2 kwietnia 2022

Wielki Post i Wielkanoc na Kurpiach Zielonych

Zapraszam Was dziś na wpis, który jest kontynuacją opowieści z zimy. Wówczas przedstawiłam okres od Adwentu do zapustów. Dziś kontynuuję narrację o roku kalendarzowym Puszczy Zielonej, koncentrując się na czasie od Środy Popielcowej do Wielkanocy. Co działo się w okresie wielkopostno-wielkanocnym? Czym były fontanny? Jak wysokie bywały kurpiowskie palmy? Po co robiono bujacki? Czym były turki, czym kruki, a czym farfocle? Tego i jeszcze więcej dowiecie się z lektury tego artykułu.



Wielki Post jako okres poprzedzający najważniejsze święto chrześcijańskie, czyli Wielkanoc, jest na Kurpiach ważnym czasem. Zaczyna się Środą Popielcową i trwa 6 tygodni. Podczas nabożeństwa kapłan posypuje głowy parafian popiołem i przypomina o kruchości oraz ulotności ludzkiego życia. Dozwolone jest zabranie popiołu do chusteczki i posypanie nim głów domowników, którzy nie mieli możliwości być na mszy. Dawniej tego dnia chłopcy biegali po wsi, sypiąc na głowy dziewcząt popiół. Głowy osób łysych posypywano grochem.

Na Kurpiach dawniej tego właśnie dnia gospodynie gromadziły się w karczmach i urządzały tam taniec na konopie (taniec konopny). Śpiewały coby konopie tak wysoko rosły. Chodziło o to, by przez rytmiczne podskakiwanie wywołać wzrost konopi i lnu. W czasie tańca klaskano, co miało odstraszyć złe moce. nie daj Boże, by ich obecność podczas tańca źle wpłynęła na ziarno! Taniec przypominał taniec korowodowy.

Według opisu z 1903 r. spotkanie wyglądało następująco: Po postnym poczęstunku śpiewają sobie wesoło; przyczem dzielą się jakby na dwa obozy: gospodyń, t.j. włościanek, mających własne chaty i grunt, oraz komornic, t.j. wieśniaczek, które własnego domu, ani ziemi nie mają, mieszkają po cudzych chatach na komornem i chodzą na zarobek. W śpiewach tych jedne drugim robią żartobliwe docinki; gospodynie, niby to dumne ze swego bogactwa, wyśmiewają się z komornic, ale te nie dadzą się, jak to mówią, zjeść w kaszy, i odcinają im się ostra. (...) Obie strony całe to przekomarzanie się uważają za żarty, o które nikt nie nie obraża (...). Śpiewają przy tym:
Gospodynie:
Jedzie Zapust na koniu, wywija po moście,
Frasują się komomice, co bedą jeść w poście. 
Komornice:
Stoi beczka śledzi,
Niech każda je, w domu siedzi.
Gospodynie:
Jedzie Zapust na koniu, wywija po moście,
Frasują się komornice, co bedą pić w poście. 
Komornice:
Stoi beczka piwa,
Niech każda pije, póki żywa.
Gospodynie:
Jedzie Zapust na wozie,
Ciagnie mięso na powrozie,
I przyjechał k'nam, k'nam.
Komornice:
Krzyknął: chude gąski mam!
Wypędzę je na murawkę,
Niech zieloną szczypią trawkę,
A tu zima — trawy nie ma,
Gąski pozdychały,
Gosposie się oblizaly.

Pod Nowogrodem zabawę kobiet kończył zapust, chłopiec przebrany za konika, któzy wpadał do izby, posypywał głowy popiołem i gasił światło. To był znak, że czas zabawy się skończył. Zaczynał się czas pokuty. Pojawiają się relacje, że zapust to zwyczaj związany z wtorkiem przed Środą Popielcową, dlatego wspomniałam o nim także we wpisie o okresie zapustowym: KLIK.

Rys. Izabela Cierpikowska. Źródło grafiki.

Okres Wielkiego Postu to czas refleksji, wyciszenia i przygotowań do Wielkanocy za pomocą różnych nabożeństwa pasyjnych. W każdą niedzielę w kościołach odbywają się Gorzkie Żale. Dawniej śpiewano je z podziałem na role: raz kobiety, raz mężczyźni. Śpiewano wiele pieśni pasyjnych, także w gwarze.


We wsiach oddalonych od kościołów parafialnych na nabożeństwa spotykano się w domach gospodarzy. Śpiewano pieśni wielkopostne, czytano rozmyślania Drogi Krzyżowej. Na zachodnim skraju Kurpiowszczyzny takie spotkania nazywano fontannami.

Dysponujemy opisem takiego nabożeństwa. Ksiądz Władysław Skierkowski w 1931 r. zapisał: We wsiach Rycica i Ramiona, parafia Baranowo, opowiadano mi (65-letni Feliks Grzyb), że zbierają się oni do jednego gospodarza, który odznacza się żarliwością w chwale Boga i dobrze śpiewa, i u niego śpiewają pieśni postne i odczytują rozmyślania. Nabożeństwo (...) Składa się ono z 5 części, a każda część ma 2 pieśni i jedno rozmyślanie. Pieśni te mają w starym śpiewniku. Jeden jedyny egzemplarz takiego śpiewnika z "fontannami" znalazłem u Feliksa Grzyba z Rycicy. A tak kochają to nabożeństwo, że gdy się dowiedział Kurp z Bakuły o tych pieśniach ode mnie, prosił mnie na wszystkie świętości, bym przyczynił się do ich wydrukowania. Nie masz w nich nic nadzwyczajnego ani w treści słownej, ani w melodii. Podaję je (nie w całości) jedynie jako rzecz nigdzie niespotykaną. Pieśni wydrukowano w t. 3 Puszczy Kurpiowskiej w pieśni. Znajdziecie je online po kliknięciu poniżej grafiki (opis zaczyna się na s. 112).

Źródło: W. Skierkowski, Puszcza Kurpiowska w pieśni, t. 3, red. H. Gadomski, Ostrołęka 2003.

W Wielkim Poście urządzano też Boże Obiady, czyli całodobowe nabożeństwa w intencji wszystkich zmarłych z danej wsi i dusz czyśćcowych. Śpiewano pieśni nabożne, odmawiano modlitwy za zmarłych, litanie i różaniec. O zwyczaju pisałam w tym wpisie: KLIK. Takie nabożeństwa odbywają się do dziś, a w niektórych parafiach są przywracane.


Jak post, to post. Ze stołów znikało mięso, miód, cukier, tłuszcze. Zofia Warych z Myszyńca wspominała, że w czasie postu jedzono bardzo skromnie. Mleko mogły jeść tylko kobiety karmiące i w ciąży, z reszty mleka, przygotowując się do Wielkanocy, robiono sery i masło. W ciągu postu często jedzono żury, np. z buraków (pokrojone warzywa soliło się i zalewało ciepłą wodą, czekano, aż wywar przykryty materiałem się zakisi. Z tego gotowano żur. Doprawiano tylko mlekiem, nie było mowy choćby o śmietanie. Smaczny był żur chlebowy z dodatkiem warzyw i grzybów. Na blachach po chlebie podsuszono kaszę np. jaglaną lub gryczaną. Potem kaszę mielono w żarnach. Używano jej jako gotowanej, ale też do kaszanek. W czasie postu był w użyciu własnej roboty olej lniany. W domu Cecylii Staśkiewicz (z domu Orzoł) w Czarnotrzewiu w okresie wielkopostnym jedzono barszcz z kapusty i grzybów, ziemniaki i ich przetwory (np. placki ziemniaczane), brukiew, marchew, śledzie.

W połowie Wielkiego Postu (w środę w czwartym tygodniu postu) trzeba było wybić półpoście. Robiło się to za pomocą kija. Młodzi chłopcy chodzili po wsi i uderzali kijami o ściany domów. Miał to być sygnał, że minęła połowa czasu zadumy, że czas zintensyfikować przygotowania do Wielkanocy. Poza tym chłopcy tłukli stare gliniane garnki o drzwi albo wrzucali je, wypełnione popiołem, do chałup.

Zwyczaje były kultywowane przez Kurpiów nawet na emigracji, szczególnie w przypadku tych, którzy wyjechali z regionu w poszukiwaniu nowego domu. Na Pomorzu sąsiedzi, nie-Kurpie, zauważali, że ci z Kurpi mieli taką tradycję, że w połowie postu tam gdzie były dziewczyny, to malowano okna popiołem [najczęściej popiołem zmieszanym a wodą, potem także z farbą – przyp. M.W.K.], a tam gdzie dziewcząt nie lubiano to okna potrafili pomalować farbą. Później trzeba było myć i szorować. Przewracano płoty, to się nazywało śródpoście, taka była u nich tradycja. Złośliwi psotnicy smarowali okna nieczystościami albo trudnymi do zmycia farbami olejnymi.

Choć żarty młodzików mogły być dokuczliwe, to wszyscy, nawet najbardziej pobożni, je tolerowali. Półpoście i psoty tego dnia to znak, że zbliża się czas bezpośrednich przygotowań do Wielkanocy. W niektórych rodzinach od tego dnia zaostrzano post, starając się nie spożywać gorących potraw.

Poniżej kilka zdjęć żartów w Parciakach między 2013 a 2016 r.: kosze zawieszone na słupach, wychodek wystawiony na chodnik przy głównej drodze, niespodzianki na przystanku autobusowym czy brama zdjęta z zawiasów i zawieszona na płocie. Zdarzało się, że furki i bramy przenoszono do sąsiadów. Poza tym tarasowano drzwi, by nie można było ich otworzyć od wewnątrz. Rozbierano wozy, zaytkano komin słomą albo szybą.


Półpoście w Parciakach, 2014 r. Fot. Małgorzata Makowska

Półpoście w Parciakach, 2015 r. Fot. Małgorzata Makowska

Półpoście w Parciakach, 2016 r. Fot. Małgorzata Makowska

Półpoście w Parciakach, 2016 r. Fot. Małgorzata Makowska

Marian Deptuła (*1947) zapisał wspomnienia z okresu młodzieńczego dotyczące czasu Wielkiego Postu: Przy wielu takich pracach, tj. (…) odmawianiu różańca w każdą środę i piątek (głośno, całą rodziną) oraz uczestnictwie w cotygodniowej drodze krzyżowej, okres wielkiego postu do niedzieli palmowej zleciał nie wiadomo kiedy.

Niedziela Palmowa, zwana na Kurpiach Kwietną lub Wierzbną, rozpoczyna okres świąteczny. Dawniej podczas procesji z palmami dziewczęta rzucały swoje palemki księdzu pod nogi. Jeśli na nie nadepnął, była to oznaka zamążpójścia  w ciągu najbliższego roku.

Niedziela Palmowa w Chorzelach. Źródło: Chorzele w obiektywie 19001939, Chorzele 2006, s. 66. Fot. ze zbiorów A. Budnej.


Współcześnie Niedziela Palmowa to jedno z najbardziej rozpoznawalnych świąt na Kurpiach, bowiem gromadzi tysiące ludzi na imprezie "Palma Kurpiowska" w Łysych. Jest organizowana od 1969 r. Niemniej już wcześniej w tym miejscu gromadziły się rzesze wiernych z wysokimi palmami, co widać na archiwalnych zdjęciach. W okresie międzywojennym nz wysokich palem słynęły też inne parafie kurpiowskie: Myszyniec, Kadzidło, Baranowo i Lipniki.

Msza w Niedzielę Palmową w Łysych, 1966 r. Źródło: National Archives of the Netherlands

Msza w Niedzielę Palmową w Łysych, 1966 r. Źródło: National Archives of the Netherlands

Konkurs w Łysych zainicjował proboszcz ks. Adolf Pogorzelski. Zauważał zanikający zwyczaj, dlatego postanowił go ratować, organizując konkurs na najwyższą i najpiękniejszą palmę. Z czasem konkurs objął cały region i stał się ważną dużą imprezę folklorystyczną, przyczyniając się do promocji Kurpi Zielonych, ale też integrując społeczność. O tym, jakie były dążenia organizatorów, możemy się dowiedzieć z protokołu konkursowego, spisanego 31 III 1969 r.: Pragniemy, aby życzenia badacza Kurpiowszczyzny  doc. dr Adama Chętnika spełniły się i na Niedzielę Palmową zjeżdżały co roku do Łysych liczne rzesze turystów, by podziwiać piękne, olbrzymie puszczańskie palmy. Chętnik już w latach dwudziestych XX w. zauważył, że wysokie palmy wychodziły z mody i zależało mu na tym, by zachować tę tradycję.

Pierwszy konkurs na taśmach filmowych udokumentowała Telewizja Białostocka, Polska Kronika Filmowa i CAF. Ministerstwo Kultury i Sztuki wspierało organizatorów (Muzeum Północno-Mazowieckie w Łomży i szkoła podstawowa w Łysych), a szczególnie wyróżniła się przewodniczącą pierwszej komisji konkursowej, Barbara Zagórna-Tężycka. W pierwszych latach konkursu ważną rolę odegrali, oprócz wspomnianych: proboszcz parafii Lipniki ks. Aleksander Urynowicz, Karaszewscy z Kurpiowskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego w Łysych, Józef Petrusewicz, a także wspierające finansowano i organizacyjnie konkurs Cepelia, w tym spółdzielnia "Kurpianka" z Kadzidła. Po 1975 r. organizację konkursu przejęło Muzeum Okręgowym w Ostrołęce (dziś Muzeum Kultury Kurpiowskiej). Oprócz konkursu na palmę organizowano też kiermasz, w któym brali udział twórczynie i twórcy ludowi zrzeszeni w Oddziale Kurpiowskim Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Współcześnie głównymi organizatorami są: Kurpiowskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, parafia w Łysych, Gminny Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji w Łysych oraz wójt gminy Łyse i Starostwo Powiatowe w Ostrołęce.

Więcej zdjęć z Niedzieli Palmowej w Łysych w latach 80. XX w. można znaleźć w zbiorach Ośrodka KARTA.

Niedziela Palmowa w Łysych, 1976 r. Archiwum Klubu "Unikat" na UW. Źródło fotografii.

Niedziela Palmowa w Łysych, lata 70. XX w. Studenci i studentki UW reanimujący zwyczaj "Konkursu na najwyższą palmę wielkanocną", przebrani za Kurpsiów przez Jadwgię Chętnikową, ówczesną kustoszkę skansenu w Nowogrodzie. Stroje i palmy mieli ze skansenu w Nowogrodzie. Fot. U. Weselak, archiwum Klubu "Unikat" na UW. Źródło fotografii.

Niedziela Palmowa w Łysych, 1975 r. Fot. U. Weselak. Źródło fotografii.


Niedziela Palmowa w Łysych, 1980 r. Fot. Izabella Dziewanowska. Źródło fotografii.

A jak było dawniej? Wierzono, że kto tego dnia pierwszy wstanie, powinien za pomocą małej palemki lub witki obudzić pozostałe osoby słowami: Nie ja biję, palma (wierzba) bije. Za tydzień wielki dzień, za sześć noc Wielkanoc.

Z palmą chodzono do kościoła, a jej kręcenie albo wicie było ważnym momentem przedświątecznych przygotowań. Nie wszędzie robiono bardzo wysokie palmy. Marian Deptuła z Jednorożca wspominał: Nasze palmy – jak pamiętam, były bardzo ładne, kolorowe, ale nie takie jak w Kadzidle czy Myszyńcu. Jednym zdaniem – nie były takie „konkursowe”.

Kobieta podczas przygotowania palmy. Fot. Grażyna Rutkowska, 1979 r. NAC, sygn. 3/40/0/9/245

Zofia Samul z Dębów (młodsza) oraz (?) podczas przygotowania palmy. Fot. Grażyna Rutkowska, 1979 r. NAC, sygn. 3/40/0/9/245

Zofia Samul z Dębów (młodsza) oraz (?) podczas przygotowania palmy. Fot. Grażyna Rutkowska, 1979 r. NAC, sygn. 3/40/0/9/245

Zofia Samul z Dębów podczas przygotowania palmy. Fot. Grażyna Rutkowska, 1979 r. NAC, sygn. 3/40/0/9/245

Zofia Samul z Dębów podczas przygotowania palmy. Fot. Grażyna Rutkowska, 1979 r. NAC, sygn. 3/40/0/9/245

Palemki przygotowywano samodzielnie. Kilka tygodni wcześniej wkładano do wody gałązki wierzby, malin lub czarnej porzeczki, by puściły listki. Niektóre nawet zakwitały. Bogatsze palmy wito na prętach z młodych sosenek lub leszczyny, oplatając je borówkami, warkocznikiem, bukszpanem, cisem, jałowcem i innymi roślinami, przybierając kwiatami z kolorowej bibuły i długimi kolorowymi wstążkami. Ważne było to, by wybrać pręt leszczynowy albo z choinki z obciętymi gałęziami, ale z rozdwojonych czubkiem. Najwyższe palmy na Kurpiach miały dawniej 3–4 metry (dziś nawet 8 metrów!). Wysokość miała zapewnić dzieciom w rodzinie długie życie i wysoki wzrost. Ścigano się więc, kto będzie mieć wyższą palmę. Rywalizowały dziewczęta, rywalizowały i całe wsie. W ramach konkursu w Łysych widać dążność do jak najdokładniejszego odtworzenia kwiatów, które występują w rzeczywistości, choć niekoniecznie w przydomowych ogródkach.

Robienie kurpiowskich palm w Łysych, marzec 1988 r. Fot. Sławomir Olzacki


Mniejsze palemki do kościoła nosiły dzieci, a te wysokie dziewczęta i dorosłe kobiety. Dawniej najpiękniejsze palmy mieli kapłani i brastewni. Niektóre palmy zostawiano potem w kościele, a popiół powstały z ich spalenia wykorzystywano w kolejnym roku do posypania głów wiernych w Środę Popielcową.

Palmy z choiny, Łyse. Fot. Adam Chętnik. Fot. Adam Chętnik. Źródło: Adam Chętnik, Zwyczaje wielkanocne na Kurpiach, "Ziemia", 17 (1932), 3, s. 68–71.

Chłopiec z palmą sosnową, Myszyniec. Fot. Adam Chętnik. Źródło: Adam Chętnik, Zwyczaje wielkanocne na Kurpiach, "Ziemia", 17 (1932), 3, s. 68–71.

Niedziela Palmowa w Kadzidle, fot. Jacek Olędzki. Źródło: J. Olędzki, Sztuka Kurpiów, Warszawa 1970.

Marian Deptuła z Jednorożca wspominał: Po poświęceniu, taką palemkę, Mamusia zakładała za któryś ze świętych obrazów. Palmy przechowywano do następnego roku, bo uważano, że mają magiczną moc. Pełniły funkcję piorunochronu, a bazi z palmy używano jako lek na ból gardła. Dymem z palmy okadzano mieszkanie w razie chorób. Zapowiedzią pomyślności było wypuszczenie listków przez palmę, którą posadzono w ziemi. A najlepiej, gdyby urosła jako drzew albo drzewo! Poza tym palmą uderzano bydło, gdy po raz pierwszy wychodziło na pastwisko.

Dawniej w Puszczy Zielonej na początku Wielkiego Tygodnia albo jeszcze przed Niedzielą Palmową wystawiano bujackiwoziawki lub bejacki, czyli po prostu huśtawki. Robiono je z dwóch wysokich drągów albo pni drzew, pomiędzy wstawiano oś, a na niej przywieszano dwa pionowe drążki. Siadano lub stawano na deseczce, która łączyła na dole te dwa pionowe drążki. Stawiano je na obrzeżach wsi. Huśtawki miały 10, a nawet więcej metrów wysokości. Adam Chętnik o bujackach pisał tak: Bujanie odbywało się nieraz na wysokości kilku pięter, a od samego patrzenia można dostać zawrotu głowy... Zwyczaj bujania uważany jest za rozrywkę, w zamierzchłych zaś czasach... był niejako dopełnieniem pewnych obrzędów wiosennych. Zdarzały się i wypadki, więc w pewnym momencie zakazano robienia tak wysokich huśtawek.

Skąd ten zwyczaj? To tradycja przedchrześcijańska. Wierzono, że huśtanie niejako "popycha" młodą dziewczynę do małżeństwa, albo, według innych wierzeń, pomaga konopiom i lnowi rosnąć. Zawieszanie huśtawek na młodych drzewach albo wykonywanie ich z gałęzi młodych drzew miało zapewnić huśtającym zdrowie przez cały rok.

Bujacki we wsi Ptaki w gminie Turośl. Fot. Adam Chętnik. Źródło: Adam Chętnik, Zwyczaje wielkanocne na Kurpiach, "Ziemia", 17 (1932), 3, s. 68–71.


Na początku Wielkiego Tygodnia robiono porządki. Wynoszono wszystko z chałup, np. łóżka, które myto i parzono. Bielono ściany w izbach, wykonywano nowe dekoracje (wycinanki, kwiaty z bibuły na ołtarzyk w świętym kącie, kokardy z bibuły na ramy obrazów, wycinane firanki z białego papieru). Izby dekorowano gałązkami borówek, świerku i warkocznika. Mężczyźni sprzątali podwórza, zajmowali się zwierzętami i pszczołami w przydomowych pasiekach, robili zapasy jedzenia dla zwierząt, by w święta nie musieć pracować.

Stanisława Olender ze Strzałek wykonująca wycinanki. Fot. Grażyna Rutkowska, 1976 r. NAC, sygn. 40-9-246-4


W tzw. Wielkie Dni (Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielka Sobota) trwały ostatnie przygotowania do świąt. Czas spędzano na nabożeństwach w kościele. Jak zapamiętał Marian Deptuła (*1947), Wielki tydzień, a zwłaszcza trzy dni poprzedzające Zmartwychwstanie Pańskie, to było dla wszystkich domowników wielkie przeżycie. Rekolekcje, spowiedź święta, adoracja Pana Jezusa w ciemnicy i przy grobie Pańskim (…) to były role trudne do przecenienia. Jedną z „atrakcji” tego czasu było zastąpienie w liturgii mszy świętej popularnych dzwonków – kołatkami i grzechotkami. Dawniej hałas, jaki robili chłopcy, biegając koło kościoła i używając grzechotek i kołatek drewnianych, nazywano odstraszaniem lub straszeniem Judasza. Drewniane kołatki robione przez młodych chłopców zwano farfoclami. Kołatek używa się od zakończeniu śpiewu Chwała na wysokości Bogu podczas mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek aż do Wigilii Paschalnej. W tym czasie nie gra się na organach, organista śpiewa a capella.

Drewniana kołatka ze zbiorów Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce, nr inw. MOO/E/2676. Źródło zdjęcia.

W te „Wielkie Dni” (…) nie wolno było zabijać żywizny, używać młota, siekiery, żaren ani czynić żadnego hałasu. Szczególnie Wielki Piątek był obwarowany wieloma zakazami i zwyczajami. Nie można było podejmować prac polowych, głównie kopania ziemi, z szacunku dla ciała Jezusa złożonego w grobie. Jeśli akurat tego dnia przypadał pogrzeb, przekładano go na Wielką Sobotę. Nie siano, bo wierzono, że zasiane w Wielki Piątek nie wzrośnie. Mówiono: kiędy w piątek Męka Boża, nie zasiewaj nigdy zboża. Jednak deszcz w Wielki Piątek zapowiadał dobre plony.

W niektórych wsiach nauczyciele wybierali zdolniejszych chłopców, by chodzili po wykupie z oracją podczas Wielkich Dni. Śpiewali wówczas pieśni pasyjne, mówili wiersze o Męce Pańskiej i czekali, aż gospodyni ich wynagrodzi. Otrzymywali wykup, czyli jajka lub drobne pieniądze. Towarzyszył im nauczyciel, a na koniec wędrówki po wsi, w podziękowaniu, dawał chłopcom poczęstunek.

Jak wyglądało takie spotkanie? Wchodząc do chałupy, chłopcy mówili: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, a po otrzymanej odpowiedzi "Na zieki zieków"! odśpiewali razem po łacinie znaną do dziś ze śpiewników kościelnych pieśń: "Ave Maria Stella Dei Mater alma" itd. Po odśpiewaniu na kolanach tej pieśni, której łacina nie byk jak imponowała słuchającym gospodarzom, następowały oracje, wypowiadane przez paru lub wszystkich chłopców po kolei. Najpierw zaczynał ten, który niósł krzyż:

W Wielki Czwartek, w Wielki Piątek,
Cierpiał Pan Bóg za nas smutek,
Smutek, smutek, biczowanie,
Cierpiał Pan Bóg krzyżowanie.
Najświątsza Panna wielki smutek miała,
Gdy syna swego na krzyżu widziała. 
Gdy Pan Chrystus zmartwychwstanie,
A my takie mile dziatki,
Schodzilim ale, do gromadki,
My tam wielki smutek mieli,
Gdyśmy sią uczyć nie chcieli, 
Żeśmy do szkoty niechatnie chodzili,
Bo tamój nas dobrze przestrzegano,
I skórę batem nie wytrzepano,
A czasem włosy z głowy wylatały
Gdy za nie darto — to lecieć musiały.
Nie miło nam to było,
Ale pomału to się nadażyło (in. przyzwyczaiło).
Dajcie, dajcie, co Bóg każe,
Tych jajeczków ze dwie parze, 
Bo o jedno nie prosiemy,
Bo się za nie pobijemy.

Drugi orator mówił tak:
Wielgie wesele,
Bóg w ludzkiem ciele,
Świat sie raduje,
Niebo tryumfuje,
Niechże ten Chrystus,
Który tryumfuje,
Da państwo szczęścia,
Fortuny daruje,
Tę nowinę wnoszę,
i o wykup proszę.

Po oracjach gospodyni domu czuła się w obowiązku dać choć parę jajek na ów "wykup". W ten sposób obchodzono wieś przez cacy dzień, przyczem zebrano jajek niejeden spory kosz. Chłopcy za chodzenie dostawali od nauczyciela podwieczorek. Zwyczaj powyższy musiał być przyniesiony na Kurpie z innych stron przez jakiegoś wędrownego nauczyciela, sam zaś "wykup", acz w innej formie, przechował się na całych Kurpiach do czasów przedwojennych. Różnica polegała na tem, że dzieci same przynosiły jaja nauczycielowi do przygotowanego w szkole kosza. Nieprzyjęcie wykupu uważane byłoby za wielką obrazę. Tak w 1932 r. sprawę opisał Adam Chętnik.

Witold Kuczyński oraz chłopcy z Czarni z krzyżem i koszem na wykup, Łyse, 2001 r. Archiwum Witolda Kuczyńskiego. Źródło zdjęcia.

Dawniej (choć także i współcześnie) w Wielki Czwartek i Wielki Piątek "odwiedzano" wszystkie przydrożne krzyże ustawione w granicach wsi. Wyznaczano ten, przy którym spotykała się społeczność, a potem przechodzono do kolejnego. Zatrzymywano się, modlono, śpiewano wielkopostną pieśń i przechodzono do kolejnego. I tak aż obeszło się wszystkie krzyże, a że w kurpiowskich wsiach ich pełno i żadnego nie można pominąć, modlitwa trwała długo. Czesława Kaczyńska, twórczyni ludowa, wspominała, że w Dylewie modlitwa przy krzyżach kończy się po północy.

Na dwa dni przed Wielkanocą Kurpie przygotowują święconki. Dawniej święcenie potraw odbywało się w jednej z chat we wsi. W izbie rozkładało się dużą ławę, na której ustawiane były święconki. Kiedyś pokarm do święcenia Kurpie przynosili w lnianej misce, zawinięty w haftowaną kurpiowską chustę. Z czasem także i tu rozpowszechniły się koszyczki. Nie mogło w nich zabraknąć wielkanocnego baranka, chleba, placka i kiełbasy. Podczas poświęcenia pokarmów składano księdzu wykup, ale znoszczono go bezpośrednio do budynku plebanii i od razu z całej wsi.

Wielka Sobota to, jak opisywał Marian Deptuła, poświęcenie pokarmów z barankiem i pisankami, a wieczorem – święcenie ognia i wodyWstawano o wschodzie słońca. Gospodynie zabierały się do pieczenia, by wieczorem móc uczestniczyć w nabożeństwie. W latach pięćdziesiątych XX w. w Jednorożcu po poświęceniu wody na płonącym koło kościoła ognisku oraz wody w ogromnym cebrzyku, każdy z uczestników chciał uszczknąć coś z ogniska i nabrać wody do buteleczek. No i było tam sporo zwykłych przepychanek, ponieważ nigdy nie starczyło dla wszystkich. My, ministranci, zostawaliśmy specjalnie w tym kłębowisku ludzkim, bo było to coś niepowtarzalnego – wspominał Marian Deptuła (*1947). W ognisku palono palmy z poprzedniego roku, ramy świętych obrazów i rzeźby (poświęcone rzecz można tylko spalić, nie można ich wyrzucić). Wracając z nabożeństwa, gospodarz zabierał ze sobą jeden z węgielków. Obecnie coraz mniej osób kultywuje ten zwyczaj, ale są i tacy, którzy o nim pamiętają, a po zabraniu węgielka wrzucają go do domowego paleniska. Od tego poświęconego węgielka w Wielkanoc zapalano "nowy ogień". Miało to przynieść szczęście domowi. Czasem też kawałeczki węgielków gospodarz wtykał za belkę stodoły, obory i chałupy Miało to chronić je przed piorunami. Z kościółów zabierano do domów poświęconą wodę.

Współcześnie tradycją jest warta przy grobie Jezusa pełniona przez druhów strażaków ze wszystkich jednostek działających w parafii. Sawniej w niektórych parafiach Kurpiowszczyzny wartę przy Grobie Pańskim pełnili turki. To także byli strażacy, ale w specyficznym przebraniu. Wykonywali je własnoręcznie. Mieli wojskowe czapki lub kaski, tekturowe zbroje, tekturowe albo drewniane halabardy, miecze oraz białe szerokie pasy skrzyżowane na piersiach i plecach. Przed świętami turki ćwiczyli musztrę. Straż pełnili od Wielkiego Piątku po południu do mszy rezurekcyjnej. Podczas procesji szli obok księdza pod baldachimem. W trakcie mszy stali na środku kościoła.

Turki przed domem ludowym w Nowogrodzie. Fot. Adam Chętnik. Źródło: Adam Cętnik, Puszcza Kurpiowska, Kraków 1913.

Turki w Nowogrodzie. Fot. Adam Chętnik. Źródło: A. Chętnik, Kurpie, Kraków 1924.

Wielki Piątek 18 kwietnia 1930 r. w Łysych. Fot. Adam Chętnik. Zbiory rodziny Chętników, udostępniła Fundacja Adama Chętnika.


Wielki Piątek 18 kwietnia 1930 r. w Łysych. Zdjęcie prawdopodobnie wykonał Adam Chętnik. Źródło: "Strzelec ", 12 (1932), 13, s. 2.

Turki w Łysych w okresie międzywojennym. Zbiory Eleonory i Stanisława Czyżów z Łysych. Źródło: "Tygodnik Ostrołęcki", 1995, 16, s. 11.

Przy Grobie Pańskim czuwali strażacy, przedstawiciele i przedstawicielki organizacji społecznych, ministranci, mieszkańcy i mieszkanki wsi.

W zbiorach Muzeum Mazowieckiego w Płocku znajduje się trumienka z rzeźbą Chrystusa pochodząca z Kurpi, ale nie wiadomo, z jakiej parafii. Trafiła do muzeum w 1934 r. W "Głosie Mazowieckim" można przeczytać, że obiekt był wystawiany w Wielkim Tygodniu. Trumienka z otwartym wiekiem długości 36 cm., malowana i zdobiona wycięciami, wysłana jest wewnątrz barwnemi tkaninami, na których leży pięknie rzeźbiony i malowany Chrystus.


W Wielką Sobotę święcono święconkę. Odpowiednio wcześniej trzeba było przygotować jajka. Tę czynność podejmowano w Wielkim Tygodniu. Początkowo jajka barwiono na jeden kolor, używając naturalnych barwników, np. łupin cebuli albo kory dębowej. Jajka barwione na ciemny kolor, wręcz czarne, ale nie zdobione woskiem, nazywano krukami. Jak w 1932 r. pisał Adam Chętnik, Pisane jajka gotowane są w odwarze z kory brzozowej lub olszowej, z czubków jałowcowych, w łupinach z cebuli i t. p. przez co otrzymuje się różne zabarwienie skorupki. Od niedawna zaczęto gotować jaja w brezelji, kupowanej w aptekach, dającej kolor czarny.

Na jajkach wydrapywano wzór: czasem prosty, geometryczny, czasem bardziej zaawansowany, np. figuralny. Takie jajka zwano skrobankami. Z czasem popularne stały się jajka zdobione woskiem. Na jajku nanoszono wzory z wosku (musiał być płynny, a używano patyczka), później wkładano jajka do wywaru. Po wyschnięciu i usunięciu wosku na jajku pozostawał wzór. Używano jajek kurzych. Wosk był stopiony z pszczelim klejem albo brzozowymi pączkami (wówczas wzór był żółty). Używano szpilek z łebkiem albo blaszki od sznurowadła oprawionej w drewienku. Według relacji Adama Chętnika z 1932 r., umoczonym w wosku "pisakiem" trzeba manewrować po nagrzanem jajku szybko i sprawnie, inaczej wosk zakrzepnie i na pisanie się nie nadaje. Takie jajka zwano piskami lub pisankami.

Źródło: "Pion", 1946, nr 2, kopia za: KLIK.

Pisanki ze wsi Siwiki w gminie Zbójna. Fot. Adam Chętnik. Źródło: Zwyczaje wielkanocne na Kurpiach, "Ziemia", 17 (1932), 3, s. 68–71.


Pisanki kurpiowskie ze zbiorów Rudolfa Macury. Fot. I. Blicharski. Źródło: R. Macura, Ziemia Kurpiów, Kraków [lata 30. XX w.].

Pisanki na wystawie sztuki ludowej w Kadzidle, 1948 r. NAC, sygn. 3/3/0/43/885/8.

Zdobieniem jajek zajmowały się głównie kobiety: seniorki i młodzież. Pisanek wykonywano dużo i nie tylko do koszyczka wielkanocnego, a głównie jako prezent np. dla chłopaka, który sie podobał dziewczynie, ale też jako wykup, gdy przyjdzie czas na zabawę świąteczną. O tym za chwilę. Pisanek używano też do zabawy. Dzieci turlały jajka z góry, a czyje się stłukło, ten przegrywał. Bawiono się też tak, że przegrywała ta osoba, któej jajko podczas zetknięciu czubkiem z innym jajkiem nadtłucze się. Po zabawie jajka zjadano.

Według Chętnika (1932) pisanki robiono dopiero drugiego dnia świąt, a na ich robienie schodziły się nieraz dziewczęta z kilku chałup, zwykle do starszej "ciotki", która była prawdziwą artystką w pisaniu. Przynosiły też ze sobą po kilka lub kilkanaście jaj, specjalnie wybranych, niezbyt wielkich i niezbyt gładkich, żeby ich się dobrze farba "imała".

Kobieta zdobi pisanki, Fot. Grażyna Rutkowska, 1974 r. NAC, sygn. 3/40/0/9/246/2

Stanisława Bakuła ze Strzałek podczas przygotowania pisanek. Fot. Grażyna Rutkowska, 1974 r. NAC, sygn. 40-9-252-1


Czesława Kaczyńska wspominała, że w Wielką Sobotę gospodynie zdejmowały ze ścian zdobne talerze i kładły je na specjalnych lnianych serwetach. Oprócz jajek układano chleb, masło, jajka, ser, kiełbasę, kawałek mięsa, sól, czasem kawałek placka. Wszystko związywano w węzełek i zanoszono na poświęcenie. Koszyki pojawiły się później. Wykładano je białą serwetą i zdobiono gałązkami borówek. Jeśli we wsi był kościół, święconki zanoszono do kościoła, jeśli nie było, święcono u sołtysa albo wskazanego gospodarza wsi. Ksiądz objeżdżał wioski w parafii i dokonywał poświęcenia pokarmów.

Warto też wspomnieć o tym, że dawniej na Wielkanoc Kurpie udawali się z pielgrzymką na Jasną Górę. Według relacji prasowej z 1882 r. przychodzą oni w Wielki Wtorek lub Środę, boso, nie zważając nawet na mróz i śnieg, i dnie świąteczne przepędzają w Częstochowie. W Wielkanoc roku 1906 na Jasną Górę przybyło ok. 400 osób z parafii Kadzidło. W 1939 r., gdy zapisano, że ta tradycja sięga niepamiętnych czasów, na Jasną Górę przybyły spod Ostrołęki i Myszyńca: 53 osoby pieszo i 150 koleją. Jak zauważył Łukasz Gut, "Zwyczaj peregrynacji na Jasną Górę w okresie Wielkanocnym utrzymał się także po I wojnie światowej w warunkach II RP".

Źródło: Z Częstochowy, "Gazeta Świąteczna", 18 (1898), 904, s. 2.

Wszystkie przedświąteczne prace należało skończyć do południa, maksymalnie do 13.00 w Wielką Sobotę. Po mszy Wigilii Paschalnej zostawała już tylko Rezurekcja, czyli poranna msza w Wielkanoc.

Procesja rezurekcyjna, 5 kwietnia 1931 r., Myszyniec. Źródło: "Promień Słońca" 1937, nr 2 (30).

Procesja w Myszyńcu. Źródło: R. Macura, Ziemia Kurpiów, Kraków [lata 30. XX w.].

Niedziela Palmowa w Myszyńcu, fot. Adam Chętnik. Źródło: "Gazeta Świąteczna", 51 (1931), 14 (2618), s. 2.

Niedziela Palmowa w Myszyńcu, fot. Adam Chętnik. Zbiory rodziny Chętników. Kopia za: Źródła do dziejów Kurpiowszczyzny 1789–1956, red. W. Łukaszewski, Truskaw–Żelazna Rządowa 2020, s. 564. Zdjęcie ukazało się w: "Gazeta Świąteczna", 51 (1931), 14 (2618), s. 2.

Niedziela Palmowa w Myszyńcu, fot. prawdopodobnie Adam Chętnik. Źródło: "Gość Niedzielny", 9 (1931), 14, s. 2.

Niedziela Palmowa w Myszyńcu, fot. prawdopodobnie Adam Chętnik. Źródło: "Gość Niedzielny", 9 (1931), 14, s. 2.

Procesja rezurekcyjna w Kadzidle, 1934 r. Fot. J.K. Maciejewski. Źródło: Wielkanoc w puszczy Kurpiowskiej, "Bluszcz", 67 (1934), 13, s. 396–398.

Staropolska tradycja wręcz nakazywała wielkanocne, rezurekcyjne strzelanie, huki, buczenie, wszelkie wyraźne odgłosy. Miały nawiązywać do głazów przesuwanych przy grobie Jezusa w czasie zmartwychwstania. Odgłosy ze strzelb oraz wiwatówek miały budzić świat do życia wraz z Zmartwychwstaniem Chrystusa. O wielkanocnych strzałach na Kurpiach pisał Adam Chętnik. Kurpie bowiem, jako strzelcy w Zagajnicy, posiadali broń palną i wykorzystywali ją nie tylko do łowów, ale i do wiwatowania. Podczas rezurekcji strzały oddawano z broni palnej ręcznej, i specjalnych moździerzy, które słychać było na kilka kilometrów. Chętnik w 1913 r. pisał: Dwa z nich znajdowały się do niedawna przy kościołach w Kadzidle i w Nowogrodzie, obecnie są w muzeum Kurpiowskiem. (...) W czasie panowania zaborców na strzelanie z moździerzy uzyskiwano specjalne zezwolenie władz rosyjskich, które strzelanie uważały za dodatek uroczystości kościelnej i przeważnie strzelać nie broniły, z wyjątkiem broni ręcznej, trzymanej bez pozwolenia. Starsi ludzie pamiętają, jak strzały wielkanocne oddawano bezpośrednio w kościołach, strzelając z pistoletów ślepemi nabojami wprost w sufit. Z czasem władze kokietne zabroniły takich eksperymentów, obecnie zaś z rozporządzenia władz polskich wszelkie strzały tego rodzaju są zabronione, ku zmartwieniu Kurpików, którzy wogóle lubili strzelać przy każdej okazji

Przedwojenna policja miała wiele pracy w okresie Wielkanocy. Stąd nie dziwią oficjalne pisma wojewody warszawskiego z prośbą o walkę z wybrykami młodzieży, które powodowały nierzadko kalectwo nieumiejących się obchodzić z tego rodzaju środkami, a oprócz tego zakłócają spokój publiczny i stają się niejednokrotnie przyczyną pożarów. Ścigano właścicieli sklepów, które, mimo zakazu, sprzedawały materiały wybuchowe. Do wybuchów używano substancji chemicznej o nazwie kalichlorek lub karbid. Sprzedawano je w aptekach, ponieważ były używane jako środek przeciwbólowy. Edward Kwieciński, aptekarz z Chorzel, w 1922 r. musiał się zobowiązać na piśmie, że nie będzie sprzedawał kali chloricum i siarki chłopcom, którzy chcieli uczcić Wielkanoc wybuchami. W Olszewce w gminie Jednorożec wspominano, że huk pochodził od strzelających batów i tłuczenia kijami po sztachetach. W stanie wojennym niektórzy chłopcy i jeden z seniorów nosili na procesji kamienie, które uderzano o worki na chodniku, by wywołać hałas.

Pismo wojewody warszawskiego do starosty przasnyskiego ws. wielkanocnego strzelania, 1922 r. Źródło: Archiwum Państwowe w Warszawie Oddział w Pułtusku, Starostwo Powiatowe w Przasnyszu [1919–1927], Bandytyzm, kradzieże, włóczęgostwo, więziennictwo [1922–1923], sygn. 11, k. 15.

Z rezurekcji starano się wrócić do domów jak najszybciej. Jadąc do chałup, ścigano się wozami, co miało wpływać na lepszy i szybszy wzrost plonów. W jednej wsi mówiono o pszenicy, w innej o lnie, owsie lub życie. Po powrocie spożywano wielkanocne śniadanie i dzielono się jajkiem, ale zanim to, to należało umyć się w zimnej wodzie. Wierzono, że to zapobiegnie chorobom skóry.

Wspomniana już Czesława Kaczyńska mówiła, że w jej rodzinnym domu w Strzałkach pościło się nawet w Wielkanoc. Tego dnia jedzono tylko łagodniak (placek drożdżowy) z masłem. Dlaczego? Jej pradziadkowie chcieli prosić Boga postem o utrzymanie przy życiu i zdrowiu dzieci, bo dużo ich w rodzinie umierało. Dawniej na Kurpiach niektórzy pościli tak, że nic nie jedli.

Obfitość jedzenia podawanego na śniadanie wielkanocne zmieniała się też z czasem. Oskar Kolberg pisał, że święta Wielkanocne nie stanowią u Kurpiów prawie żadnej różnicy od zwykłego jadle. U bardzo bogatych tylko można spostrzec kawałek mięsa. Święconka składała się z bochenka chleba, sera, masła i kilku jaj. Z czasem się to zmieniało. W święta na stole gościło lepsze jedzenie niż na co dzień. Wielkanocne potrawy: kaszanki, salcesony, ciasta, żury, galaretę z nóżek przygotowywano w Wielki Piątek. W święconce znaleźć się musiały: chleb razowy, kołacze pszenne, kiełbasa, jaja, masło i ser. Z czasem dodawano też mięso na zimno i chrzan. Gotowano też kapustę z żeberkami i kaszą. W latach pięćdziesiątych XX w. na kurpiowskich stołach pojawił się makowiec. Jak opowiadała Danuta Kostewicz, znawczyni kurpiowskiej kuchni, Kurpianki wypiekały żytnie chleby i placki drożdżowe nadziewane marmoladą lub masą makową. Ale i tak w Wielkanoc najwięcej zjadano jajek. Gospodynie zbierały je przez cały Wielki Post, bo kury nie znosiły ich tak dużo jak dziś.

Co ze skorupkami jajek? I współcześnie zdarza się też, że ludzie zakopują skorupki od poświęconych jajek w swoim obejściu. Dawniej wierzono, że stanowią one ochronę przed gradem i innymi klęskami żywiołowymi. Miały zapewnić lepsze plony. Czesława Kaczyńska wspominała, że  skorupki zakopywano tam, gdzie rosło najwięcej chwastów, bo działały jako środek chwastobójczy. Skorupki wkładano pod skibę ziemię podczas pierwszej wiosennej orki. Czasem skorupki zachowywano do dnia św. Zofii (15 maja) i wówczas, dodając do nasion lnu, wysiewano je, również z życzeniem urodzaju. Obsypanie chałupy potłuczonymi skorupkami od wielkanocnych jajek miało ją chronić od robactwa. Tak robiono w kurpiowskich gminach powiatu przasnyskiego (Baranowo, Zaręby i Jednorożec). Poza tym gospodarz kropił wodą święconą wszystkie zabudowania domowe i gospodarskie. Miało to chronić przed nieszczęściami. Niektórzy pukali w ule i mówili pszczołom, że Chrystus już zmartwychwstał.

Pierwszy dzień świąt spędzano w domach, wychodzono dopiero następnego dnia. Wtedy odwiedzano rodzinę w tej samej lub w innej wsi. Niemniej w gazecie "Dobry Wieczór! Kurier Codzienny" z 1938 r. znajdujemy ciekawą relację o pierwszym dniu świąt na Kurpiach: Po obiedzie zbierają się rodzinami do karczmy, przynosząc miód. Wódkę kupują z pieniędzy składkowych. Wyznaczona baba przyprawia miód z wódką. Rozochocone chłopaki zabierają się do tańca. Każdy wybiera sobie dziewczynę i podchodząc do rodziców, a kłaniając się kapeluszem do samej ziemi o pozwolenie prosi.

Z relacji Adama Chętnika wiemy też, że w Wielkanoc ulubioną dawniej rozrywką było zebranie mężczyzn i chłopców po obiedzie i strzelanie do celu z broni palnej. Hukano tak nieraz po kilka godzin zrzędu, dopóki prochu wystarczyło. Zwyczaj zanikł.

Oblej na Kurpiach. Fragment pocztówki z malowidłami Wacława Boratyńskiego, Kraków 1927–1947. Źródło: Polona.

Poranek drugiego dnia świąt to oblej, oblewacka lub oblewki. Pierwotnie chodziło o sprowadzenie deszczu na obsiane pola, z czasem zaczęto wierzyć, że oblanie wodą, szczególnie dziewcząt, ma przynieść szczęście. Polewano się wodą z kubła lub z drewnianych sikawek. Czasem robiono je własnoręcznie, np. w ramy rowerowej i kawałka drewna. Dziewczyny specjalnie wychodziły na wieś, by niejako pokazać się chłopakom i pozwolić na oblanie. Dziewczyna, która nie została oblana, miała pozostać panną, a ta, która została zlana wodą przez chłopaka, któremu się podobała, oddawała mu w prezencie kilka pisanek. W niektórych wsiach w Puszczy Zielonej w poniedziałek mężczyźni oble­wali kobiety, a we wtorek odwrotnie kobiety mężczyzn. Według Adama Chętnika uważano, że kogo w Wielkanoc zlano wodą, ten w ciągu roku pcheł nie miał. Poza tym młodzież chodziła po domach z rózgami brzozowymi, którymi siekła domowników. Za to dostawała wykup. 

Jak pisano w 1938 r. w gazecie "Dobry Wieczór! Kurier Codzienny", w drugi dzień świąt Czasem dochodzi do walk między gromadkami złożonymi ze starszych chłopców. Bójki kończą sie najczęściej zgodą, zapitą w pobliskiej karczmie. Skąd śpiewka: "Oddaj śtyry dydki / pójdziem do Dawidki. / Od Dawidki do Ruchelki / boć u niej lepse butelki"

Tradycyjny śmigus-dyngus w kurpiowskiej wsi w 1965 r. (fot. PAP/CAF/Henryk Grzęda). Źródło zdjęcia (dostęp 2017 r.).

Przy okazji oblewania domów pojawiała się sprawa wykupu. Strażacy jeździli po wsi i oblewali wodą wszystkie domy, co czasem trwało bardzo długo, jeśli wieś była rozległa. Dzieci biegały za beczkowozami, czasem były oblewane wodą ku ich uciesze. Po oblaniu domu strażacy wchodzili do środka po wykup, czyli pieniądze i jajka. Kiedy zebrali go od całej wsi, robili przyjęcie w remizie strażackiej. Pieniądze przeznaczali na napoje, a z jajek smażyli jajecznicę. Po ok. 2 godzinach zabawy przygotowywali salę na zabawę taneczną.

Oblewanki w Jednorożcu w wykonaniu OSP Jednorożec, 2019 r. Źródło zdjęcia.

W 1932 r. Adam Chętnik pisał, że drugiego dnia świąt w południowej części Kurpiowszczyzny młodzież chodzi (...) po chałupach z rózgami brzozowemi i siecze niemi domowników, otrzymując wzamian wykup.

Drugiego dnia świąt matki chrzestne obdarowywały swoich chrześniaków i chrześniaczki pisankami, składając im przy tym życzenia. Dawały im jajka w formie wykupu po tym, jak zostały polane przez dzieci chrzestne wodą. Jak? Garnuszkiem na rękę! Po chwili rodzic chrzestny skrapiał dziecko wodą i życzył, by się dobrze chował. Zwyczaj ten kultywowano na Kurpiach do lat siedemdziesiątych XX w. Jajka na wykup dla chrześniaków i chrześniaczek przygotowywano dopiero w Wielki Poniedziałek. Im zamożniejsza chrzestna, tym więcej jajek dawała dzieciom chrzestnym. A co dopiero akuszerki, które miały nawet po kilkudziesięciu chrześniaków?! Wiadomo, że im było więcej (a liczba dochodziła nawet do 150!), tym mniejsze prawdopodobieństwo, że była w stanie przygotować wykup dla wszystkich.

W okolicy Łomży w Poniedziałek Wielkanocny rozpowszechniony był zwyczaj chodzenia z Kurpiem dyngusowym. Kawalerowie wybierano jednego spośród siebie i przebierali go za "koguta". Na jego głowie umieszczali czerwoną chustę imitującą grzebień, na ramionach czarny kawałek materiału (skrzydła), natomiast pod brodą zawiązywali czerwoną wstążkę (długi język). Chłopcy obchodzili domy i śpiewali piosenki, głównie zalotne, za co dostawali poczęstunek. Wybierano szczególnie te domy, gdzie mieszkały panny na wydaniu. Te czekały na dyngusiarzy z wodą i oblewały ich, gdy już wychodzili z chałupy.

Pocztówka z okazji Wielkanocy z napisem Wesołych Świąt na Kurpiach, Kraków 1907–1939. Źródło: Polona.


Po Wielkanocy zaczynał się okres wielkanocny trwający do Zielonych Świątków oraz intensywny czas prac w gospodarstwie. O tym opowiem w innym artykule.


Bibliografia:
I. Źródła
Archiwalia
Archiwum Państwowe w Warszawie Oddział w Pułtusku, Starostwo Powiatowe w Przasnyszu [1919–1927], Bandytyzm, kradzieże, włóczęgostwo, więziennictwo [1922–1923], sygn. 11, k. 12–13, 15–16;
Muzeum Historyczne w Przasnyszu, A. Urlich, Wspomnienia stegneńskiej kurpianki poprawione i uzupełnione, Warszawa 2004, sygn. Mźr 282.

Wspomnienia wydane
Deptuła M., Jednorożec. Powrót do przeszłości, Żywiec 2017;
Staśkiewicz C.Z życia Kurpiów na rodzinnej ziemi kurpiowskiej, [w:] red. I. Choroszewska-ZyśkM. GrzybKurpie we wspomnieniach, Ostrołęka 2018, s. 143144.

Relacje ustne i pisane
Owczarek E., Pamiętam ten zwyczaj [Czesława Kaczyńska z Dylewa] (dostęp 3 IV 2022 r.);
Żury i kasze, czyli Wielki Post na Kurpiach [Zofia Warych z Myszyńca] (dostęp 3 IV 2022 r.).

Prasa

II. Opracowania
Białczak A., O Zapustach, Wielkim Poście i wyczekiwaniu na wiosnę, "Kurpie", 2004, 1, s. 9–10;
Grec J., Po dorodny len, "Głos Gminy Jednorożec", 2007, 1 (5), s. 12;
Taż, Z głośnym hukiem, "Głos Gminy Jednorożec", 2007, 1 (5), s. 12;
Kielak B., Doroczne zwyczaje i obrzędy Puszczy Zielonej, [w:] Puszcza Zielona. Przyroda, folklor, historia, Pułtusk–Ostrołeka–Parciaki–Myszyniec–Nowogród 2013, s. 215–223;
Tenże, Zwyczaje wielkanocne na Kurpiach (dostęp 25 III 2022 r.);
Niedziela Palmowa (dostęp 25 III 2022 r.);
Sobiech M., Wielkanoc na Kurpiach (dostęp 25 III 2022 r.);
Wielkanocne strzelanie (dostęp 3 IV 2022 r.);


Pozostałe wpisy z tej serii:
  • wiosna i lato: KLIK;
  • jesień: KLIK;
  • zima (od Adwentu do zapustów): KLIK.

Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz