12 września 2022

Jesień na Kurpiach Zielonych. Praca i świętowanie

Jesień to czas wytężonej pracy w gospodarstwie. Należało zebrać wszystkie plony i zabezpieczyć je na zimę. Poza tym przygotowywano się do kolejnego roku. Jednak nie samą pracą człowiek żyje, dlatego jesienią świętowano. Zapraszam na ostatnią część opowieści o dorocznym cyklu związanym z pracą na roli i rokiem kościelnym. Opowiem o wierzeniach i obrzędach na Kurpiach Zielonych w okresie od 8 września do początku Adwentu. Czy znajdziecie tu coś, czego nie wiedzieliście o jesiennych zwyczajach? Dowiecie się tego tylko wtedy, jeśli przeczytacie artykuł. Zachęcam!


Poniższy artykuł dotyczy wydarzeń w XIX i XX w. Warto jednak zaznaczyć, że także wcześniej jesień była ważnym dla Kurpiów czasem. Wówczas kończono prace przy barciach. Bartnicy ze starostwa przasnyskiego oddawali daninę bartną staroście królewskiemu w dniu św. Michała Archanioła (29 września). W starostwie łomżyńskim takim dniem był 14 września (Podwyższenie Krzyża Świętego). W XVII w. termin zmieniono na 8 września (Narodzenie NMP).
 

Od XIX w. rolnictwo zaczęło być dominującym zajęciem Kurpiów. Wykopki były jedną z ostatnich czynności podejmowanych jesienią na roli. Regina Matuszewska (*1929) z Łączek zapamiętała, że trwały od połowy września do połowy października. Kobiety kopały haczkami-motykami wszystkie kartofle. Wrzucały w koszyki, duże do jednego, a małe do drugiego. Chłop wieczorem przyjeżdżał na pole i kładł z kobietą worki na wóz i chłop wiózł worki do głębokiego wądoła.

Na temat wykopków Cecylia Staśkiewicz (*1935) z Czarnotrzewia zapisała: Na początku kopały tylko kobiety same, a potem zbierały się razem i jedna drugiej pomagały. Często było 10 kobiet przy kopaniu. Przy takiej ilości kopaczek gospodyni szykowała jedzenie, śniadanie, obiad gotowany, a podwieczorek pieczenie ziemniaków z dodatkiem chleba z masłem, białym serem i często miodem. Do picia biała kawa, a picie w przerwach kompot z wiśni lub śliwek. Gospodarz woził worki z ziemniakami i wsypywał do piwnicy, a zimowe do dołów. Ziemniaki duże wrzucano do jednego kosza, a małe do drugiego. Robota paliła się kobietom w rękach, a jeszcze przy pracy opowiadałt różne rzeczy, często podśpiewywały. Za taką pracę trzeba było odrobić. Po zakończonej pracy dawano im koszyk ziemniaków, aby ugotowały w domu.

Zbiór ziemniaków na Kurpiach. Źródło: K. Saysse-Tobiczyk, Na Mazowszu, Warszawa 1964
 


Jesienne długie wieczory sprzyjały pracy np. przędzeniu lnu i wełny, darcia pierza na pierzyny czy krojeniu i kiszeniu kapusty. Zwyczaje te opisałam w serii NIEDZIELA Z HISTORIĄ na stronie Stowarzyszenia "Przyjaciele Ziemi Jednorożeckiej" na Facebooku. Odsyłam do lektury.
 



Zofia Bogdańska (*1949) z Kierzka zapisała, że na zimę ogórki kiszono w beczkach, a grzyby prośnianki (zwane w innych regionach gąskami) w glinianych dzierżkach. W jej domu nie robiło się przetworów z owoców i warzyw, tylko marmolady, które znajdano na bieżąco. Anna Zglejc (*1923) z Łęgu Przedmiejskiego wspominała, że po zakończeniu prac w polu gromadzono zapasy na zimę. Do piwnicy pod podłogą w kuchni znoszono ziemniaki i warzywa. Resztę chowano w specjalnie wykopanych dołach, które przysypywano piaskiem i okrywano słomą. W zachowanku stała beczka z kiszoną kapustą, kanki z miodem i słoje z kiszonymi ogórkami, kamiennik garnek ze smalcem i słoje z przetworami z owoców. Wisiały tam też wędzone szynki, stała dzieża i pojemniki z mąką, kaszą gryczaną, grochem, fasoląDanuta Kostewicz, znawczyni kurpiowskiej kuchni, przekazała, że Kurpiach kiszono m.in. jabłka, dynię i grzyby.

Zdjęcie udostępniła rodzina Zadrogów z Drążdżewa Nowego.

Darcie pierza, krojenie kapusty czy przędzenie lnu najlepiej szło w grupie. Kobiety i dziewczęta zbierały się w wybranej izbie. Schodziło się sporo chłopaków. Śpiewano, opowiadano historie, zagadki, gadki. Regina Matuszewska wspominała takie wieczory: Schodzili się ludzie wieczorami, żeby było weselej. Rozmawiali o wszystkim, jak to kiedyś było, gdzie kogo straszyło, gdzie kogo spotkała jakaś przygoda. Pokazywali sobie sztuki. To znaczy, jaką kto miał zręczność albo siłę. Niejeden umiał podnieść człowieka z ziemi. Chwycił zębami za pasek od spodni i podniósł z ziemi do góry. Byli zuchy, którzy nikomu nie dali się podnieść. Mój sąsiad grubą szkalnkę pogryzł zębami, a mój ojciec skakał na stół albo na maszynę do szycia. Podkładał prasulec, żeby było wyżej. Gdy ktoś zagrał na skrzypcach, praca mogła przerodzić się w zabawę. Tańczono, cieszono się.

Zdjęcie udostępniła Janina Popiołek z Jednorożca, zostało wykonane w latach 70. XX w. w Jednorożcu.

Podczas przędzenia lnu dziewczęta wróżyły. Brały dwie kulki przędzy i obie jednocześnie podpalały. Jedna kulka symbolizowała konkretną dziewczynę, druga chłopca, który jej się podobał. Jeśli dym z zapalonych kawałków przędzy szedł w górę i złączył się, można było szykować się na wesele w najbliższym sezonie. Jeśli smużki dymu nie spotkały się, związek tych dwóch osób, których dotyczyła wróżba, był niemożliwy.

Październik to miesiąc poświęcony Matce Bożej Różańcowej. Dawniej różaniec odmawiały osoby prywatne oraz bractwa różańcowe, modląc się przed niedzielną mszą, w święta i uroczystości maryjne. Odsetek uczestniczących w nabożeństwie październikowym na pewno obniżały jesienne prace polowe w rolniczych parafiach, a takie właśnie mamy na Kurpiach. Powstanie modlitwy na różańcu przypisuje się św. Dominikowi Guzmanowi (ok. 1170–1221). W końcu XIX w. miała zapewne formę rozbudowanego Różańca Sarbiewskiego, uzupełnionego o śpiewy pieśni pasujących do poszczególnych części modlitwy oraz intencje. W diecezji płockiej zwyczaj odprawiania nabożeństwa różańcowego od 1 października do 2 listopada zalecił w 1889 r. biskup. Dopuszczano wówczas odprawianie nabożeństwa podczas porannej mszy czytanej lub po południu przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Zwyczaj upowszechnił się dopiero na początku XX w. Możliwe, że wierni
woleli śpiewaną wersję różańca niż październikowe recytowanie modlitwy. 

Na październikowe gromadzono się o zachodzie słońca przy przydrożnych kapliczkach i krzyżach, ale też w kościołach. W miarę upowszechnienia się Żywego Różańca na nabożeństwo gromadzono się najczęściej w domu jednej z członkiń lub członków kółka różańcowego.

W uroczystość Wszystkich Świętych 1 listopada odbywają się procesje z kościołów na cmentarz grzebalny, gdzie parafianie modlą się za zmarłych. Marian Deptuła (*1947) z Jednorożca wspominał, że procesja na cmentarz była „atrakcją” tego dnia (…). Droga przez pola wydawała się bardzo daleka. Czasem zdarzały się pierwsze oznaki zimy, tzn. przymrozki i śnieg. Po obejściu cmentarza na ołtarzu w jego centralnej części odprawiana jest Eucharystia. Na cmentarzu odmawiano różaniec, czasem koronkę do Miłosierdzia Bożego za zmarłych. Śpiewany jest Anioł Pański.

Oprócz obrzędów kościelnych obchodzono takie, które miały pochodzenie przedchrześcijańskie. Początek listopada przypominał o ulotności życia, napawał niepokojem i obawą przed śmiercią, jak również lękiem przez powrotem zmarłych na ziemię. Wierzono, że dusza człowieka, by żyć, musi się pożywiać, a że sama nie może zdobyć pożywienia, należy jej pomóc. Stąd zwyczaj ucztowania na mogiłach zmarłych i zostawiania im resztek pokarmu. Jeszcze w międzywojniu na groby zanoszono jadło i napoje. Poza tym dusze dokarmiano w domach, bo wierzono, że powracają do swoich dawnych chałup i do rodzin. Wieczorem w Dzień Zaduszny 2 listopada zostawiano resztki kolacji na stole, ewentualnie kładzono chleb i sól na stołeczku. Dzięki temu dusze nocą mogły się najeść i świętować.

W Dniu Zadusznym odprawiano msze za zmarłych. Kościelny dzwoni dzwonami między mszami, by, jak głosi tradycja, św. Piotr wpuścił dusze cierpiące w czyśćcu do nieba. Kościelny otrzymuje drobne ofiary pieniężne (dawniej w naturze, np. len, płótno), a zwyczaj ten zwany jest podzwonnym. W międzywojniu za podzwonne płacono kościelnemu ok. 50 gr, a biedni, jeśli nie mogli sobie pozwolić na taką kwotę, składali się na ofiarę. Zdarzało się, że kościelnego wyręczały dzieci, dla których było to duże i ekscytujące wyzwanie.

Dwa pierwsze dni listopada były swego rodzaju dniami ubogich. Po obu stronach drogi z kościoła do cmentarza można było spotkać dziadów, którzy prosili o jałmużnę. W Jednorożcu była to np. kobieta o nazwisku Topa, która mieszkała na Wądołowie (okolice ul. Leśnej i Polnej). Siadała przed bramą kościelną i prosiła o datki w postaci chleba, bułek, placka, w zamian obiecując modlitwę za dusze zmarłych. Kobiety więc ruszały do kościoła z chlebami pod pachą lub w koszyku, by rozdać ubogim. Dawniej gospodarze przywozili przed kościół i na cmentarz całe worki razowego chleba lub gryczanych kołaczy, czasem sery, i rozdawali dziadom. Dziadów można było spotkać też po tzw. froncie w 1945 r., kiedy chodzili od domu do domu i w zamian za zmówienie pacierza dostawali od mieszkańców pożywienie. 

Bywało, że wioska miała własnego dziada: u jednego gospodarza dostał kawałek chleba, ktoś inny dał mu sól albo słoninę i tak, chodząc od domu do domu, mógł się pożywić. Odpłacał dobrodziejom i dobrodziejkom opowieściami, czasem śpiewem.

Modlitwę za zmarłych zamawiano też u kapłana. Za jej odmówienie ofiarowywano księdzu albo pieniądze, albo datki w naturze. Najczęściej było to zboże, motki nici, pęki lnu albo wełny itp.


W jesienne wieczory rozgrzewano się pożywną zupą z dyni, zwaną, tak jak i sama dynia, malonem. Każda gospodyni trochę inaczej przyrządzała malon (malón). Dawniej w Jednorożcu był to tak popularny posiłek, że kilka lat temu został wpisany jako produkt tradycyjny charakterystyczny dla tej wsi.
 

Obchodzono wspomnienie św. Marcina wypadające 11 listopada. Wówczas kończył się wypas bydła na pastwiskach. W Puszczy Zielonej szykowano specjalne gałęzie, najczęściej brzozowe, zwane "marcinkami". Gałąź miała mieć tyle bocznych gałązek, ile sztuk bydła miał pasterz u danego gospodarza w mijającym roku. Po ostatnim powrocie z pastwiska pasterz wręczał "marcinkę" gospodarzowi, a ten przekazywał mu pieniądze albo prezent. "Marcinka" leżała przez całą zimę w domu albo wisiała w oborze.  Miało to zapewnić zwierzętom zdrowie i przynieść zwiększenie pogłowia. Wiosną za pomocą "marcinki" dokonywano pierwszego wypędu zwierząt na paśnik
.

Od międzywojnia świętowano 11 listopada jako rocznicę odzyskania niepodległości. Mamy relację o obchodach tego dnia w Jednorocu. Organizowano, podobnia jak na 3 maja, defiladę. Odbywała się w godzinach przedpołudniowych. Anna Urlich z Łukasiaków (1931–2015) ze Stegny wspominała: W poprzek szosy wisiały transparenty; organizacje maszerowały. Następnie organizowano różnego rodzaju zawody jak marsze, biegi. Kiedyś pierwsze miejsce w biegach zajęła 45-letnia Katarzyna Wilga członkini Związku Obywatelskiej Pracy Kobiet. W części wsi oddalonej od szosy i nazywanej przez ludność „Kocimi nerkami” (obecnie u. Zielona) usytuowana byłą, piękna strzelnica. Tam odbywały się zawody strzeleckie, w których brali udział mężczyźni i kobiety. Zdarzało się, że w imprezie tej brał udział sam starosta przasnyski. Wtedy on wręczał dyplomy zwycięzcom. Na tych zawodach schodził dzień, aby wieczorem zakończyć uroczystość capstrzykiem. Za wsią przygotowywano stos drzewa. Wokół stosu gromadzili się ludzie. Gdy już było ciemno zapalał stos ktoś znaczniejszy we wsi i zaczynały się śpiewy, deklamacje, skecze. Nie wiem czemu, ale zawsze sypały się snopy iskier z tego ogniska dając piękne widowisko. Gdy ognisko zaczynało dogasać młodzi chłopcy popisywali się zręcznością i skakali przez ogień.

To już co prawda nie Kurpie, ale jeśli ciekawi Was opowieść o obchodach 11 listopada w okresie międzywojennym w Przasnyszu, to tu jest osobny wpis na ten temat: KLIK.

Pochód z okazji Święta Niepodległości w Jednorożcu, 11 XI 1935 r. Zbiory Zbigniewa Kota

W
 dzień św. Katarzyny (25 listopada) chłopcy wróżyli sobie, jak będzie wyglądać ich przyszła żona. Pod poduszkę wkładano damską spódnicę i na niej spano. Wierzono, że we śnie ujrzyj się przyszłą żonę.

Wieczorem przed dniem św. Andrzeja (30 listopada) dziewczęta wróżyły sobie odnośnie do terminu wyjścia za mąż i przyszłego męża. Spanie na męskich spodniach, włożononych pod poduszkę, miało przynieść we śnie obraz przyszłego towarzysza życia. Poza tym pod poduszki wkładano karteczki z imionami męskimi lub czyste. Rano wyciągano kartkę i dowiadywano się, czy jest nam pisane zamążpójście (i jakie jest imię przyszłego męża), czy jednak jeszcze nie. Wróżono przez lanie roztopionego wosku przez uszko klucza, a następnie oglądano cień rzucany przez wosk na ścianę. Poza tym, podobnie jak podczas przędzenia lnu, wróżono z podpalonych kulek przędzy. Czyja smużka dymu pójdzie w górę, ta dziewczyna wyjdzie za mąż w najbliższym roku. Adam Chętnik zanotował też inne wróżby: a) Opałają trzewiki kilku dziewczyn (na kopańce), czyj trzewik w tym czasie wypadnie, ta wyjdzie zamąż w tym roku. b) Dają zjeść psu kilka kawałków chleba, każdy od innej dziewczyny. Czyj kawałek pies najpierw porwie i zje, ta wyjdzie najpierw zamąż.


Bibliografia:
I. Źródła
Archiwalia
Muzeum Historyczne w Przasnyszu, A. Urlich, Wspomnienia stegneńskiej kurpianki poprawione i uzupełnione, Warszawa 2004, sygn. Mźr 282.

Wspomnienia wydane
Bogdańska Z., Kierzek w dolinie Omulwi. Kraj lat dziecinnych, Kadzidło 2022;
Deptuła M., Jednorożec. Powrót do przeszłości, Żywiec 2017;
Matuszewska R., Pamiętnik z dzieciństwa[w:] Kurpie we wspomnieniachred. I. Choroszewska-ZyśkM. Grzyb, Ostrołęka 2018, s. 228, 236;
Młode lata w Łęgu. Wspomnienia Anny Zglejc spisane przez Elżbietę Zglejc, [w:] tamże, s. 1011;
Staśkiewicz C.Z życia Kurpiów na rodzinnej ziemi kurpiowskiej, [w:] tamże, s. 146.

Relacje ustne
Relacja Stanisławy Ferenc z Ulatowa-Pogorzeli (2019).
Relacja Danuty Kostewicz (dostęp 12 IX 2022 r.).

Prasa
W. Skierkowski, Zwyczaje i obrzędy pogrzebowe w Puszczy Kurpiowskiej, „Głos Mazowiecki”, 7 (1939), 84, s. 2; 85, s. 2.

II. Opracowania
Kielak B., Doroczne zwyczaje i obrzędy Puszczy Zielonej, [w:] Puszcza Zielona. Przyroda, folklor, historia, Pułtusk–Ostrołeka–Parciaki–Myszyniec–Nowogród 2013, s. 215–223;
Kmoch M.W., Kapliczki, figury i krzyże przydrożne w gminie Jednorożec, Jednorożec 2015;
Taż, Na skraju Kurpiowszczyzny. Parafia pw. św. Floriana w Jednorożcu, Jednorożec 2020;
Leleń A., Religijna kultura muzyczna Mazowsza Płockiego 1864–1918, Płock 2001;
Olszewski D., Z zagadnień religijności w diecezji płockiej w XIX wieku, „Studia Płockie”, 3 (1975), s. 333–358.


Pozostałe wpisy z tej serii:
  • zima (od Adwentu do zapustów): KLIK;
  • Wielki Post i Wielkanoc: KLIK;
  • wiosna i lato: KLIK.


Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz