31 sierpnia 2019

80 LAT TEMU... Lato i jesień 1939 r. we wspomnieniach mieszkańców pow. przasnyskiego


Osiemdziesiąt lat temu świat się zatrzymał, a pewna epoka się skończyła. Chcę dzisiejszym wpisem ukazać Wam atmosferę lata 1939 r. oraz pierwsze miesiące wojny. Posłużą do tego wspomnienia mieszkańców gm. Chorzele i Jednorożec oraz Przasnysza. Wybrałam takie teksty, by ukazać perspektywę osób pochodzących z różnych środowisk, które w 1939 r. były w różnym wieku. Zwróćcie też uwagę na stan świadomości sytuacji w zależności od pochodzenia społecznego i wieku, a także na różnice perspektywy kobiecej i męskiej. Każdy z pamiętnikarzy i informatorów zwraca uwagę na coś innego. Zapraszam do lektury.





1. Ziemianin z Bogdan Wielkich
Eugeniusz Kłoczowski (1897-1985) w 1939 r. gospodarował na majątku w Bogdanach Wielkich. Wykształcony w kierunku rolniczym, prowadził prace nad uszlachetnianiem ziemniaka i jęczmienia, działał w związkach i towarzystwach rolniczych, a także organizacjach społeczno-religijnych. Pisał artykuły na aktualne tematy, był współpracownikiem "Hasła Katolickiego", pisma Akcji Katolickiej w diecezji płockiej, oraz "Gazety Rolniczej". Od 1936 r. był zastępcą redaktora naczelnego czasopisma. Wspomnienia spisał po latach.


U nas pod Chorzelami atmosfera stawała się coraz bardziej nerwowa, głównie dzięki Żydom, którzy mając swoją własna "pocztę pantoflową", reagowali najczulej na wzmaganie i osłabianie się pogłosek o wojnie. Ogólnie biorąc skupowali oni zboże tylko loco wagon, sami swoje zapasy -wszystkie wywozili w głąb kraju. Stacja Chorzele pełna była wagonów i ludzi ładujących różne towary i zboże chorzelskie - Żydów. (...)


W sobotę 19 sierpnia było w zebranie ostatnie Przasnyskiego Koła Porad Sąsiedzkich, odbyte jeszcze w nastroju optymistycznym. (...) Kochani sąsiedzi radzili o moim gospodarstwie tak, jakbym miał jeszcze przed sobą 100 lat gospodarowania. (...) Później, w pewnej chwili ciszy, pan Żórawski odezwał się: 

- Tak nam tu cicho, przytulnie, dobrze, oddychamy pełną piersią spokojem wsi, spokojem naszego gospodarza i naszym. Kto wie, czy za godzinę lub kilka cały ten spokój nie pryśnie, przemieniając się w straszliwy chaos. Co tu kryć, do nas tu nad granicę Niemcy na pewno wkroczą, a spodziewać się można po nich tylko wiele złego. Ano, jeszcze godzina, dwie, zanim się rozjedziemy - będziemy weseli, panowie, póki złe moce nas nie duszą. 

(...) Byliśmy wewnętrznie gotowi do ofiar, jakich wymaga wojna, w głowie nam nie postało, że do rzędu tych ofiar wejdzie pełna rezygnacja z naszego dotychczasowego sposobu życia, całkowite wyrwanie ze środowiska socjalnego, w którym korzeniami tkwili od wieków nasi ojcowie. (...)

Ostatni tydzień przed wrześniem przebiegał w podnieceniu. Zaczęły się kręcić po drogach jakieś oddziałki saperów wzywały ludzi do pomocy przy kopaniu przeszkód na drogach. W Bogdanach przekopali tylko gościniec na Mławę i Dzierzgowo na początku długiej olszyny. Rów byt głęboki i szeroki, ludzie musieli objeżdżać polem - niemieckie czołgi pewnie tu nie jechały, ale gdyby droga im tędy wypadła, też przejechałyby polem jeszcze łatwiej niż chłopska furmanka. (...) 

Z Rycic [dziedzice Dębscy - przyp. M.W.K.] postanowili część cenniejszych rzeczy przewieźć do Warszawy jakimś samochodem ciężarowym. Daliśmy na tę ciężarówkę nasze srebra, trochę obrazów malowania babci, które miały być i tak w naszym zamówionym już mieszkaniu przy Odyńca 19, i coś tam jeszcze z cenniejszych rzeczy. Wszystko to szczęśliwie doszło do Warszawy i na ulicę Odyńca, gdzie było złożone w piwnicy. Niestety, dom spalił się zaraz we wrześniu i mało z naszych rzeczy ocalało. 

Omłóciliśmy właśnie mak i kilkanaście kwintali maku, który byt suchy. wysłałem do Warszawy do firmy Fijałkowski, chociaż nie byt sprzedany Jeżeli coś ze zboża ktoś jeszcze chciał kupić, to młóciłem i sprzedawałem. W żadnej mierze nie zaniedbywałem jednak upraw pod oziminy. (...)

Eugeniusz Kłoczowski w mundurze wojskowym Legii Akademickiej. Zbiory rodziny Kłoczowskich. Źródło.

30 sierpnia 1939 r. sołtys przyniósł Kłoczowskiemu rozkaz mobilizacyjny. Napotkany por. Michał Bojanowski z Chojnowa zalecał, aby cała rodzina wyjechała choć o kilka mil od granicy, bo tu wpaść mogą Niemcy, a 11 Pułk Ułanów nie będzie ich zatrzymywał, ale cofać się będzie, opóźniając tylko ich pochód. (...) Przy śniadaniu u księdza postanowiliśmy, że Irka [żona dziedzica - przyp. M.W.K.] z dziećmi, Dudkiem [opiekunka dzieci Kłoczowski - przyp. M.W.K.] i Jadzią od Andrzeja, wyjedzie jutro rano kierując się w Płońskie, do Pilichowa Zygmuntów Cichowskich. Jednocześnie gmina zarządziła właśnie ewakuację wszystkiego bydła i ludzi w kierunku na Opinogórę, gdzie miał być etap czy może i koniec ucieczki. Zanosiło się więc na rzucenie wszystkiego i ucieczkę w dal. (...)

Eugeniusz Kłoczowski stawił się w Pułtusku w celu realizacji wezwania mobilizacyjnego. Napotkał na trudności (błędy w dokumentach), choć - pomimo przepukliny i kategorii C - myślał nad zaciągnięciem się jako ochotnik, ale takich nie przyjmowano. W mieście Na ulicach panowało jakieś podekscytowanie, którego przyczyny nie rozumiałem. (...)

Po uzyskaniu w Ciechanowie informacji, że jego karta mobilizacyjna została wysłana omyłkowo, Kłoczowski wrócił do Bogdan Wielkich. Spotkał Szczypińskiego z Chorzel i razem wyruszyli na piechotę. Armaty waliły gdzieś, jak się zdawało, na seborskich górach, zapewne zaczynało się natarcie Niemców na Rzęgnowo, mające na celu zagrożenie z prawej strony naszym wojskom, broniącym się w rejonie Mławy. Za miastem dodał nam ducha oddział zgrabnych małych tankietek, które jechały zdaje się w stronę Gruduska. Szliśmy raźno pod Przasnysz, myśląc, że może nasze rodziny są tam jeszcze. 

(...) Dopiero chyba ze 12 kilometrów za Ciechanowem zobaczyliśmy niekończący się szereg wozów, bydła i ludzi płynący od Przasnysza i skręcający boczną drogą ku Opinogórze. Okropnie wyglądała ta ucieczka już w jej pierwszym dniu - płacz, krzyki, wymysły, ryki bydła i wszystko nie organizowane przez żadną władzę, nie pilnowane przez policję. Władzy i policji już nie było, ludzie szli ze strachu niby do tej Opinogóry, ale po co i z jakim dalszym planem - nikt nie wiedział. Od jadących słyszymy, że Przasnysz będzie lada chwila zajęty przez Niemców, że stamtąd już prawie wszystko uciekło. 

Nie ma widoków, aby nasi byli w Przasnyszu. Postanowiliśmy iść razem z prądem ludzkim ku Opinogórze. Tam dopiero zobaczyliśmy zbiorowisko ludzi i zwierząt, jak morze zalewające pola i park koło zamku Krasińskich. Nic do jedzenia, woda ze studni dawno wyczerpana, narzekanie i płacz, co dalej, co robić? Otaczają mnie liczni ludzie prosząc o radę, a ja tyle wiem, co i każdy, radzę rozejść się z tego zbiegowiska po okolicznych wsiach. Szukamy wytrwale ludzi z Bogdan, nikogo znaleźć nie sposób. Kłoczowski spotkał komisarza ziemskiego z Ciechanowa, który ostatecznie oddał mu bryczkę i zalecił jechać do rodziny do Pilichowa. Szczypiorski pojechał z nim.

Armaty od Mławy i z jeszcze innych kierunków wciąż biły. Uciekinierów na drodze było dużo. Żalili się, że w wielu domach nie chcą dawać im wody do picia, nie mówiąc o jedzeniu. 
- Tu wszędzie dużo Niemców mieszka - mówił jakiś gospodarz. Ci tylko wyczekują na Hitlera. Podobno tu i ówdzie strzelano z chat do wojska, a nawet do uciekinierów - Trza wybić tych sukinsynów Niemców do jednego - twierdził chłop. 

W Sochocinie zatrzymali się u proboszcz ks. Górnickiego. Kościół pełen byt uciekinierów w głos płaczących. W kazaniu ks. Górnicki pocieszał, że zło minie, że Bogu trzeba się oddać bez reszty, śpiewaliśmy suplikacje. Potem śniadanie u proboszcza, ale podniecenie takie, że przełknąć coś trudno, do księdza przychodziły ciągle gromady uciekinierów z prośbą o radę i pomoc. (...) Była niedziela, na polach nikt nie pracował, ludzie odświętnie ubrani wracali z kościoła czy z miasta. Nagle zwrócił naszą uwagę warkot samolotów. W górze nic nie było widać, dopiero po chwili pokazały się cztery samoloty polskie, lecące tuż nad lasem, a potem tuż nad ziemią w pobliżu sosen. Takie biedaki kryjące się przed okiem niemieckich myśliwców. Przesłałem im z całego serca życzenia powodzenia i modliłem się o to. Zdaje mi się, że byty to jedyne polskie samoloty, jakie w ciągu kampanii wrześniowej udało mi się w ogóle zobaczyć. 

Od lewej siedzą: Zbigniew Kłoczowski, Irena z Cichowskich Kłoczowska, NN, NN, Jerzy Kłoczowski, Eugeniusz Kłoczowski. Bogdany, ok. 1930-1931 r. Zbiory rodziny Kłoczowskich. Źródło.

W Pilichowie Kłoczowski zastał żonę z synami. Irka wyjechała z Bogdan z synami, Dudkiem i Jadzią powozem - a potem samochodem proboszcza. Nocowali jedną noc w Przasnyszu u państwa Kwiatkowskich, drugą w Obrębie u państw Holickich. (...) Gości było pełno, a jeden jedyny temat rozmów to wojna i kwestia, cz wyjeżdżać, czy na miejscu siedzieć. Gospodarza Zygmunta Cichowskiego nie było, już był w wojsku jako oficer rezerwy tak sarno mąż siostry jego żony, Lewicki, oficer zawodowy. (...) Nasz proboszcz, który przywiózł Irkę swym fiatkiem, też cięgle radził uciekać. (...)

W nocy dotarła do nich wiadomość, że front polski pod Mławą załamany, że Niemcy może już w Ciechanowie, żeby natychmiast wyjeżdżać kierując się na Zaborowo, a później na Wyszogród. Panie zdecydowały jechać, zanim jednak ubrano dzieci, skończono pakowanie, zrobił się już dzień. Zjedliśmy śniadanie i w drogę. 

Do auta proboszcza weszły Irka i Kazia z dziećmi oraz Jadzia. Do naszego powozu wsiadły jakieś panie, ja jechałem na koźle przy Heńku Krajewskim, rozglądając się po świecie. Dudeczek, Jurek, Zbyś jechali z Józwem Enerlichem. Piękny wrzesień 1939 r. właśnie się już zaczął. Z rana byto chłodno, powietrze wspaniałe, ale słoneczko jasno świeciło i grzało. Armaty ucichły. Dotarliśmy do Zaborowa, stamtąd po obiedzie do Wyszogrodu. Im bliżej rzeki, tym coraz większe gromady furmanek, chcących przedostać się na lewy brzeg Wisły. Przed mostem była tu już masa wozów, ludzi i bydła czekających w kolejce na wjazd na most. Most długi chyba 1,5 kilometra - nad rzeką i nad bagnistym i niskim jej brzegiem lewym był drewniany i nie wyglądał na mocny, już samo przeładowanie gęstym sznurem wozów, wydawało się grozić mu zawaleniem. Gdyby tak Niemcom przyszło do głowy most ten akurat podczas naszego przejazdu ostrzeliwać i bombardować. Zdaje się, że na drugi dzień po naszym przejeździe, most zerwały nasze wojska. (...)

Przekroczyli Wisłę i jechali dalej. W tym czasie nocowało się po dworach, spało w stodołach, jeść jeszcze nam ludzie dawali, ale po miasteczkach sklepy byty przeważnie puste, zamknięte. Chyba 6 września przejechaliśmy przez Grodzisk. Widok stacji pustej, masy szyn bez żadnego na nich wagonu i parowozu, jakaś złowroga cisza - mówiły dużo. Przecież byliśmy blisko stolicy, front na zachód jeszcze wszak daleko - jakże iść może walka naszych, gdy transport na głównej linii kolejowej nie istnieje. 

Zastanawiano się, w jakim kierunku jechać, gdzie się zatrzymać, czy dalej uciekać. Napotkani oficerowie radzili przejechać za Wisłę i kierować się na Podlasie. Szczęśliwie nie byliśmy ani razu ostrzelani przez samoloty niemieckie, choć długie sznury bombowców co i raz ukazywały się na niebie ze swoim groźnym rykiem - leciały na Warszawę, na Modlin, czy na inne cele. Uciekinierzy i żołnierze uczyli nas, aby przy nalotach chować się pod drzewa rosnące przy szosie - na zewnątrz od trasy, że podobno wielu ludzi dzięki temu nie zostało zabitych lub rannych. (...)

W Tarczynie postanowiono, że Bogdany z ks. proboszczem Skubiszewskim i Pilichowo - postanowiły jechać za Wisłę, reszta towarzystwa skierowała się ku Grójcowi. (...) Kazia Cichowska z Tereską, Irka z Andrzejem i Jadzią służącą, pojechały z księdzem Skubiszewskim samochodem przez Warszawę i dalej dążąc do Łukowa. Reszta, to jest Jurek Cichowski ze mną, Jurek, Dudek, jakaś panna służąca z Pilichowa, nasz powóz i wóz z Heńkiem Krajewskim i Józefem Enerlichem, bryczuszka, którą jechał Szczypiński - wszystko to ruszyło zaraz w noc w drogę, kierując się ku Kalwarii nad Wisłą, aby tam po moście przedostać się na prawy brzeg Wisły. Dążyć mieliśmy też do Łukowa i tam spotkać się z samochodem - wiadomość o sobie mieliśmy zostawić u dziekana w Łukowie. (...) 

Zamiast ku Wiśle - nowy pochód uciekinierów zaczął dążyć w kierunku wprost przeciwnym. Wracajcie - wołali ci, co szli od Kalwarii - most już saperzy zerwali, nie ma przejazdu za Wisłę. Niesłychanie zdziwiliśmy się tym wypadkiem. Uważaliśmy, że Niemcy jeszcze chyba daleko - może za Łodzią, a tu taki alarm na tyłach - co mają robić żołnierze dążący na wschód, co to wszystko znaczy! Stanęliśmy w lesie na naradę i wtedy usłyszeliśmy po raz pierwszy tu, pod Warszawą, huk armat niezbyt daleki, dowodzący, że walki muszą się odbywać już o wiele bliżej niż w okolicach Łodzi. Nie było innej rady, trzeba było ryzykować jazdę przez Warszawę i przedostanie się na Pragę. Co do wpuszczania do Warszawy wozów konnych, zdania były podzielone, uciekinierów raczej puszczano. (...)

W Warszawie cisza jakaś przerażająca, ciemności, wszystkie okna zasłonięte, na szosie prawie nikogo nie ma, tramwaje powywracane na budowę barykad, nad miastem w kilku miejscach łuny pożarów. Jadąc Puławską wciąż w tej samej ciemności, zorientowaliśmy się dopiero na dobre, że Warszawa jest ostrzeliwana, zapewne z ciężkich dział i z rzadka padającymi pociskami. Pożary są pewnie od tych pocisków, a może od poprzednich bombardowań z samolotów. Wrażenie z Warszawy - jeszcze tej przecież niezniszczonej - już o świtaniu 9 września 1939 r. było niesamowite. Żadnej latarni, żadnego światełka, wszystko czarno-czerwone od łun kilku pożarów, jakaś złowieszcza sita jakby zaczarowała tę Warszawę, którą znałem i w czasach pokojowych za Rosjan, i w dwudziestoleciu, i w latach I wojny światowej, i w połowie sierpnia 1920 r. (...)

Na szczęście most Poniatowskiego nie zamknięty, suną przez niego długie szeregi wozów na wschód, na wschód, na każdym z nich wielka bieda ludzka, głodne dzieci, ludzie przemęczeni, brudni. półprzytomni. Odetchnęliśmy głęboko, gdy dotarło się do praskiego brzegu Wisły - no, może do naszych, do Łukowa, jakoś da się dojechać! (...) 

Postanawiamy jechać nie wielką szosą na Lublin, ale drogami wąskimi, miejscami brukowanymi, które biegną nad Wisłą. Więcej tu krzaków i drzew, wsie nie tak ogołocone z żywności, prędzej spotkać się można z ludzką życzliwością. Po 2-3 dniach odbiegliśmy od trzymania się bliskości Wisły (...), aby zbliżać się do Łukowa, ale jednocześnie unikaliśmy szosy lubelskiej, ciągle pełnej tłumów i często bombardowanej i ostrzeliwanej. 

W Dłużewie Kłoczowski i jego towarzysze spotkali Stanisława Żórawskiego, dziedzica z Obrębca pod Przasnyszem. Po noclegu ruszyli dalej. Bombardowanie z samolotów coraz częstsze. Ludzie na dzień uciekają do lasów, pod drzewa, w nocy wszystkie szosy pokrywa mrowie głodnych, resztkami sił na wschód rwących ludzi i koni. Wiele wsi pali się, jedziemy przez miasteczka, gdzie pożar przez nikogo nie gaszony pochłania ulicę za ulicą. 

Okropny widok łuny pożaru oświetlającej kłębowisko wprost nieludzkie, pchające się uparcie na szosie, po jej bokach, po sąsiadujących z nią polach. W palącym się miasteczku wąż ludzi, wozów i koni skłębia się w ścisk, bo przejazdy wąskie, trzeba często porzucać główne drogi, gdy z obu ich stron płoną domy. „Od powietrza, głodu, ognia i wojny" - te słowa stają teraz chyba przed każdym, gdy ogień i wojna przepalają naszą Polskę w coś nowego. Pragnienie - wyrwać się spośród palących się ulic, przebrnąć miasto, zapaść gdzieś w lasku i nie widzieć biedy ludzkiej, hulającej jak jakieś morowe powietrze w średniowieczu. Tempo jazdy maleje niesłychanie, obroku nie ma, kupić nie można. Trzeba konie paść trawą pod lasem i o trawie dalej się pchać, może do wsi, gdzie sprzedadzą trochę owsa, a dla nas coś mleka. 

Niestety w Łukowie okazało się, że żadnej wiadomości na nazwisko Kłoczowski w ogóle nie było. To była przykra niespodzianka, bo byliśmy pewni, że nasi samochodem dojechali do Łukowa już od dawna. Co się z nimi w tym rwetesie i zamęcie dzieje? Trzeba było szukać jakiegoś punktu oparcia w wiosce blisko Łukowa i tu u dziekana dowiadywać się o losy naszych. Wyjazd z Łukowa szosą chyba w kierunku Białej dał nam wstrząsające wrażenia. Szosa pełna uciekinierów była poprzedniego dnia ostrzelana i oto leżały przy boku szosy zabite konie w liczbie kilkunastu, porozwalane wozy, gdzieniegdzie i trupy ludzkie. Trup grubego policjanta, wzdęty jak balon, szczególnie został mi w pamięci. 

Z powodu zagrożenia Kłoczowski z towarzyszami ruszył w stronę Bugu. Wspominał: Miałem burkę i jesionkę, byto mi cieplutka, nauczyłem się świetnie drzemać na siedząco. Noce zrobiły się już zimne, padały deszcze, ale w powozie doskonale się siedziało. Przemyślałem sobie wtedy wiele rzeczy, przede wszystkim zacząłem codziennie odmawiać różaniec i myśleć o tym, jak powinniśmy się zachowywać dziś, w tym wrześniu 1939 r. - miesiącu wielkich polskich doświadczeń. Potem nadzieję nagłą budzić we mnie zaczynała kanonada armat gdzieś od strony Brześcia. Trwała kilka dni prawie bez przerwy i dawała wrażenie jakiegoś trwałego polskiego oporu. Były to, jak przypuszczam, pierwsze walki grupy gen. Kleeberga, moje nadzieje nieuzasadnione budziły miraże wielkiego ataku polskich sił od Brześcia, marszu ku oblężonej Warszawie! 

Wtedy Kłoczowski dowiedział się o wkroczeniu wojsk radzieckich od wschodu. Zarządzono natychmiastowy powrót, względnie przejazd na lewy brzeg Wisły. Drogi były prawie wolne, nieliczni uciekinierzy posuwali się po nich w różnych kierunkach, ogólna dezorientacja ogarnęła wszystkich. Armaty od strony Brześcia odzywały się już dość rzadko, z coraz to innego kierunku i odległości. Napotkany żołnierz mówił: O bolszewikach prawda, zajmują całe kresy, odcinają naszych od dostępu do Rumunii, jeszcze do Węgier łatwiej się dostać. My tu walczymy do końca, bo tego nasz mundur wymaga. Reszta w ręku Boga. 

Ruszyli w drogę. Zupełnie nie zwracaliśmy uwagi na jakieś krzyki za nami, co tam nas obchodziło, że ktoś kogoś woła w stronach, gdzie się nikogo nie znało. Po dłuższym dopiero czasie spostrzegamy wóz goniący nas i ludzi krzyczących z tego wozu: „Stój! Stój!" Nie stanęliśmy, sądząc. że to nie do nas wołanie, aż wóz nas dopędził i na nim zobaczyliśmy Irkę! Wieś, którą przejechaliśmy - to była Kopina, do której nasze panie z Tereska i Andrzejkiem ksiądz samochodem jakoś dowiózł, a gdy zabrakło paliwa, nasi zatrzymali się na dobre w tej wsi, leżącej niedaleko od majątku i pałacu ks. Czetwertyńskich. Dla księdza, dla małych dzieci ludzie byli dobrzy i uczynni, księżna Czetwertyńska też przysłała dla dzieci jakąś posilną żywność. Siedzieli w miejscu już kilkanaście dni i bez końca naradzali się, czy jechać, gdzie i czym. Traf chciał, że spotkali się z Julami, którzy ze swymi czterema córeczkami też tu zajechali - nie wstępując do Pilichowa, lecz pchając się od razu przez Pułtusk za Narew, a potem za Bug. Trzymali się oni z panem Skarżyńskim z Rybienka, który ucieczkę odbywał na koniu, a jego rodzina w powozie. Mały Zbysiu, który właśnie skończył 10 lat, nudził się w Kopinie i całe dnie siedział na płocie obserwując ludzi jadących bądź na południe, bądź na północ. On to spostrzegł nas, krzyczał, ale nie usłyszeliśmy, pobiegł po matkę, a ona uprosiła kogoś, aby nas swym wozem dopędził. Trafem byto odnalezienie się w odległej Kopinie, bo przecież mogliśmy jechać zupełnie innymi drogami, mogliśmy kierować się na Dęblin, a i przy przejeździe, gdyby nie Zbyszek, wcale nie bylibyśmy się znaleźli. Kopinę uważamy za pierwszy wyraźny znak Bożej opieki nad naszą rodziną, znak, za którym nastąpią jeszcze inne, jeszcze wyraźniejsze. Tegoż dnia skomunikowaliśmy się z Julami i zapadła decyzja najśpieszniejszego powrotu do domów. (...)

W tym czasie dotarła wieść o upadku Warszawy. Nie mogliśmy myśleć, jak tam różni krewni i znajomi, jak całe kochane miasto przeżyto straszne oblężenie. Głuchy ból wciąż serce przenikał. Im dalej na północ, tym mniej wozów na drogach. Polskiego munduru nie widać, ale pogruchotany sprzęt wojskowy leżał gęsto przy drogach. Któregoś ranka zobaczyliśmy z pewnej oddali, przejeżdżający oddział motocyklistów. Tak, to są Niemcy. Beznadziejnie smutno byto jechać pod ich panowanie.

Dotarliśmy wkrótce do zupełnie nie zniszczonego Węgrowa. Ludzie po ulicach chodzą, sklepy otwarte. Niemców mało się kręci, tylko ogłoszeń wiele porozlepianych o konieczności oddania władzom niemieckim wszelkiej broni, oczywiście pod karą śmierci. Julek i ja mieliśmy rewolwery. postanowiliśmy oddać je na komendanturze i zarazem poprosić o przepustkę do Bogdan i Czarzastych. 

Wchodzimy do komendantury. Siedzi paru Niemców i piszą, ale gdy deklarujemy oddanie broni, proszą aby poczekać na komendanta majora, który niedługo przyjdzie. Leżą gazety, więc proszę, czy mogę przejrzeć, dają mi parę pism. Na pierwszym zaraz miejscu ilustracje przejawów przyjaźni niemiecko-radzieckiej w Brześciu. Delegacje sztabów podchodzą do siebie, witają się uprzejmie, na drugim zdjęciu wspólna defilada wojsk obu naszych sąsiadów przed generałami niemieckimi radzieckimi. 

Otrzymali przepustki oraz pozwolenia na broń, bo w czasach niespokojnych, gdy różnych bandytów można się obawiać, przyjemnie jest mieć broń przy sobie, jak mówił Niemiec z komendantury w Wegrowie. Pozwolenie odebrali im żołnierze w Rybienku nad Bugiem. Zdaliśmy sobie sprawę z przepaści w kulturze oficerów dawnego typu i tej hołoty, która w imieniu Hitlera chciała rządzić światem i deptać wszystkich. 

Na ganku dworu w Bogdanach Wielkich ok. 1935-1936 r. Od lewej: w ostatnim rzędzie Maria Lasocka, Stanisław Cichowski, Stanisław Lasocki, poniżej NN, Irena z Cichowskich Kłoczowska, Michał Kwiatkowski, poniżej Jadwiga Kobylińska, Eugeniusz Kłoczowski. Siedzą Wojciech Lasocki, Zbigniew Kłoczowski, Jerzy Kłoczowski. Zbiory rodziny Kłoczowskich. Źródło.

W Pułtusku okazało się, że przez most mogą przejechać tylko volksdeutsche. Były to dnie pertraktacji o linię demarkacyjną dzielącą okupację niemiecką od sowieckiej. Sowieci, według pierwotnej umowy, mieli zająć Polskę po Wisłę, teraz Niemcy chcieli odsunąć ich nieco na wschód. Gdyby bolszewicy mieli dojść do Wisły, nikt z Polaków nie mógłby przedostać się legalnie na zachód od Narwi, choćby tam było jego miejsce zamieszkania. Niemcy woleli widocznie mieć mniej Polski w swojej okupacji, mniej polskiego „bydła" - uciekinierów, którzy bali się hitlerowców; mieli oni być zostawieni Rosjanom, by stanowić materiał do wywiezienia gdzieś daleko w bory Syberii czy na stepy Azji. 

Chyba dwa dni ważyły się jeszcze po naszym tu przybyciu losy powrotu, dwa dni pełne wielkiego niepokoju i najczarniejszych przewidywań. Ostatnie pozwolono na przejazd przez most. Masy ruszyły z różnych stron. Wysiłki Niemców, wrzeszczących i bijących ludzi i konie, ześrodkowały się na jednym - by uniknąć korka na moście, aby wozy wolno i równo podjeżdżały w kolejce. Most, Pułtusk kochany, na który patrzyliśmy zza Narwi, jak na krainę wolności, droga dalej ku domowi. W Gołyminie Cichowscy skręcili do Pilichowa, a Kłoczowscy udali się do Bogdan. 

Już słońce zachodzi, gdy docieramy do naszej Krzynowłogi Wielkiej. Kościół kochany stoi, nic nie spalone, ludzie otaczają proboszcza, cieszą się, że żyje, że wrócił. Ale Niemców tu dużo, włóczą się po szosie, podobno parę domów we wsi zajmują i we dworze mieszkają. Cala plebania zajęta przez żandarmów - tu zrobili swój posterunek. Proboszczowi każą mieszkać w wikariacie, gdzie część rzeczy proboszcza już przerzucili. Samochód mamy na razie zabrać do Bogdan — tu może kluby w oczy. Słońce już zaszło, gdy ruszamy do Bogdan naszą drogą (...). Swój kraj, swoja ziemia, po tułaczce długiej istny powrót do raju. 

Krzynowłoga Wielka w 1939 r. Źródło.

Na miejscu okazało się, że dwór Kłoczowskich zajęli Niemcy. Serdecznie powitał rodzinę zarządca Enerlich, któremu nakazano pilnować domu. Pokoje mocno poniszczone, puste, zimne, jacyś złodzieje tu grasowali - pewnie ci, co pierwsi wrócili z ucieczki - taki widok zastali w domu.

Kłoczowski od razu, po uzyskaniu zgody żandarmów niemieckich, zabrał się do gospodarowania. Młócimy żyto, siejemy pola zorane, małą siłą końską orzemy jeszcze ile się da, wałujemy, siejemy. Ludzi wołamy do wykopek - za dziesiąty korzec, jak zwykle bywało, amatorów nie brak, nawet z Chorzel ludzie przychodzą, bo chłopi na targ mato kartofli dowożą. Chodzę po polach całymi dniami, że to październik - odmawiam, idąc na dalsze pola, różaniec i tak i pracę naszą, i tę ojcowiznę oddaję w opiekę Matki Bożej, niech będzie we wszystkim wola Boża. 

Gmina na usługach Niemców, dobrało się paru radnych, o których niektórzy mówią, że chcą się zrobić volksdeutschami i ci starają się przypodobać powiatowi i żandarmom. Na razie jednak wszystko grzecznie i składnie się odbywa. żandarmi odwiedzają proboszcza, zapewniają, że do kościoła i nabożeństw nie będą się zupełnie mieszać, samochód jego jednak zabierają i każą odwieźć go do Chorzel, do komendantury. Sołtys przynosi co i raz jakieś nakazy władzy, między innymi wzywają mnie na zebranie do powiatu, do wydziału rolnictwa. 

W rynku, w lokalu, gdzie byt kiedyś bank ziemiański, ma być to zebranie, są ziemianie wszyscy, sąsiedzi z Koła Porad, bliscy znajomi i przyjaciele, są i średni „pankowie" 2-3 włókowi z różnych stron powiatu. (...) Siać, kopać, ze zwierząt nic nie wolno sprzedać. „Ażeby też nic czasem nie zdechło - bo jak jeden choć jedyny prosiak wuma zdechnie, to będzieta zestrzelane". Nie mogłem się nie uśmiechnąć na takie dictum i odzywam się, te małe prosię w czasie zimnym często zdechnie bez winy rolnika, więc to chyba za dużo nas pan straszy. Na to urzędnik z największą powagą: Ja mówię całą prawdę richtig, musita się bojać o każde prosię, o każdego żywego stwora, bo za każdego stwora z życiem waszym będzie lus". Zrozumieliśmy wszyscy, że to nie o rolnictwo w gruncie rzeczy chodzi, tylko o jakieś uzależnienie nas całkowite od łaski by, le niemieckiego urzędnika. Bardzo ponuro szeptaliśmy ze sobą, dobrzy znajomi, po tym zebraniu chodząc po rynku. U panów pod Przasnyszem darowali, przebywali już opiekunowie, którzy niby nie gospodarowali, ale siedzieli na miejscu i bacznie wszystko obserwowali.

W Przasnyszu i w Chorzelach żydzi byli zbierani i ganiani do różnych robót, głodni, bici. Spojrzeć trudno było na nich. Mało ich było, bo bogatsi wyjechali zawczasu dalej, głównie do Warszawy, myśląc, że tam ocaleją. Targów i jarmarków prawie nie było, w sklepach nie było towaru prawie żadnego, zdobycie soli, nafty, zapałek kosztowali masę kłopotów.

Irena Kłoczowska wyjechała do Warszawy, by na wozie przywieść wywieziona majątku futra. Robiło się coraz chłodniej. Podróż odbyła się bez przeszkód, bo granice między "gubernią" a "Rzeszą" nie były ściśle strzeżone.

Zaczęły się narady, co zrobić z majątkiem. Pojawiały się głosy, by podzielić się nim z władzami powiatowymi, wziąć kilka par koni i jechać do Guberni, aby tam schwytać jakąkolwiek dzierżawkę i przeżyć wojnę nie jako „Gutsbesitzery", ale jako średni gospodarz gdzieś pod Warszawą. (...) Bronkowie Rykowscy, Szymborscy - byli związani bardziej z Warszawą i tam mieli zamiar wyjeżdżać, jak tylko tu na wsi stanie się „ciasno". Ja, z tradycyjnego obowiązku trwania na ziemi, wyrażałem zdanie, że trzeba tu być, póki nie wyrzucą i nie dewastować gospodarstwa, ale je wzmacniać, bo ziemia ma ludzi żywić, wszystko jedno w jakich warunkach i okolicznościach. W rezultacie trwaliśmy wszyscy w domach, nic się nie przesuwało ani nie spieniężało w celu gromadzenia własnego kapitału - pisał po latach Kłoczowski. 

Wigilię niemieccy "opiekunowie" dworu spędzili w restauracji w Opaleńcu. Skorzystaliśmy z tego i urządziliśmy wigilię polską u Julów w Czarzastych, przyjechał Szymborski, Rykowscy i my, byt polski zjazd „dziedziców", polska zupa rybna i kluski z makiem, nasze opłatki, którymi dzieliliśmy się ze wzruszeniem. Śpiewaliśmy kolędy, byto bardzo przyjemnie. W pewnej godzinie Szymborski ubrał się w mundur SA czy jakiś tego rodzaju, wiszący w pokoju Marschala, dużo było śmiechu. 

Całą tę okrutną okupację wszyscy uważaliśmy za rzecz krótkotrwałą, wierzyliśmy, że na wiosnę rozstrzygnie się sprawa, a zwycięstwo Niemców uważaliśmy za wykluczone. W pierwsze święto spotkaliśmy się po kościele u Bronków, potem byliśmy tam znowu w Nowy Rok 1940.

Niestety, w 1940 r. Niemcy wyrzucili Kłoczowskich z dworu. Odzyskali go dopiero w 1999 r.

Dwór Kłoczowskich w Bogdanach Wielkich wiosną 2016 r. Fot. MWKmoch.

2. Dziedziczka z Krzynowłogi Wielkiej
Władysława Rykowska (1910-1997), żona Bronisława Rykowskiego (1900-1981), ostatnia przedwojenna właścicielka Krzynowłogi Wielkiej, po latach wspomniała: Lato 1939 r., pamiętne lato, upalne, pełne napięcia nerwowego, oczekiwania wojny - dzieci z boną spędzały w Piotrkowicach [majątek jej rodziców w Wielkopolsce - przyp. M.W.K.] - my z Bronkiem częściowo w Krzynowłodze, częściowo w Warszawie. Co cenniejsze rzeczy przewiezione zostały końmi do Warszawy - zastawa stołowa, porcelana, szkło wyprawne, nawet część pościeli i futra. Meble a nawet pianino zostały w Krzynowłodze. Bronek wydał rządcy dyspozycje aby krowy i owce 15 sierpnia przegnać do Worońca, majątku książąt Mirskich, z którymi byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Kazimierz Mirski był Prezesem Związku Ziemian, a Bronek urzędującym członkiem Zarządu i jego zastępcą. Że wojna będzie o tym wszyscy byliśmy przekonani, ale nikt nie spodziewał się takiego kataklizmu. Tak więc 20 sierpnia, na tydzień przed wybuchem wojny firma "Węgiełek" przeprowadzała nas z Dobrej na Promyka - nie była to łatwa przeprowadzka, bowiem część taboru Węgiełka uległa mobilizacji, a ponadto ja na wypadek wojny porobiłam kolosalne zapasy żywnościowe - poza 5-ma workami mąki, 2-ma ryżu, 5 cukru, było 100 puszek 5-kilogramowych szynki, beczka śledzi, beczka zawapnowanych jajek, 5 40-to litrowych konwi miodu i 2-ch smalcu - kilka zasolonych bloków masła - moc kompotów, soków, konfitur, powideł etc.



1 września wybuchła wojna i Bronek przyniósł do domu nowy duży aparat radiowy. Kto nie przeżył 1939 roku w Warszawie ten nie zrozumie nastroju paniki jaką przeprowadzało podówczas radio w Warszawie. Stałe apele - Matki z dziećmi powinny opuszczać Warszawę - Mężczyźni poniżej 50 lat powinni opuszczać Warszawę - Niemcy polewają naftą i palą dzieci - Uwaga, Uwaga nadchodzi.


Zdenerwowana, poprosiła męża, by kupił platformę z końmi oraz dorożkę z koniem. Od Kowerskiego, głównego plenipotenta księżnej Marii Ludwiki Czartoryskiej, pożyczył osobowy samochód z szoferem. W drogę ruszyli nim: Władysława Rykowska, jej troje dzieci: Antoni (1931–1986), Bolesław (1932–1972), Helena (ur. 1934 r.) oraz bona. Na rzeczy osobiste nie było miejsca. W nocy z 8 na 9 września pod ogniem wystrzałów armatnich i kulomiotowych w niesamowitym ścisku uciekającej z Warszawy ludności opuściliśmy Warszawę. Część rzeczy osobistych i drobną część zapasów żywnościowych załadowano na platformę, którą powoziła Janka Pałczyńska - pokojówka przywieziona z Piotrkowic. Dorożką powoził Bronek zabrawszy kilka znajomych osób. Do Worońca jechaliśmy prawie całą noc choć nie było to daleko. Przejeżdżaliśmy przez palące się Siedlce - nad ranem dotarliśmy do Worońca. 

Bronisław Rykowski. Źródło.



Przez tydzień Władysława czekała na męża i rzeczy. Bronisława Rykowski dotarł do Worońca, jak wspominała, brudny, zmarnowany, wygłodzony i ledwo żywy ze zmęczenia. Pod Wawrem nadleciały niemieckie samoloty i ogniem z karabinów maszynowych siekły uciekającą w popłochu cywilną ludność. Konie od dorożki i platformy zostały zabite - Bronek ledwie z życiem uszedł schroniwszy się w przydrożne krzaki. Janka została z całą platformą rzeczy i żywności na pociechę. Do Worońca trafił cały inwentarz Rykowskich: krowy, owce, a także dwa parokonne wozy wraz z dwiema rodzinami fornali, którzy przewozili majątek. 

Rykowscy zostaliby w Worońcu dłużej, ale kiedy władze niemieckie zapewniły prawo własności i bezpieczeństwo rolnikom, którzy powrócą na rolę i zajmą się produkcją, postanowili wracać do majątku. Posiadali wówczas ok. 30 tys. zł gotówki, które zamierzali przeznaczyć na zakup domku na warszawskim Grochowie, ewentualnie mieszkanie własnościowe. Po latach Rykowska żałowała, że nie sprzedali inwentarza i nie wyjechali do Warszawy. 

Rozpoczęła się więc sławetna peregrynacja - na czele szedł wykastrowany kozioł naszych dzieci Matołek, który był prowodyrem owiec, za nim owce, potem krowy, a następnie oba wozy. Trzeba było jechać wolno, bo krowy się podbijały i wiele z nich kulało - dojone były raz dziennie w dwie konwie, które zawieszone z boku wozów. Przez sam ruch jazdy ze słodkiego mleka robiło się masło - resztę mleka wypijały same krowy. Zatrzymywaliśmy się na łąkach, by krowy i owce przez wieczór i noc się najadły - pisała. 

Kiedy Rykowscy dotarli do mostu na na Bugo-Narwi i okazało się, że został zerwany, przeprawiali się wpław - brodem. W połowie drogi do Krzynowłogi Wielkiej natknęli się na armię rosyjską, która już zajęła umówioną w pakcie Ribbentrop-Mołotow część Polski. Rykowska wspominała: mijały nas czołgi - tak olbrzymie, że zajmowały sobą całą szerokość szosy - musieliśmy wozami zjechać do przydrożnych rowów, z których ciężko potem było się wydostać. Legitymowali nas oficerowie rosyjscy, zrewidowali bagaże i przy okazji zabrali Bronkowi obie brzytwy oraz wszystkie kosmetyki - mydła, wody kolońskie itd. Byłby to moment, w którym Rykowscy mogliby stracić życie, ale pracownik majątku, opiekun obory Lewandowski, wykazał się trzeźwością umysłu. Na pytanie, czyje prowadzi bydło, odpowiedział, że wiejskie, a Rykowskich określił mianem bieżeńców (uchodźców) z miasta, z którzy zabrali się z nim w drogę. W ramach wdzięczności Rykowscy obiecali mu 10 morgów gruntu, ale wypadki tak się potoczyły, że nigdy nie spełnili tej obietnicy.

Krzynowłoga Wielka w 1940-1941 r. Źródło.

Do Krzynowłogi Wielkiej właściciele dotarli późną jesienią. Jak wyglądał dwór? Ograbiony z mebli, zajęty przez wojsko niemieckie, cała krescencja spalona, pracownicy majątku nie wypłaceni od kilku miesięcy. Rykowscy zakupili zboże na siew, torf i drewno na opał, zapłacili ludziom i zajęli w dworze jeden pokój (salon) udostępniony przez Niemców. Spali na rozścielonej słomie. Co ciekawe, Rykowska wspominała, że Wojsko niemieckie było w stosunku do nas pełne kurtuazji, płacili za użytkowanie mieszkania, za masło i mleko (śmieszne grosze) i jeździli po wsiach kupując od gospodarzy drób za sól, której zupełnie w handlu nie było i której brak ludzie ogromnie odczuwali. Za kilo soli dostawali tuczoną gęś albo 2 kaczki. Co więcej, Bronisław Rykowski, ostrzeżony przez niemieckiego żandarma, katolika, o tym, że gestapo go obserwuje, bo wpłynął donos na ziemianina, że to on spalił całą krescencję (a przecież nie był wówczas w majątku), postanowił wyjechać jak najszybciej z Warszawy.

Służąca Rykowskich, Janka Pałczyńska, która nie wróciła z nimi do majątku, trafiła do Krasnego, majątku Krasińskich. Wkrótce dotarła do Krzynowłogi Wielkiej i, jak wspominała Rykowska, przywiozła nam masę ogromnie nam potrzebnych rzeczy - ubrań, futer etc. Za puszki z szynką kupiła konie i płacąc żywnością - która w czasie exodusu była na wagę złota - dzielna dziewczyna uratowała nam ogromny majątek, który w czasie okupacji częściowo sprzedawany, pozwolił nam przetrwać.

W tym trudnym wojennym czasie nie brakowało rodzinnych tragedii. Wuj męża, Stanisław Żórawski z Obrębca, poinformował Władysławę, że jej rodzice KTO zostali wypędzeni przez Niemców z Piotrkowic i ledwo przeżyli. Pojechała więc do Warszawy wozem, ciągniętym przez parę koni, by spotkać się z nimi i zawieść nieco żywności. Ojciec był strasznie załamany, nie mógł pogodzić się z oderwaniem go od ziemi, którą tak bardzo ukochał - wychódł na wiórek i w niespełna rok potem umarł - pisała po latach.

Mieszkanie Rykowskich przy ul. Promyka w Warszawie zostało poważnie uszkodzone i ograbione. Bronisław Rykowski wynajął 3-pokojowe mieszkanie z kuchnią przy ul. Śniegockiej na Powiślu. Przywiózł to, co zostało z poprzedniego mieszkania. Zaangażował się w prace Czerwonego Krzyża i przy pomocy administratora moich domów p. Garlickiego sprzedał najmniejszy z nich na ul Zakopiańskiej na Saskiej Kępie i za uzyskane pieniądze kupił złota, które sukcesywnie sprzedawane pozwoliło nam bez głodowania przetrwać okupację - wspominała po latach Rykowska.

W tym czasie ziemianka pozostawała w Krzynowłodze Wielkiej wraz z dziećmi. W pamięć zapadł jej sympatyczny starszy pan, którego jako treuhendera - zarządcę - przydzieliły jej majątkowi władze niemieckie. Nazywał się kpt Sauer i pochodził z Prus Wschodnich. Całymi dniami bawił się ze swoimi dwoma jamnikami. Jeździł po wsiach, skupując od chłopów drób za sól, a mięso wysyłał rodzinie. Nie wtrącał się do spraw majątku. 

Krzynowłoga Wielka w 1939 r. Źródło.

3. Nauczycielka w kurpiowskiej miejscowości
Maria Popowicz pracowała w jednorożeckiej szkole w latach 1927-1939. Po kilku latach pracy wyszła za mąż za ówczesnego kierownika szkoły, Jana Wardaka. W dniu 31 VIII 1939 r. jej mąż został zmobilizowany jako porucznik rezerwy WP. Został ciężko ranny w boju w Woli Wodyńskiej pod Siedlcami. Do końca października przebywał w szpitalu w Siedlcach. 

Pierwszy miesiąc wojny spędziła w Warszawie w podziemiach Domu Związku Nauczycielstwa Polskiego przy ul. Smulikowskiego, do którego należała.

Po latach wspominała: Zauważyłam, że dom nasz w Jednorożcu w dzień i w nocy był przez patrole niemieckie inwigilowany. Czekano na powrót męża. Mąż na szczęście nie wrócił! (...) Ale ja i koleż. [Apolonia - przyp. M.W.K.] Leśniewska otrzymałyśmy dnia 11 XI 1939 r. rozkaz miejscowej komendy niemieckiej stawienia się na boisku szkolnym. Oficer niemiecki na koniu, starszy wiekiem i zapewne rangą, rozkazał nam porządkować boisko szkolne. Widok był żałosny. Orzeł polski podeptany, do połowy wbity w ziemię. Dzienniki klasowe, „Kronika szkolna”, arkusze ocen i inne dokumenty porozrzucane pokrywały boisko. Popędzane przez Niemca znosiłyśmy te akta na jeden stos, który następnie podpalił. Puścił nas następnie do domu, ale wszelkie świadectwa pracy w szkole zostały unicestwione. Jednorożec bowiem, miejscowość tuż pod granicą Prus Wschodnich, już pierwszego dnia wojny miażdżyły oddziały niemieckiej pancernej dywizji „Kempf”. Nic nie dało się uratować.

Lata trzydzieste XX w. Szczytowy fragment budynku szkolnego w Jednorożcu. Na zdjęciu młodzież VI klasy i nauczyciele. U góry pośrodku stoi nauczyciel Jan Wardak, obok po prawej Eugenia Dawidowicz (jej ojciec budował szkołę), od lewej uczniowie: Jan Frączak, Czesława Chudzik, Czesław Gołaś, Małgorzata Krajewska, Mieczysław Siedlecki, Apolonia Grabowska, Jan Jóźwik, Zofia Piotrak, Jadwiga Walerych. Siedzą od lewej nauczyciele: Stefania Sieja z domu Dukaczewska, Apolonia Leśniewska z domu Firczyk z Wadowic, kierownik Józef Ignacy Sieja, Maria Wardak z domu Popowicz z Krakowa, Anna Bąkowska z Krasnosielca. Zbiory Krystyny Lesińskiej z USA.

4. Żołnierz
Wspomnienia Stefana Wilgi (1911-1994) z Jednorożca, żołnierza 32 pułku piechoty, znajdziecie tutaj: KLIK. Pułk stacjonował w Modlinie. W kampanii wrześniowej walczył w składzie 8 Dywizji Piechoty (Armia „Modlin”). „W czasie mobilizacji pułk sformował cztery bataliony marszowe (IV-VII), które stanowiły załogę Twierdzy Modlin i wzięły udział w jej obronie” - czytamy na Wikipedii.

Stefan Wilga w okresie międzywojennym. Zdjęcie ze zbiorów rodziny Klimczaków z Jednorożca.

5. Ośmiolatek z Połoni
Bronisław Antosiak to syn Władysława Antosiaka, rolnika z Połoni, wójta gminy Jednorożec w latach 1937-1939.

Bronisław wspominał po latach: 1 września 1939 r. poszedłem do szkoły. W drodze dowiedziałem się, że lekcji nie ma. 

Rano usłyszeliśmy strzały. W górze przy słonecznej pogodzie widać było i słychać samoloty niemieckie, które szły na południowy wschód. Ojciec i matka w gorączce zaczęli przygotowywać się do ucieczki. Na wóz zaczęli ładować pościel, żywność i najpotrzebniejsze rzeczy. Szybko ulokowano dzieci i wóz wyjechał na Grąd. Tam, w łąkach w zakrzaczonym terenie mieszkał brat ojca. Widać było jak szły naładowane wozy w różnych kierunkach. Najwięcej jechało do Grobelka, na „Byk". Co jakiś czas dochodziły odgłosy armat i strzałów z karabinów. 

Około godziny 12.00 rowerem przyjechało 4 niemieckich żołnierzy. Tu było kilka rodzin. Większość dzieci ukryta była w piwnicy. Niemieccy żołnierze objechali naokoło dom i drogą pojechali na wschód w kierunku Olszewki. 

Było słychać strzały, ale cicho, z daleka. Samoloty w dalszym ciągu szły na południowy wschód. Na drugi dzień ojciec zdecydował powrócić do wsi, do własnego domu. 

Trzeciego dnia ojciec zabrał kosę i poszedł na pole ciąć saladerę. Na nasze podwórze zajechało samochodem 12 żołnierzy z karabinami, na których widziałem lśniące w słońcu bagnety. Nie trwało długo, gdy na podwórku pojawił się ojciec, boso, ubrudzony. W koszuli, tak, jak stał, zaraz ojca zabrali do samochodu i pojechali w stronę lasu. Tam go przeszukali i pojechali. (...) Tu ojciec został jeszcze raz opisany i usłyszał, że był wójtem gminy Jednorożec i szpiegiem. Stąd przewieziono go do Wielbarka. Ojciec znał dobrze język niemiecki i rosyjski. W ciągu 3 dni był kilkakrotnie przesłuchiwany. Z Wielbarka przewieziono go do Olsztynka, do obozu. (...) 

Tam zaczęto sporządzać ewidencję. Ojciec zmienił i podał zupełnie nieprawdziwe personalia. Podał, że pochodzi z Mławy, nazywa się Kamiński Władysław. W tym obozie zwalniali do domu tych, którzy mieli 45 lat i więcej. Ojciec był dużo młodszy, ale wyglądał poważnie. Niemcy uwierzyli mu i został skierowany do pracy niewolniczej w miejscowości Nerwki koło Ostródy. Właściciel tego gospodarstwa był na wojnie. Gospodarstwo prowadziła żona, a pomagała jej matka oraz dwoje dzieci. (...) 

Po tygodniu ojciec zaproponował gospodyni, że pojedzie na młyn, aby zemleć zboże na chleb. Kiedy pojechał z chłopakiem do młyna, zdecydował się na ucieczkę. (...) Po sześciu tygodniach wrócił do domu... 

Połoń na niemieckiej mapie z 1944 r. Źródło.

6. Jedenastolatka z Jednorożca
Stanisława Janina Wróbel urodziła się w 1928 r. w Budach (woj. nowogródzkie, dziś Białoruś). W 1932 r. zamieszkała z rodziną w Jednorożcu, skąd pochodził jej ojciec. W 1933 r. była z ojcem w Belwederze na audiencji u Józefa Piłsudskiego, zaś w 1936 r. poznała osobiście prezydenta Ignacego Mościckiego, który dekorował jej mamę - Stefanię Wróbel. Naukę w szkole rozpoczęła w wieku 6 lat. Zwróciła uwagę nauczycielki języka polskiego, ponieważ pięknie pisała. W rezultacie została wytypowana w wieku dziesięciu lat do dalszej nauki na koszt państwa, ale wojna uniemożliwiła jej kształcenie. Ojciec zginął w 1941 r. w kamieniołomach. Spisała wspomnienia z II wojny światowej na prośbę rodziny. 

Lato 1939 roku było piękne. Dzieci beztrosko spędzały czas nad Orzycem, który wił się wśród okwieconych łąk i soczystej zieleni traw. Woda nieskażona przemysłowymi ściekami była przejrzysta i zachęcała do kąpieli. Młodzież najchętniej korzystała z tej formy wypoczynku, ponieważ rzeka przepływała w pobliżu ich pięknej miejscowości. Nadzór rodziców tego lata nie był taki rygorystyczny. Dzieciarnia najchętniej opuszczała swoje domostwa, w których panował nastrój przygnębienia. W zasadzie nic złego się nie działo, a dorośli z każdym dniem stawali się smutniejsi i zaniepokojeni. Z czasem ten niepokój zaczął się udzielać dzieciom, więc najchętniej wymykały się z domów, żeby wśród rówieśników zapomnieć o troskach dorosłych. Ludzie zaniedbywali swoje codzienne obowiązki, gromadząc się na „krzyżówkach", szukając pocieszenia w swojej bliskości. Mieli nadzieję, że może do wojny nie dojdzie. 

Ta straszna wieść rozchodziła się jak zaraza coraz dalej, porażając ludzkie umysły. Wojny obawiali się ci, którzy jej gorzki smak i tragiczne skutki poznali podczas pierwszej wojny światowej i ci, którzy jeszcze nie znali wojennego okrucieństwa. 

Jedenastoletnia Stasia nie podzielała tych obaw, ponieważ była ciekawa świata i mocnych wrażeń, a tych - według niej - mogła dostarczyć tylko wojna. Była tak zafascynowana możliwością przeżycia czegoś wyjątkowego, znanego tylko z opowiadań, dlatego chciała tego doświadczyć na własnej skórze. Gdy dorośli modlili się o pokój, dziewczynka prosiła Boga, żeby nie pozbawił jej tego wyjątkowego doznania. (...)

Straszne opowieści dorosłych działały na wyobraźnię dziewczynki jak magnes. Zamiast ją odstraszać, rozbudzały w niej żądzę przeżycia czegoś niezwykłego i dlatego tak chętnie słuchała opowieści o zdarzeniach, które graniczyły z niewiarygodnością. Każde opowiadanie miało swoich bohaterów pozytywnych i negatywnych, a ona widziała siebie tylko w roli pozytywnej. Swojej osoby nigdy nie porównywała do natur tchórzliwych albo kłamliwych. Zawsze gardziła takimi miernotami, chociaż dopiero wchodziła w życie. Na szczęście jeszcze nie wiedziała, ile złych cech może się pomieścić w ludzkim ciele. Nie wiedziała, że i na nią przyjdą takie chwile, kiedy będzie musiała wybierać między tchórzostwem a bohaterstwem. I to nie dlatego, żeby stać się bohaterką, a tylko po to, żeby nie zatracić człowieczeństwa. 

Nie wiedziała, że opowieści w zaciszu domowym łagodziły okropności wojny, jakie może zadać człowiek jeden drugiemu. W domu rodzinnym nie tolerowano samowoli, ale dziecinnym charakterom pozwalano się rozwijać pod życzliwą kontrolą rodziców. Uczono, że wszystko co Bóg stworzył, musi być w poszanowaniu. Pełna wiary w dobroć i życzliwość ludzką, spokojnie oczekiwała dnia jutrzejszego. (...) Miłość do ojczyzny po latach niewoli ceniono w jej domu bardziej jak dobrobyt. 

Dziewczynka myślała, że ta wojna, która nieuchronnie się zbliża, nie będzie taka okrutna, a jej życiu nie będzie zagrażało niebezpieczeństwo. Taką nadzieją mogły się łudzić tylko dzieci, bo rodzice z przerażeniem myśleli o jutrzejszym dniu. Stasi przypomniały się słowa wiersza, który recytowała na szkolnej uroczystości. Pani Wardakowa wybrała taki wiersz, żeby dodać rodzicom otuchy: 
Nie chowało nas pobojowisko, 
W twarz nie świecił pożarów kolor. 
Nad huśtaną w ciemnościach kołyską 
Nie rechotał bojowy samolot. 

Lata trzydzieste XX w. Uczniowie i uczennice jednorożeckiej podstawówki z nauczycielkami Apolonią Leśniewską (w środku po lewej) i Marią Wardakową) obok). Zbiory Janiny Wiszowatej z Ulatowa-Pogorzeli.

Dzieci wierzyły, że są wybrańcami losu i że nad ich głowami nigdy nie zarechocze bojowy samolot. Nie wiedziały jakie to może być straszne przeżycie, kiedy z pogodnego nieba, znienacka nadlatuje śmierć. (...)

1 września 1939 - tę datę długo będzie pamiętał cały świat. (...) Nad ranem tego dnia ojciec obudził swoją rodzinę. Głos ojca był zmieniony, znak, że stało się coś złego. 
- Wstawajcie - mówił z przejęciem. - Wojna się już rozpoczęła. 
- A skąd tatuś to wie? - spytała Stasia. 
- Wyjdź na dwór, to i ty się dowiesz. 

Natychmiast wybiegła cała rodzina zobaczyć, co się stało, ale wszystko wyglądało jak poprzedniego dnia. Nic się nie zmieniło, to tylko panika. Zawiedziona Stasia chciała wrócić do domu, gdy głuchy, dudniący huk armat zatrzymał ją w miejscu. Po raz pierwszy w życiu jej serce zmroził nieznany do tej pory strach. A więc to tak rozpoczyna się wojna. Odgłosy, chociaż były bardzo odległe, to przejmujące do szpiku kości. (...)

Ludność polska wpadła w panikę, obawiając się, że tereny nadgraniczne mogą stać się celem pierwszej agresji, dokonywanej przez Wehrmacht. Każdy starał się zejść z drogi agresora, tym bardziej, że nad granicą z Prusami nie było polskiego wojska. Zaczęły się narady z sąsiadami i pakowanie niezbędnych rzeczy. Kiedy jedni szykowali się do ucieczki, inni pozostawali, zdając się na łaskę losu. Chorzele były od pruskiej granicy oddalone o dwa kilometry, więc stamtąd ludzie pierwsi rozpoczęli ucieczkę, zanim padły pierwsze strzały. Matka z dwunastoletnią córką uciekała z mia-steczka, a gospodarz uciekający ze swoją rodziną wozem, pozwolił przysiąść się do nich. Dziewczyna przysiadła się na tył wozu, żeby w razie potrzeby mogła z niego zeskoczyć. Nie ujechała daleko. Ludzie wpadli w panikę i uciekali, nie licząc się z bezpieczeństwem innych. Jeden z furmanów wjechał na wóz z siedzącą dziewczyną, a dyszel przebił ją prawie na wylot. Zrozpaczona matka rzuciła tobołek i z pomocą innych ludzi ściągnęła córkę z dyszla. Dziewczyna jeszcze chwilę żyła, więc matka wzięła ją na ręce i niosła ostatkiem sił do swego domu. Tej matki nic już gorszego w życiu nie mogło spotkać. Straciła jedyną, ukochaną córeczkę, więc jej życie nie miało dla niej znaczenia. Taka boleść matki wzruszyła wszystkich i w obawie o swoje dzieci w jeszcze większej panice uciekali przez graniczne tereny. 

Po tej tragedii Stasia zaczęła sobie zdawać sprawę i uświadamiać, co znaczy słowo wojna, a ona dopiero się rozpoczynała. Nie widziała jeszcze żadnego Niemca, a wojna już zaczęła zbierać swoje żniwo. Po niewczasie pożałowała modlitwy w takiej złej intencji. Przebacz mi, Boże, poprosiła szczerze, myśląc, że modlitwa oddali nieszczęścia, które nadchodziły wraz z wojną, ale one piętrzyły się i pochłaniały niewinne ofiary. Dziewczynka, chcąc odpokutować swoją winę, postanowiła stawiać czoło złu i nie ulegać panice w razie zagrożenia. Będzie robić wszystko, żeby ulżyć doli innych, nie dbając o własne bezpieczeństwo. Ta odpowiedzialność z każdym dniem stawała się coraz realniejsza, ponieważ wsparcia innych ludzi nasilały się. To była jej tajemnica. Nawet ojcu nie powiedziała tego, że pragnęła sprawdzić się w czasie wojny i ukształtować charakter na wzór swoich przodków, o których wiedziała z opowiadań rodzinnych. Jej rody się rozpadały i były rozrzucone nie tylko po całej Polsce, ale i po świecie. Jedni ginęli, inni przepadali bez wieści, a tych, co przeżyli, Stasia nie znała, bo trudy wojny wysysały z nich zdrowie i młodo umierali. (...)

Po latach Stanisława Łasman pisała o sobie: [Bóg] Nie zaoszczędził jej niczego, co było związane z tym okrutnym czasem. Nie pomogła ucieczka przed nacierającym frontem, bo wciąż ją doganiał i pokazywał, co się dzieje przed jego nadejściem. Żaden historyk nie doznał tajemnic przedfrontowych zmagań cywilnej ludności i wojska, bo go tam nie było. Zuchwała dziewczynka musiała ponieść ofiarę trudu, zmagań z głodem, znosić codzienny strach o życie własne i rodziny i patrzeć, jak ludzie giną i umierają. Do dzisiejszego dnia pamiątki tych strasznych dni znaczą jej drogę ucieczki, która okazała się niepotrzebna, bo ich miejscowość front ocalił, a los z niej zakpił i pognał tam, gdzie po trudach ucieczki dopadł ją straszny bój. Od tej chwili wiedziała, że od swojego przeznaczenia nie ucieknie i się przed nim nie skryje. Opowiadania starszych ludzi, które ją fascynowały, teraz były jej udziałem i musiała w nich uczestniczyć.

Źródło.

7. Trzynastolatka z Drążdżewa Nowego
Julianna Chrząszcz (1926-2018) tak zapamiętała rok 1939: Pierwszego września o czwartej rano zbudził nas huk armat niemieckich. Zerwaliśmy się wszyscy jednocześnie. Myśleliśmy, że to burza i tak strasznie grzmi. Lecz ojciec, będąc żołnierzem na pierwszej wojnie światowej, poznał głos tej burzy świszczących kul. 
- To wojna - powiedział. 

Niedługo na szosie, wtedy kamiennej, tłum ludzi wozami i pieszo z całym swoim dobytkiem uciekał przed Niemcami. 

U nas skończył się jak na złe chleb. Matka szybko rozczyniła, bo wtedy nie stać było na kupowanie chleba, tylko każdy mielił żyto w żarnach i piekł. Nasz chleb nie zdążył się upiec, został w piecu, a my razem z ludźmi uciekaliśmy nie wiedząc dokąd. 

I tak wędrowaliśmy aż pod Małkinię. Tam był wielki nalot, zginęła wtedy moja koleżanka ze szkolnej ławki Irka Boczkowska z Jednorożca. Ojciec postanowił dalej szosą nie jechać. Tułaliśmy się niedaleko głównej trasy. Była to wieś Nieskusz i w niej przesiedzieliśmy główny front. Po dwóch tygodniach wróciliśmy. 

Widzieliśmy różne okropne sceny wojny - najstraszniejsza koło Różana. Tam moc koni leżało po zabitej kawalerii polskiej, a żołnierze byli już sprzątnięci. Przez rzekę przewozili promem, ale długo trzeba było czekać. Miejscowy człowiek powiedział, że z kilometr stąd jest płytka woda, że można tam przejechać wozem. Wszyscy udaliśmy się tam - rzeczywiście było płytko. Nasi znajomi jechali w krowy i mieli ze sobą w owiec, więc ojciec mój przewiózł przez rzekę ich owce, bo dla owiec było za głęboko. Gdy przeprawiliśmy się przez rzekę, spotkaliśmy zagubione dzieci. Było ich sześcioro, najmłodsze miało 9 miesięcy. W tym samym czasie zauważyliśmy jak ich rodzice przechodzili przez Narew z krową i zobaczyli zagubione przed 2 tygodniami dzieci. 

Do dzisiaj z ogromnym wzruszeniem wspominam tę scenę. Tak dotarliśmy w końcu do domu, gdzie powitały nas z wielką radością kotka i suczka, szczęśliwe, że znowu jesteśmy wszyscy razem. 

Źródło.

8. Siedemnastolatka z Żelaznej Rządowej
Helena Sędrowska wspominała: Gdy wybuchła wojna, wszyscy mężczyźni, mieszkający we wsi, uciekli w obawie przed Niemcami. Wśród ludzi krążyły pogłoski, że najeźdźcy będą wszystkim ucinać języki. Wybuch wojny oznajmiały bijące kościelne dzwony. 

Po pewnym czasie również i moja rodzina postanowiła ratować się ucieczką. Swoje rzeczy zapakowaliśmy na wóz sąsiada, tzw. żelaźniak. Udaliśmy się na stację w Parciakach. Bomby zaczęły okrutnie walić. Kierowaliśmy się na południe, docierając aż do Bugu. 

Tanki szły i szły cały czas. Nasza konnica stała, a jak samoloty naszły od Pułtuska i Makowa zaczął się duży popłoch. Jeden z oficerów naszej armii powiedział: „Dzieci, uciekajcie, bo samoloty was wybiją" . Wszyscy rozpoczęli ucieczkę, jadąc na swoich wozach. Nawet trzech żołnierzy polskiej armii rzuciło broń, przebrało się w cywilne ubrania i uciekało razem z wszystkimi. Panowała wtedy duża dezorientacja, gdyż, uciekając z jednej strony natarcia nieprzyjaciela, uciekaliśmy pod ogień drugiego natarcia. 

Do Żelaznej wróciliśmy po miesiącu, gdyż bardzo ciężko było przedrzeć się z powrotem, ze względu na konieczność posiadania specjalnych przepustek uprawniających np. do przejścia przez Narew. Po powrocie zastałam swój dom bez okien, pieca i kuchni. Z kafli piecowych zrobiono pomnik dla niemieckiego żołnierza, który podczas czyszczenia broni w naszym domu postrzelił się śmiertelnie. 

Cały okres okupacji niemieckiej był dla nas bardzo ciężki. Niemcy często bili nas z byle powodu. Stosowali tortury wobec podejrzanych o jakieś przewinienie. Nie można było zmielić zboża czy zabić świniaka (taki ubój karany był śmiercią). Nie można było nic kupić w sklepie. Ciągle żyliśmy w lęku. 

Wojna była bardzo okrutna, zniszczyła nam zdrowie. Modlę się codziennie, aby już nigdy więcej nie było żadnej wojny, by ludzie nie musieli przechodzić przez to piekło, jakie my mieliśmy. 

Helena Sędrowska z Żelaznej Rządowej w 2006 r. Fot. Wojciech Łukaszewski.

9. Blisko dwudziestoletni rolnik z Jednorożca
Jan Sopelewski (1919-2015) opowiadał po latach: Przed wybuchem wojny mieszkałem w Jednorożcu i zajmowałem się głównie pracą na roli. Moi rodzice posiadali około 48-morgowe gospodarstwo. W tym czasie było to bardzo dużo. Ja byłem najstarszy z rodzeństwa, więc pomagałem rodzicom. (...)

Już od połowy sierpnia na drodze z Chorzel w kierunku Różana zrobił się duży ruch. Ludzie uciekali przed zbliżającą się wojną. Ten ruch jeszcze się nasilił w ostatnim tygodniu sierpnia. Jechali oni z terenów graniczących z Prusami Wschodnimi. Setki furmanek - bo samochodów wtedy nie było - załadowanych dorobkiem całego życia tych ludzi, a obok wozów szły uwiązane krowy. Nikt już nie miał złudzeń, że wojna wybuchnie. Wszyscy myśleli, że za Narwią będą bezpieczni, że ofensywa wojsk niemieckich zostanie właśnie tam powstrzymana. 

(...) Polscy żołnierze strzegący granicy na północ od Jednorożca pojawili się w naszej wsi już 1 września w godzinach porannych, był to piątek. Cała nasza rodzina już od rana pakowała dobytek na wozy. W tym czasie bombowiec niemiecki zdążył zrzucić już trzy bomby na stacji w Parciakach. Mieszkańcy naszej wsi podobnie jak my pakowali swój dorobek życia i uciekali w popłochu. Do wieczora, gdy weszli Niemcy, w Jednorożcu nie było już żywej duszy. Podobnie sytuacja wyglądała w sąsiednich wioskach: w Małowidzu, Połoni, Olszewce. Wielu mieszkańców Jednorożca schroniło się następnie w Bagatelach koło Ostrowi. 

Ja z rodziną około południa ruszyliśmy za Narew. Drogi w kierunku Rożana były zatłoczone wozami, ludźmi i bydłem. Dookoła słychać było płacz kobiet i dzieci. Z trudem można było się przecisnąć, gdyż wszyscy starali się jak najszybciej uciec przed nadciągającymi oddziałami niemieckimi. Ponadto pierwszeństwo miało wycofujące się wojsko, my cywile musieliśmy czekać aż przejdą. 

Pierwszą noc spędziliśmy w szczycie stodoły w miejscowości Pienice. Następnie udaliśmy się w dalszą drogę w kierunku Różana. Tam pomagali nam przeprawić się nasi żołnierze. Wielu z pośród nich pochodziło z Jednorożca. Służyli tam rezerwiści, między innymi: Kozik Szmul, Łysakowski Lucek, Olszewiak Stanisław, Mordwa Bronisław. Zatrzymaliśmy się w Bródkach kilka kilometrów od Ostrowi Mazowieckiej, gdzie zostali moi rodzice. 

Wraz z innymi mężczyznami uciekliśmy aż do Sokołowa Podlaskiego, ponieważ baliśmy dostać się do niewoli niemieckiej. Chcieliśmy przedostać się przez Rumunię na zachód Europy. Prowadził nas Orłowski z Jednorożca, mówił, że zna te tereny, ponieważ służył w Brześciu. W tej grupie było kilku chłopaków z Jednorożca między innymi: Franek Granoszewski i jego brat Władek, który zginął w czasie jednego z bombardowań. Miał osiemnaście lat. Pochowaliśmy go w leju, który powstał po wybuchu bomby. Napisaliśmy mu tylko kartkę jak się nazywa, bo dowodów to wtedy nikt nie miał. Franek był ranny w brodę i w kolano. Ja pamiętam, że upadłem, przysypała mnie sterta ziemi, spod której nie mogłem później wyjść, usta miałem pełne piasku, a w głowie mi szumiało. 

Jan Sopelewski. Źródło: "Głos Gminy Jednorożec", 2011, 3 (23), s. 10.

Należy podkreślić, że pogoda na początku września 1939 roku była bardzo ładna, w związku z tym niemieckie samoloty bez przerwy bombardowały drogi, po których przemieszczały się oddziały polskie i my uciekinierzy. Widok po bombardowaniu był straszny: „ wiszące na drzewach i krzewach ubrania, a także ludzkie ręce i nogi...". Niestety nie zauważyłem ani jednego samolotu polskiego. Można powiedzieć, że strzelali do nas jak do kaczek. 

Niemcy szybko napierali. Byli zmotoryzowani i dobrze uzbrojeni. Ich działa, jak się później przekonałem, były o wiele większe od naszych dział i były ciągnięte przez samochody w przeciwieństwie do naszych dział, które ciągnęły konie. Pomimo tak wielkiej przewagi wroga, armia polska dzielnie stawiała mu opór. Jedyną przewagę jaką posiadała polska armia, to kawaleria, ale i ona nie mogła stawić czoła w otwartym polu wrogowi, więc kryła się po lasach, które Niemcy też cały czas bombardowali. 

Niestety, nie udało nam się przedostać do Rumuni. W tym czasie wschodnią część Polski zaatakowała Rosja Radziecka. Napotkani po drodze ludzie mówili nam „panowie, co wy robicie, wracajcie, lepiej iść do niewoli niemieckiej niż dostać się w ręce bolszewików". Dlatego postanowiliśmy wrócić do domu. Szliśmy w sześciu, jednak w drodze powrotnej złapali nas Niemcy. Jeden z nich złapał mnie za włosy i zaczął mną szarpać. Następnie zapytał, czy jestem oficerem. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie, dlatego dostałem jeszcze raz. Bili nas zresztą cały czas, nawet za najmniejsze przewinienia, ale głównie po to, żeby się przyznać, że jesteśmy żołnierzami - krew się lała. Następnie nakazali nam usiąść w rowie w którym znajdowało się już około dwudziestu mężczyzn. Około wieczora zabrali nas do koszar w Ostrowi. W tym czasie było nas już około osiem-dziesięciu. W koszarach pojedynczo, każdego z nas, przesłuchiwał oficer, ale odbywało się to już w „delikatny" sposób. 

Miesiąc czasu przesiedziałem w niewoli. W tym czasie około 600 mężczyzn wywieziono do Niemiec na roboty, zostałem praktycznie sam. Wkrótce dołączył do mnie Tański ze Słabogóry. Korzystając z nadarzającej się okazji uciekliśmy do domu. Na początku szliśmy przez pola do Różana. Gdy byliśmy w okolicy Krasnosielca, pytaliśmy napotkanych ludzi, czy na moście w Krasnosielcu nie ma warty niemieckiej? Odpowiedzieli, że już nie ma. Więc przeszliśmy most i udaliśmy się w kierunku Jednorożca. 

W miejscu, gdzie znajduje się figurka zatrzymał się obok nas samochód prowadzony przez szofera, z którego wysiadł oficer i zawołał do nas po niemiecku: 
- Żydzi chodźcie tu!
My byliśmy bardzo brudni, więc wziął nas za żydów. Tański odpowiedział: 
- Panie, my nie Judy, my Polaki. 
Na to on do nas po polsku, lekko zaciągając jak te Kurpiki zza Orzyca.
- To ile żeśta Antki tych naszych żołnierzy nabili?! 
My na to, że my nie jesteśmy wojskowi, tylko cywile. On na to: 
- Nie oszukujcie, takie chłopy to już służą w wojsku! 
My zresztą zgodnie z prawdą odpowiadaliśmy, że nie jesteśmy żołnierzami. W końcu znudzony oficer powiedział:
- A idźcie do domu. 
Tański już na odchodne zapytał Niemca:
- Czy aby ten nasz Jednorożec to cały, nie spalony? 
Niemiec odpowiedział, że niespalony, co nas ucieszyło! Wyjaśnił też nam, że pochodzi z Wielbarka i dlatego tak dobrze zna język polski. 

Do Jednorożca dotarliśmy około 28 września. Sytuację w Jednorożcu po zajęciu go przez Niemców znam tylko z relacji rodziców, którzy wrócili wraz z innymi mieszkańcami do naszej wsi, gdy tylko Niemcy przeszli za Narew. Moja matka mówiła, że po powrocie do Jednorożca, około 8 września nasz dom wyglądał tak samo jak przed naszą ucieczką - wszystko było na swoim miejscu i nic nie zginęło. Wszystkie domy były całe w przeciwieństwie do roku 1915. (...)

Do Jednorożca nie wrócili też Żydzi, którzy mieszkali w naszej miejscowości. Prawdopodobnie wszyscy zginęli. Podobnie jak pozostali mieszkańcy, uciekli już na początku wojny. Uciekli w kierunku wschodnim, do Rosji. W Krasnosielcu takich starych żydów, którzy nie chcieli uciec Niemcy żywcem wrzucili do wapna. (...) Po powrocie do domu pomagałem rodzicom w gospodarstwie, ale Niemcy potrzebowali wciąż tysięcy nowych robotników, dlatego pod przymusem zabrano mnie na roboty.

Dalsze losy Jana Sopelewskiego poznasz we wpisie o robotach przymusowych w Prusach Wschodnich w czasie II wojny światowej: KLIK.


Jednorożec i Stegna na niemieckiej mapie z 1944 r. Źródło.



10. Dziewiętnastolatek z Jednorożca

Józef Pietrak (1920-2014) opowiedział o swoich przeżyciach Janinie Popiołek. Wspomnienia spisała, a ostatnio przekazała do archiwum społecznego, prowadzonego przez Stowarzyszenie "Przyjaciele Ziemi Jednorożeckiej". Oto jego relacja:



W przeddzień wybuchu wojny cały dzień młóciliśmy zboże za pomocą maszyny do młócenia, wialni i kieratu, które ojciec wcześniej przywiózł od Ferenca z Jednorożca. Nad ranem obudził nas ojciec. Słychać było strzały armatnie i samoloty. 


Od wczesnego rana sprzątaliśmy zboże. Do piwnicy w domu poznosiliśmy oczyszczone zboże, a do dołu w stodole nieoczyszczone z plewami. Najpierw w stodole wykopaliśmy duży dół i obstawiliśmy go słomą. Także część słomy zdążyliśmy włożyć do stodoły. Pozostała część została na podwórku. Pamiętam, że z samego rana sąsiad gajowy Lampert [powinno być: Lomperta - przyp. M.W.K.] przyjechał do nas na rowerze i narobił nam ogromnego strachu. Powiedział, że gdzie Niemcy wkraczają to mordują i Polaków. 

Ojciec uszykował wóz na ucieczkę. Zabrał 200 kg żyta, proso (na kaszę jaglaną), mama włożyła pościel, ubrania i chleb. Za wozem szły 4 krowy i czarny bysiek, a 2 nieduże świniaki szły pod wozem. Wzięliśmy także psa. Ja i starsze rodzeństwo przy pomocy psa gnaliśmy krowy. Miałem wtedy 19 lat. Wyjechaliśmy pod wieczór wszyscy – rodzice i 7 dzieci. Z nami wozami jechali także sąsiedzi: Lomperty i Bakuli [powinno być: Bakuły - przyp. M.W.K.]. Jechaliśmy w kierunku na Pułtusk. 

Pierwszy nocleg mieliśmy we Frankowie pod Pułtuskiem. Przenocowaliśmy na podwórku u jakiegoś gospodarza. Ojciec zakopał proso w ogródku u gospodarza, gdyż dla jednego konia było zbyt ciężko. Tu rozdzieliliśmy się z Lampertami [powinno być: Lompertami - przyp. M.W.K.] i Bakułami. My dalej pojechaliśmy do Pułtuska na „Popławy” za Narew, gdyż mama miała tam rodzinę. Ojciec zabrał swojego teścia (ojca mamy), który mieszkał w Pułtusku oraz brata mamy z żoną i małą córeczką. Pojechaliśmy do wioski Grabowiec. Pamiętam, jak nad tą wioską przelatywał samolot niemiecki, a nasze wojsko uciekało do pobliskiego lasu. 

Tego dnia dojechaliśmy do Popowa koło rzeki Bug. Ojciec chciał jechać dalej za Bug, ale wojsko polskie po przeprawieniu się promem za Bug pocięło prom, by już cywile nie jechali dalej, nie przeprawiali się przez rzekę. Żołnierze mówili, że za Bugiem są liche ziemie i piaszczyste drogi. 

Nocowaliśmy w Popowie u jakichś gospodarzy jedną noc. Gospodarze byli dobrymi ludźmi dla nas. Ja z bratem mamy (moim wujem) przenocowaliśmy w szczercie na podwórku, a mama i wujenka z dziećmi w domu. Cały czas słychać było strzały nie wiadomo czyje- polskie czy niemieckie. W Popowie byliśmy 2 dni. Gospodarze dawali nam jeść, krowy chodziły po pastwiskach tej wsi. 

Pamiętam, że na łąkach była sadzawka, przy której bawili się dwaj chłopcy - Polak i Żyd. Nadleciał samolot niemiecki i zrzucił bombę, która zabiła żyda. Widziałem pogrzeb żydowski. Żydowski śpiewak łzawym głosem wyśpiewywał modlitwy nad grobem. 

Następnie ojciec wyruszył wozem z powrotem na „Popławy”, a ja z wujem wolniej gnaliśmy krowy. Wtedy po raz pierwszy spotkałem Niemców. Drogą przy naszych krowach przechodziło dwóch żołnierzy niemieckich. Gnali przed sobą dużą grupę polskich cywilów. Do jednego z żołnierzy nasz rezolutny bysiek podskoczył, tak, że aż go przewrócił. Z wrażenia obydwaj z wujem skryliśmy się za najbliższym kopcem. Baliśmy się, że przyłączą nas do grupy jeńców. Skończyło się tylko na strachu. Okazało się, że Niemiec wstał otrząsnął się, a drugi głośno śmiał się. 

Z powrotem wróciliśmy na „Popławy” w Pułtusku. Ojciec poszedł do swojego znajomego z okresu pracy w Pułtusku - Waśniewskiego, który miał łódkę. Łódką ojciec przewiózł wszystkie nasze rzeczy na drugą stronę Narwi do Pułtuska, natomiast nasz wóz ojciec przeprowadził z „Popław” na podwórko do tego kolegi. U Waśniewskiego nocowała moja mama z młodszym rodzeństwem oraz dwoje dzieci Pawła Wilgi z Jednorożca i kobieta o nazwisku Mydlak (jej siostra była żonata za Opalachem z Jednorożca). Pogubili się oni ze swoją rodziną podczas pilnowania krów. Ja zostałem na noc z krowami na „Popławie”. Pasłem także krowy Wilgi Pawła. 

Pamiętam, jak nocą, otulony swoją kurtką, zasnąłem pod jakimś wozem. Rano po przebudzeniu spostrzegłem, że nie ma krów. Dobrze, że przy mnie pozostał nasz mądry pies. Pomógł mi je odnaleźć – pasły się dalszych łąkach. Na drugi dzień podjąłem próbę przeprawienia się z krowami przez Narew do „Popław”. Było bardzo dużo furmanek i bydła. Na Narwi oba mosty drewniany i betonowy od strony Pułtuska były pozrywane. Niemcy przeprawiali się promami wojskowymi, a my przeprawialiśmy się w pław. Woda była głęboka po same piersi. Krowy bały się wejść do rzeki mimo, że miałem solidny bat w ręku. Pomogli mi je wegnać inni uciekinierzy. Wszystkie wozy i bydło przeprawiało się tym samym w miarę bezpiecznym szlakiem. Poza jednym wozem! Pamiętam, że młody gospodarz, który miał na wozie starszą osobę – swoją mamę lub babcię – przeprawiał się trochę dalej. Wóz się przewrócił, wypadły wszystkie rzeczy, starsza pani zaczęła tonąć. Ludzie na łodziach szybko podpłynęli i uratowali kobietę i jego rzeczy. Słyszałem, jak opowiadali, że mimo starszego już wieku pani tak silnie chwyciła się łódki, że mężczyźni nie mogli oderwać jej rąk od łódki. 

Po kilku dniach wyruszyliśmy wraz z dziećmi Wilgi i Mydlakówną do Jednorożca. Po drodze zatrzymaliśmy się w Lipie u znajomego mojego ojca – Wywigacza, gdzie poczęstowano nas obiadem. W Jednorożcu zastaliśmy nasze gospodarstwo w takim stanie jak je zostawiliśmy, tylko kury z głodu powydziobywały wszystkie słoneczniki w ogródku. Dokończyliśmy sprzątanie słomy do stodoły. Za jakiś czas ojciec przywiózł nasze proso z Frankowa pod Pułtuskiem.

Ok. roku 1939-1941. Spotkanie młodzieży z Jednorożca w lesie „Kociołek”. Z tyłu stoją od lewej: Jan Obrębski, Czesław Piotrak; od prawej: Stanisław Kardaś, Paweł Bakuła, Kazimierz Mieczysław Lesiński, dalej Adela Wronowska (?, wysiedlona do Jednorożca). Siedzą wyżej: od lewej Bronisław Grabowski, po prawej Czesława Chudzik na kolanach Mieczysława Siedleckiego. Siedzą na ziemi od lewej: drugi Jan Wilga, Fronczakowa, piąta w tej grupie to Maria Kardaś. Z przodu leży Franciszek Arczyński, organista z Jednorożca. Zbiory Krystyny Lesińskiej z USA.

11. Dwudziestosiedmioletni mieszkaniec Przasnysza
Mieczysław Nizielski (1912-1997) po latach pisał, że ostatnie lata przed wojną były nerwowe, pomimo tego, że generalnie w mieście polepszyły się warunki życia, a na rynku pracy występowała lepsza koniunktura. Niepokój potęgowały częste doniesienia prasowe o zbrojeniu się Niemców.

W Przasnyszu, jak i w innych miastach naszej Ojczyzny, odbywały się manifestacje, pochody, wiece i różne zebrania z transparentami, na których slogany "Silni, zwarci, gotowi", "Nasze Prusy, nasz Gdańsk" i inne oznajmiały, że oto zbliża się chwila rozprawy jak w 1410 roku z odwiecznym wrogiem. Jak myśmy wierzyli naszym wodzom, jak myśmy ich uwielbiali! Widzieliśmy w nich bohaterów, którzy, gdy nadejdzie chwila rozprawy, poprowadzą nas aż do zwycięstwa - notował w latach siedemdziesiątych XX w.

W ostatnich dniach sierpnia 1939 r. atmosfera była pełna napięcia. Wyczekiwało się na coś strasznego, coś co przyjdzie niebawem i nie ma na to żadnej rady. Nie kładliśmy się spać. Całymi nocami czekaliśmy na rogatkach Chorzelskich na przyjście wielkiej armii Wojska Polskiego w kierunku Chorzel i granicy pruskiej. Czekaliśmy, że przez Przasnysz przewali się setki czołgów, armat, pojazdów i wszelkiego innego sprzętu wojskowego w kierunku granicy Prus Wschodnich. Wszak mówiło się powszechnie, że Polska Armia najdalej w ciągu tygodnia od chwili wybuchu wojny opanuje i najmie całe Prusy Wschodnie aż po Gdańsk.  A tymczasem przedostatniej nocy zobaczyliśmy tylko jak przemaszerowało pieszo przez Przasnysz kilka kompanii wojska polskiego w kierunku na Chorzele oraz przejechało kilkanaście lekkich tankietek również na Chorzele.

Ścisnęły się serca. Jak to, więc ta garstka zmęczonego wojska i te kilkanaście tankietek ma zawojować Prusy Wschodnie? - pisał po latach. 

W dniu 1 IX 1939 r. Nizielski usłyszał o świcie eksplozje armatnie od strony Chorzel. Wybuchła II wojna światowa, która zmieniła wszystko...


Przasnyski rynek w czasie II wojny światowej. Źródło.





Bibliografia:
Źródła: 
Archiwalia: 
Archiwum społeczne w gminie Jednorożec [nazwa nieoficjalna]
Wspomnienia Józefa Pietraka (spisała Janina Popiołek z Piotraków), [mps] 2014; 

Muzeum Historyczne w Przasnyszu 
Nizielski M., Przasnysz i ja (pamiętnik), „Pamiętnik Przasnyski”, 3 (1978), Mźr. 24/4;
Wardakowa M., Wspomnienia z lat 1927–1939 dotyczące pracy w Jednorożcu – w szkole i w środowisku, Kraków 1979, sygn. Mźr 118; 

Wspomnienia drukowane: 
Kłoczowski E., Wspomnienia mazowieckiego ziemianina z lat 1897-1951, Ciechanów 2006;
Lorenc Z., Wspomnienia wojenne Jana Sopelewskiego z lat 1939-1945, [w:] Zapiski Ziemi Jednorożeckiej, red. M. Dworniczak i in., Jednorożec 2011, s. 121-124;
Łasman S.J., Wojenne losy nastolatki, Kropka-Kalisz 2007;
Wybuch II wojny światowej we wspomnieniach mieszkańców gminy, oprac. M. Dworniczak, Z. Lorenc, [w:] Zapiski Ziemi Jednorożeckiej, red. M. Dworniczak i in., Jednorożec 2011, s. 116-120;

Wspomnienia niewydane drukiem: 
Rykowska W., Moje 17 przeprowadzek, [mps], kopia udostępniona przez Jana Dulaka; 

Opracowania:
KLIK;
Zugaj L., Historia administracji w gminie Jednorożec, Jednorożec 2015.


Do następnego!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza