906), 5, s. 51; 
Statystyka Marjawitów w Djecezji Płockiej, „Miesięcznik Pasterski Płocki”, 4 (1909), 12, s. 332; 
Statystyka Marjawitów w Djecezji Płockiej, „Miesięcznik Pasterski Płocki”, 5 (1910), 12, s. 375; 
Quo, Z Kadzidła, „Mazur”, 1 (1906), 1, s. 9; 
Wizyta pasterska dokonana roku P. 1906 od d. 18 kwietnia do d. 29 maja w Dekanach Ciechanowskim, Przasnyskim i Ostrołęckim, „Miesięcznik Pasterski Płocki”, 1 (1906), 5, s. 132–142; 
Wspomnienia z wizyty pasterskiej odbytej w kwietniu i maju roku bieżącego przez J.E. Najdostojniejszego Pasterza Dyecezji Płockiej, „Mazur”, 1 (1906), 28, s. 320; tamże, 29; 30, s. 342–343; tamże, 34, s. 394; 
X., Z Puszczy Kurpiowskiej, „Głos Płocki”, 1 (1908), 2, s. 4; 
Z Chorzel, „Mazur”, 1 (1906), 32, s. 295; 

Wspomnienia: 
E. Kłoczowski, Wspomnienia mazowieckiego ziemianina z lat 1897–1951, red. A.K.F. Wołosz, Ciechanów 2006. 

Relacje pisane: 
Relacja Zbigniewa Kaliszewskiego z Ostrowi Mazowieckiej, pochodzącego z Dylewa. 

II. Opracowania: 
Chętnik A., Dąbrówka. Kościół i parafia w powiecie ostrołęckim, Nowogród 1937;
Grzybowski M.M., Proboszczowie kadzidlańscy od 1780 do 2011 roku, [w:] Dzieje parafii i kościoła pod wezwaniem Ducha Świętego w Kadzidle, red. M. Przytocka, Kadzidło 2012, s. 297–315;
Legenda o tajemniczym kościele, [w:] Legendy i podania Kurpiów, wybór i red. I. Choroszewska-Zyśk, M. Samsel, M. Grzyb, wyd. 2, Ostrołęka 2016, s. 174–176;
Mirończuk J., Mniejszości wyznaniowe chrześcijańskie w Ostrołęce i powiecie ostrołęckim (od schyłku XVIII w. do współczesności), Ostrołęka 2007;
Pajka S., Dylewo dawniej i dziś, . Zapiski o rodzinnej wsi, Dylewo 2012;
Przytocka M., Parafia kadzidlańska od 1740 do 2011 roku, [w:] Dzieje parafii i kościoła pod wezwaniem Ducha Świętego w Kadzidle, red. taż, Kadzidło 2012, s. 123–139;



Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz